Włoski Suchar. Appendix.

12328229_1693929560867815_1211898386_n

Rzadko się zdarza, bym jednego dnia upiekł dwa ciasta. Rzadko się zdarza, bym oba te ciasta zrobił z myślą o jednej osobie. Rzadko się zdarza, bym w obu wypadkach inspirował się kuchnią tego samego kraju. Rzadko się zdarza, bym po tym wszystkim nie umiał wykrztusić z siebie ani słowa. Gdyż rzadko jakikolwiek wypiek wywołuje we mnie zachwyt nie do opisania.

Cała historia rozpoczęła się kilka dni wcześniej, ale jej rzeczywisty początek związał się ściśle z końcem innej historii. Po ostatnim moim wypieku zostałem postawiony bowiem przed faktem obcowania z rozgrzanym piekarnikiem. Szkoda mi było patrzeć jak bezczynnie się wychładza. Trwoniąc nagromadzone w sobie ciepło. Postanowiłem więc wykorzystać ten fakt i na marginesie jednego ciasta, upiec drugie. Skłamałbym gdybym napisał, że działałem spontanicznie i w przypływie chwilowego przebłysku geniuszu. Czas jaki nasz piekarnik potrzebuje, by się rozgrzać i ilość energii jaką do tego pobiera, skłania mnie niekiedy do wykorzystywania go w kilku wypiekach jednocześnie. Nie jest to jednak oczywiście regułą. Jest raczej rzadkością. W tym wypadku było świadomie zaplanowanym działaniem. Dlatego gdy wiedziałem już, że nie oprę się pragnieniu zrobienia Panforte di Siena zaplanowałem, że od razu zrobię cantucci, cantuccini czyli biscotti di Prato.

Toskańskie kruche ciasteczka przykuły moja uwagę z dwóch jeszcze dodatkowych powodów. Pierwszy z nich był oczywiście ściśle związany z ich pochodzeniem i wspominaną już przeze mnie, niemalże do znudzenia, miłością mojej żony do kuchni włoskiej. Drugim były ich zdjęcia. Tak. Wyglądały na nich ślicznie i wywoływały we mnie najmilsze uczucie, jakie może towarzyszyć podczas przeglądania książek kucharskich, uczucie głodu. A naprawdę? Tak naprawdę na pierwszym miejscu powinienem postawić zdjęcia, na drugim chęć przypodobania się żonie, a dopiero na trzecim oszczędność energii elektrycznej. Bowiem gdy pierwszy raz zobaczyłem cantucci, czekałem tylko na moment, w którym mógłbym w jakikolwiek sposób uzasadnić ich zrobienie. Zachwycił mnie ich kształt, przypominający wypełnioną bakaliami chrupiącą bagietkę, struktura wierzchu, przywodząca na myśl przypieczoną skórkę wiejskiego świeżego chleba oraz barwa. Odcień jasnego brązu zbliżony do koloru delikatnie opalonej skóry.

W końcu stało się. Dopiąłem swego. Przepis, z którego skorzystałem.

250 g mąki pszennej typ 450 (oraz niewielka ilość mąki do podsypania podczas zagniatania ciasta)
150 g cukru trzcinowego
5 g proszku do pieczenia
50 g migdałów, drobno posiekanych
50 g całych migdałów
otarta skórka z 1 cytryny
2 duże jajka
szczypta soli

Na drobno posiekane migdały przesiać mąkę. Dodać szczyptę soli, proszek do pieczenia, cukier trzcinowy oraz skórkę otartą z 1 cytryny, 2 duże jaja oraz całe migdały. Ciasto zagniatać na jednolitą masę. Z tak przygotowanego ciasta formować wałek o średnicy 3-4 cm i przełożyć go na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, a następnie wstawić ją do piekarnika nagrzanego do 180°C na 30 minut. Po upływie tego czasu ostrożnie przełożyć ciasto na deskę do krojenia. Bardzo ostrym nożem kroić plastry grubości 1,5 cm. Ułożyć je na blaszce i ponownie wstawić do piekarnika nagrzanego do 160°C. Piec przez 10-12 minut, po czym przewrócić ciasteczka na drugą stronę i ponownie piec przez kolejne 10-12 minut. Można je jeść, maczając w kawie lub mleku.

