Zupa Herbaciana.

13266771_1374506149233133_1456422989_n (1)

Social Media zalała wczoraj fala radości z powodu Dnia Dziecka. Wraz z nią dziesiątki zdjęć słodyczy, wypieków, wzorzystych dań, kształtnych dodatków… A mnie nachodzi taka refleksja, że moje dzieciństwo wyglądało przecież zupełnie inaczej. Nie było w nim muffinek, galaretek, czekoladek, ciasteczek, kopytek w kształcie misia czy babeczek z zajączkiem. Było w nim coś zupełnie innego.

Wychowałem się na wsi. W małym domku z cegły, z którego roztaczała się nieskończoność. Bezkresne pola wypełnione labiryntem tuneli w zbożu, niekończące się piaszczyste drogi, które prowadziły ciągle w nieznane, łąki ciągnące się poza horyzont jak oceany, lasy przepełnione przepastnymi tajemnicami, rzeka, która nie miała swojego początku i końca, sadzawka, w której nie sposób szukać dna. Miejsca nie tyle magiczne ile pozbawione znamion rzeczywistości. Miejsca, które dziś istnieją tylko w mojej pamięci.

Wychowałem się poza czasem, który tak samo jak przestrzeń poddany był wtedy zupełnie innym regułom. Dzień zaczynał się o świcie i kończył o zmroku. Jego rytm wyznaczały pogoda i temperatura, głód i potrzeby fizyczne. Stanowił spójną całość, nieposzarpaną na cząstki godzin, kwadransów, minut. Tydzień nie był rozerwany przez nazwy dni, roku nie wyznaczały miesiące i kluczowe daty. Następujące po sobie pory decydowały o długości gonitw i spacerów, ilości ubrań i rodzaju zabawek, częstotliwości i sposobie jedzenia.

Moje życie, jako kilkuletniego chłopca wyznaczały tylko granice wyobraźni. Czas dzielił się na zabawy, które wtedy nimi tak naprawdę nie były. Traktowane ze śmiertelną powagą poszukiwania skarbu ukrytego w opuszczonej bazie samochodowej, budowanie szałasów, które miały dawać schronienie na wypadek nadciągających kataklizmów, produkowanie z błota, tłuczonych kamieni i chwastów niezwykle skutecznej trucizny na gryzonie, sianie cukru na polu brata babci, wspinaczkę po niebotycznej hałdzie piasku w pobliskim lasku, czy wyruszanie na trwającą wieczność całodzienną wycieczkę nad, oddaloną o niekończące się cztery kilometry, rzekę.  Bez troski o konsekwencje, bez wyraźnie zaznaczonej obecności osób dorosłych. Choć pamiętam, że bałem się, gdy uciekaliśmy przed batem wujka, który nie żartował gdy zabronił nam bujać się na dyszlu. Pamiętam też moje zaskoczenie, gdy okazało się, że babcia prosząc o opiekowanie się młodszymi nie miał na myśli ich bicie. To były jednak nieistotne drobiazgi, które wyłuskuję ze swojej pamięci z niemałym wysiłkiem.

Nie sposób przecież z tych kilku tysięcy dni, kilkudziesięciu tysięcy godzin, kilku milionów minut zapamiętać coś więcej niż tylko emocje, rozmyte barwy i nieregularne kształty. Nie sposób wydobyć rysów twarzy czy brzmień głosów. Wbrew jednak wszystkiemu, można wydobyć z tej wielobarwnej, amorficznej, niekończącej się fali kilka miejsc, sytuacji, smaków, zapachów, słów, które nie wiadomo z jakich powodów i w jakim celu zatrzymały się w pamięci. Nadal w niej żywe, niemalże dokładnie takie, jak wtedy kiedy się działy. To postać mojego nieżyjącego dziadka, pochylonego nad obiadem, to gniew babci, niezadowolonej z bałaganu w kuchni, to jej zapach, gdy budziłem się wtulony w nią w mroźne poranki, to zarys uśmiechu drugiej babci, szczęśliwej z naszej beztroski, to kształty kamiennych zwierząt ustawionych w ogrodzie sąsiada o bardzo bogatej wyobraźni, to zapach spalin i metalu w warsztacie samochodowym wujka, to ból stóp po całodziennym bieganiu boso po kamieniach, rżysku i ściółce, to zapach skóry pieszczonej przez cały dzień letnim słońcem, włosów smaganych wiatrem, dłoni strudzonych zabawą, to purpura ogromnych czereśni z sadu dziadka, szkarłat porzeczek z ogródka babci, pomarańcz marchewek jedzonych prosto z ziemi, otrzepanych tylko z niej o brudne spodnie, kalarep w pośpiechu szabrowanych z grządek dziadków, kanapek z masłem, posypanych cukrem i jedynej w swoim rodzaju zupy herbacianej.