Przepis znalazłem na stronie Kuchnia Lidla.

Ciasteczka nie wymagają żadnych ani manualnych, ani specjalistycznych umiejętności. Jedynym trudnym momentem jest chwila krojenia. Wymaga ona dodatkowej uwagi, podczas której zwrot ostry nóż nabiera dodatkowego znaczenia. Ciasto wyjęte po pierwszym pieczeniu z piekarnika jest już twarde i kruche. Pokrojenie go na stosunkowo cienkie kawałki, jakie wymagane są w przepisie, wymaga bardzo ostrego narzędzia. Ja takim nie dysponowałem i musiałem pokroić wałek na kawałki prawie dwukrotnie grubsze.

Cantucci lub inaczej biscotti di Prato wyszły przepyszne. Bardzo aromatyczny, cytrynowo migdałowy zapach unosił się ponad nimi jeszcze podczas pieczenia. Nie osłabł na szczęście po wystudzeniu i towarzyszył nam niemalże do ostatniego kawałka. Nie jadłem nigdy wcześniej tych ciastek, dlatego nie wiem jakie być powinny. Moje wyszły nieco zbyt twarde i, sądząc po zdjęciach, trochę za bardzo zarumienione. To efekt użycia tępego noża i nieprecyzyjnego piekarnika. Jednakże zarówno ich twardość jak i grubość nie wpłynęły na moją ogólną ich ocenę. Będę do nich wracał i na pewno będę je szczerze polecał. Pomimo drobnych niedociągnięć z mojej strony, cantucci wyszły takie jakie miały być: zapierające dech w piersiach i odbierające zdolność wypowiadania się.

Dlatego dziś, znając wartość słów, a raczej granicę ich możliwości, oddaję resztę wpisu w ręce sucharów. W moim życiu istnieją dosłownie od chwili, nie wiążę więc z nimi żadnej głębszej refleksji czy ciekawszej historii. Niech bronią się same. Żadne bowiem słowa nie opiszą zapachu jaki się z nich wydobywa, ani zachwytu jaki potrafią wzbudzić. Żadne słowa nie opiszą odgłosu, który towarzyszy ich chrupaniu, ani pełni doznań smakowych, jakie zapewniają. Oto cantucci, toskańskie suchary, biszkopty z Praty, ciasteczka na dokładkę, doskonały dodatek do rozgrzanego na innym cieście piekarnika.

  • Moje ulubione, mniam <3 Poproszę dokładkę!

  • Nie jestem wybitną kucharką, ale toskańskie ciasteczka powinnam ogarnąć. Dzięki za inspirację, w najbliższą niedzielę dzialam!

    • Dziękuję za komentarz i mam nadzieję, że będą Ci tak smakowały jak nam. Ja uwielbiam takie przepisy: wsypać, wbić, wlać wymieszać i praktycznie gotowe 😀 Powodzenia nie muszę Ci życzyć zatem tylko pozdrawiam 😀

  • Boski przepis Mistrzu! Że też wczoraj zjadłem całe migdały, wizyta w sklepie konieczna… 😀

    • Dziękuję 😀 Myślę, że gdy już zrobisz swoje sam siebie uznasz za Mistrza, gdyż sucharki są wspaniałe! Czekam zatem na efekty Twojej pracy 😀

      • Mistrzu! Przepis jest genialny. Musiałem Ci to napisać, cały dom jest pełen bosssskiego zapachu. Wstępne 30 minut w piecu było, pokroiłem – leżakuje pierwszy bok. Wylizuję okruszki, które powstały przy krojeniu – re-we-la-cja!

        • Ahahahaha 🙂 Ja też skrobałem blat do ostatniego okruszka 🙂 BARDZO się Ciesze, że Ci smakuje 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

          • Temat ciasteczek powrócił – przekazałem dalej w dobre ręce – będą go piekły i smakowały kolejne biegające osoby 😀 Miłego!

          • Super 🙂 Może właśnie tworzysz nową świecką tradycję 🙂 Pozdrawiam 😛

  • Wygląda dokładnie tak jak opisałeś, i też dokładnie dla tego chcę je zjeść 😀

    • Dziękuję bardzo! To pragnienie jest dla mnie największym komplementem 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  • Wow, jestem pod wrażeniem. Jadłam te ciasteczka, niestety tylko i wyłącznie w formie kupionej. Mocno mnie kusisz tymi wspaniałymi wypiekami:))

    • Dziękuję 🙂 Bardzo mi miło 😀 A ja nie jadłem kupowanych 🙂 Podejrzewam, że są równie dobre jak domowe. trudno tu cos zepsuć. A co do kuszenia, to z cantucci jest ta sama kwestia co z panforte. Można je jeść odrobinkę przez bardzo długi czas. 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • mnie też zawsze inspirują zdjęcia. niestety mam juz tak, że jak widze przepis bez zdjęcia, to nie zwrócę na niego najmniejszej uwagi. Ostatnio czytając książkę D. Lebovitza „Moja kuchnia w Paryżu” strasznie wściekałam się przy deserach, że prawie w ogóle nie ma zdjęć. I jakże to ma do mnie przemawiać? 😛

    • To prawda. Dobre zdjęcie obok kiepskiego opisu wywiera większy wpływ na zmysły niż odwrotnie 🙂 Dlatego uwielbiam Instagram. Tam wszystko rozgrywa się w podświadomości 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Ola

    Uwielbiam! Maczane w mleku, kawie, winku, ze wszystkim, co się da <3 Kiedyś upiekłam sporo i wszystkie jadłam przez kilka tygodni sama, bo rodzinka narzekała, że połamią sobie na tym zęby. Ech, nie znają się 🙂

    • Hahahah 🙂 Zdecydowanie się nie znają 🙂 Przecież cały ich urok polega na tym, że nie są miękkie. A moczenie tylko wzmaga doznania smakowe przecież 😀 Pozdrawiam!

  • Jeżeli coś zapiera dech w piersiach i odbiera zdolność wypowiadania się to ja po prostu muszę to zrobić. 😀 Mam tylko mały problem jeśli chodzi o wypieki, nie mam piekarnika. Jego funkcję u mnie spełnia prodiż, ale już nie raz się przekonałam, że do ciast się nie nadaje. W razie potrzeby korzystam z piekarnika u mamy. Sęk w tym, że mama w poście nie je słodyczy, a ja co rusz jakieś wypieki do niej noszę. Wygląda to tak, jakbym robiła to specjalnie. 😀 Bo wszelkie zapachy zostają u niej. Twarda jest, nawet nie spróbuje. 😀 Nie będę taka i poczekam do końca postu. I wtedy wyprobuję ten niezwykły przepis. Przepis, który niezwykłym stał się tutaj, bo na stronie lidla zapewne jest zwyczajny. 🙂

    • Powiem Ci Basiu, że bez piekarnika ani rusz… My tez kiedyś jechaliśmy na prodiżu i gdy już w końcu kupiliśmy sobie kuchenkę z działającym piekarnikiem to życie nabrało innych barw! A mama godna podziwu jest 🙂 Tyle dobrego przed nosem i ani kruszyny?! To się nazywa siła ducha 😀 Myślę, że jak przyjdzie pora to porządnego drożdżowca z kruszonką od córki dostanie? 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      • Wiem, piekarnik to podstawa, ale na chwilę obecną nie miałabym gdzie go wstawić. Jakoś sobie radzę, przyznaję jednak, że jego brak do tej pory był moją wymówką – nie piekę, bo nie mam w czym. 🙂 A poza tym to moja mam jest specem od ciast. Trochę dziwnie się teraz patrzy widząc, że i ja w końcu próbuję. 😀 Drożdzowiec z kruszonką? No chyba trochę przesadziłeś. 😀