Nie byliśmy, pod względem majątkowym, wyjątkową rodziną. Zresztą nawet gdybyśmy byli, w czasach mojego dzieciństwa nie było na co i gdzie wydawać pieniędzy. Nie wychowałem się więc ani w nadmiarze, ani w wyborze, ani w przesycie, ani w niezdecydowaniu. Pamiętam moją radość gdy na gwiazdkę dostałem w prezencie banany, gdy przed jednym z licznych wesel pozwolono mi wypić całą butelkę Pepsi, pamiętam w jakim napięciu czekałem na Prince Polo, który dostawaliśmy w prezencie od babci, jak cieszyłem się gdy udało mi się wyprosić kubek mleka w proszku. Pamiętam też, że te wyjątkowe chwile nie psuły mi radości z tego co miałem na co dzień. Łakocie, które dostawałem jako dziecko w zupełności mi wystarczały. Można śmiało powiedzieć, że przez niedobór tych wyjątkowych, te zwykłe, codzienne były paradoksalnie przez mnie wręcz uwielbiane.

Zupę herbacianą robiła moja babcia. Opiekowała się nami, gdy mieszkaliśmy jeszcze razem i wtedy gdy spędzaliśmy u niej wakacje. Zupa herbaciana pojawiała się na naszych talerzach zawsze wtedy, gdy mieliśmy ochotę na coś słodkiego, a babci zależały na tym, byśmy zjedli coś pożywnego. Zaspokajała nasze łaknienie i potrzebę kontaktu z łakociami. Poiła i karmiła. Najprostsza możliwa. Genialna wręcz w swoje prostocie ale bogata we wszystko, co było w moich dziecięcych oczach najważniejsze. Zaangażowanie i troskę bliskiej mi dorosłej osoby.

Przepis na Zupę Herbacianą:

czarna herbata
woda
cukier
chleb – może być czerstwy

Herbatę należy zaparzyć według upodobań, w ilości wystarczającej do zapełnienia takiej ilości talerzy ile jest osób, około szklanki na jeden talerz. Chleb pokroić w kostkę i wyłożyć po kilka kostek na każdy talerz. Herbatę wlać na talerze, dodać cukru do smaku. Zupę należy spożywać na gorąco.

Zupa herbaciana bardzo mi smakowała. Rozpuszczający się na talerzach chleb, nasiąkając wodą, zmieniał jej smak i nabierał przy okazji smaku samej zupy. Nawet w upalne dni, pomimo że gorąca, niezwykle orzeźwiała i dodawała sił. Pamiętam, że wiele razy poprawiała humor mi i reszcie dzieciaków, wiele razy ratowała . W moim dorosłym życiu nigdy jej jednak nie robiłem. Przypominam sobie o niej często, ale nie znalazłem jeszcze w sobie chęci na powrót do niej.

Może jest z nią tak jak z sadem czereśniowym mojego dziadka. Ogromny, składający się z kilkudziesięciu rożnej wielkości drzew, do dziś wywołuje we mnie dreszcz emocji. Smak, aromat, wielkość, soczystość, barwa i ilość odmian, hodowanych w nim czereśni zachwycała nawet chłopca, którym byłem. Owoców było tyle, że w pełni sezonu, przez kilka dni nie schodziłem wprost z drzew, obżerając się nimi aż do przesady. Po śmierci dziadka i zmianach w gospodarce sad podpadł w ruinę. Po kilku latach podjęto w końcu trudną decyzję o jego wycięciu. Dziś nie po nim nawet śladu. Pozostał jedynie wypowiadanym ze wzruszeniem zdaniem, które wywołuje we mnie jedynie natłok silnych emocji. Nawet przy dobrych chęciach i odpowiednich nakładach finansowych nie da się go odtworzyć. Nie ma już ludzi, którzy go wtedy pielęgnowali, mojej babci i dziadka, mój wujek i tato zajmują się swoimi sprawami, a i ja jestem zupełnie innym człowiekiem. Nie ma już chłopca, który ze zręcznością małpy, przeskakując z gałęzi na gałąź, chwytał kolejne kiście czereśni i wpychał je sobie łapczywie do ust.

Nie ma już tamtych słonecznych, upalnych dni. Nie ma tamtej kuchni i tamtych talerzy. Nie ma tamtego chleba i herbaty. Moja babcia nie jest już tą samą nieco nerwową, ale bardzo kochającą nas kobietą. Nie da się w pełni odtworzyć smaku tamtej pysznej herbacianej zupy. Nie próbuję zresztą tego robić. To po prostu niemożliwe. Moje wspomnienia i związane z nimi emocje jakkolwiek by nie były silne i piękne są tylko przeszłością. Tym elementem mojego życia, który już nie istnieje. Jak sad, jak baza samochodowa, jak szałasy, jak bezkres przestrzeni i ciągłość czasu. Istnieje tylko wtedy i tam. Poza obrębem teraz i tu.

Pomimo, że nie miałem wielu tych smakołyków, które dziś są dostępne na wyciągnięcie ręki. Pomimo tego, że moje słodycze i łakocie nie wyglądały wyjątkowo, wtedy tego mi nie brakowało. Jako dziecko marzyłem oczywiście o wspaniałych zabawkach, cudownych pojazdach, pięknych książkach, ale nie przejmowałem się tym na co dzień. Do wspaniałej zabawy wystarczył kij, scyzoryk i sznurek, a do jedzenia kanapka z masłem i cukrem, kompot z jabłek i zupa herbaciana.

Inspiracją do napisania tego tekstu był wpis Dlaczego dopiero teraz lubię swoje dzieciństwo, autorstwa Kasi. Wpis zastał zamieszczany na jej blogu Books And Babies. Dziękuję.