  • Nigdy nie jadłam takich dobroci i chyba jestem bardzo w tyle… 😀 Pora nadgonić, koniecznie! 🙂

    • Koniecznie Gabrysiu! Sucharki są wyśmienite i naprawdę zdumiewające. O ich doskonałości świadczy fakt, że z tego co mi wiadomo nie mają zbyt wielu odmian. Połączenie smaku migdałów i aromatu cytryny jest nie do opisania 🙂 Dziękuję za komentarz i pozdrawiam Cię serdecznie!

  • slowgift.pl

    Będąc we Włoszech rozsmakowałam się w tych toskańskich – były pyszne! Muszę zatem wypróbować Twój przepis 🙂

    • Obowiązkowo! Napisz koniecznie jak już je zrobisz. Jestem ciekaw jak ocenisz aromat podczas pieczenia 🙂 Dla mnie to połowa ich cudowności 🙂 Pozdrawiam!

  • Czy ja mogę poprosić o wysyłkę jak najszybciej ?? Uwielbiam … po prostu uwielbiam te migdałowe „suchary”. Jeszcze moczenie ich w białym winie podczas babskich wieczorów … ech… cudo

    • Ależ oczywiście! Jak będziemy znów robić to pazuchę dla Ciebie naszykuję 🙂 Tylko, że samo ich zjedzenie nie jest pełnią szczęścia… Zapach, który unosi się podczas pieczenia jest wspaniały! Nie da się go z niczym porównać 😀 Pozdrawiam serdecznie!

      • Zapewniam Cię, że jestem w stanie je skonsumować nawet bez pieczenia ;). Na razie mam kiepski piekarnik ale niedługo się przeprowadzam i wyposażę sobie nową kuchnię w jakieś fajne cudo. Dlatego pewnie będzie pieczone już całkiem, całkiem niedługo ;).

        • Super 🙂 Czekam zatem na relacje po konsumpcji 😀 Pozdrawiam!

  • Zapomniałeś dodać, że rzadko używasz słowa „rzadko” 🙂 Mnie te ciasteczka kojarzą się z jedną osobą, też szczególną. Nie wiem, czy po raz pierwszy jadłam je właśnie dzięki niej, ale podejrzewam, że tak. Domowych nigdy nie jadłam, ale chciałabym odwiedzić mieszkanie, w którym ktoś akurat je piecze.

    • Nie zwróciłem uwagi na częstotliwość użycia tego słowa, co zawsze mam dylemat jak się piszę, więc jak zobaczyłem je kątem oka w cudzysłowie i z uśmieszkiem to aż mnie zmroziło 🙂 Taka przypadłość, niedbalstwo 🙂 Zapach jest obłędny… To fakt. Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • No i wyszedł poemat o sucharkach! Tylko Ty tak potrafisz! 😀
    Moim zdaniem wyszły świetnie i najważniejsze że Tobie jak i żonie smakowały :).
    Ja w liceum byłam w klasie językowej angielsko-włoskiej i podczas licznych wymian z włoskimi studentami tak się tym obżarłam że mam dosyć do końca życia. Aczkolwiek wiem że są przepyszne i uzależniają- jak każde chrupacze 😉

    • Hahahaha 😀 Potrafisz mnie rozbawić 🙂 Jesteś pierwszą osobą, która deklaruje swoją niechęć do cantucci 😀 Super! Dziękuję i pozdrawiam!

      • Heh- no ktoś musi się wyróżniać w tłumie ;).