Wigilijny Spleen.

12328164_1667180433564606_889588296_n

Wracam po pracy do domu. Przeglądam się swojemu migotliwemu odbiciu w szybie. Nie mam siły czytać, oczy odmawiają mi posłuszeństwa. Czuję narastające znużenie. Na krawędzi snu rozmyślam o chwili wytchnienia, na którą czekam od kilku godzin. Wieczorze, podczas którego pragnąłbym odpocząć. Podczas, którego nie znajdę spokoju.

Pamiętam takie momenty ze swojego życia, kiedy jeszcze łudziłem się, że zdobędę jakieś tam wykształcenie i osiągnę status. Spędzałem wtedy całe lata świetlne nad książkami, skryptami, kserówkami i własnymi notatkami, myśląc jedynie o tym, czego w tym momencie nie robię. Kiedy w końcu nadchodził ten upragniony moment i odbierałem indeks z kilkoma skreślonymi w nim cyframi, z nieskończoną radością oddawałem się marzeniom o upragnionej bezczynności. Bezczynności, która była już ściśle zapełniona: nadrabianiem zaległości i planowaniem najbliższej przyszłości, lękami przed niepewnością. Bezczynności, w której nie było ani kawałka miejsca na nią samą. Ani na nudę. Ani na ciszę. Ani na chwilę wytchnienia.

Od tamtego czasu minęło prawie dwadzieścia lat. Wydawało by się, że to wystarczająco dużo czasu, bym nauczył się pewnych rzeczy. Dojrzał, dorósł, wraz z trądzikiem wyrósł z wiecznego zniecierpliwienia, niepokoju, towarzystwa wiecznego stresu. Wraz z nadwagą nauczył się delektować czasem, rozkoszować pięknem chwili, dbać o swój błogostan. Nic bardziej mylnego. Cały dzień myślę o wieczorze. O kilkudziesięciu minutach, na które czekam od rana. O czasie, który będę mógł poświęcić sobie w taki sposób jaki będę chciał. Wracam do domu uczepiony tej myśli i rozdrażniony spiętrzającymi się przeszkodami. Przy wyjściu kolega z pracy zaczepia mnie, by zamienić kilka słów na pożegnanie. Zniecierpliwienie. Tramwaje seryjnie łamią rozkłady jazdy. Irytacja. Żona sugeruje, bym w końcu spełnił jej prośby sprzed kilku miesięcy. Oburzenie. Synek z tęsknotą wyczekuje mojej obecności, bym mógł podarować mu chwilę uwagi. Poczucie winy. W upragnione wolne kilkadziesiąt minut przed snem wnoszę zniecierpliwienie, irytację, oburzenie, poczucie winy w rożnych odmianach i kombinacjach. To bagaż uczuć i kłębiących się myśli zebranych przez cały dzień. Dodam do tego niepokój o najbliższy dzień, niepokój o kolejny i następny, niepokój o pracę, najbliższych, dom, pokój na świecie… i z wypoczynku nici.

Niezależnie od tego co robię i jak bardzo się staram, nie umiem odpoczywać. Nie umiem nawet na chwilę oderwać się od swoich myśli, tak by skupić się na tym co robię w danym momencie i odczuwać tylko spokój i przyjemność. Położyć się i nic nie robić, albo robić coś całkowicie pozbawionego w moim pojęciu wartości. Uwalić przed telewizorem, pograć w jakąś strzelankę. A może to nie jest tak, że ja nie umiem tylko po prostu się nie da? Myśli pojawiają się i znikają, wiążą się z nimi określone uczucia i nie da się tego procesu zatrzymać. Cokolwiek bym nie robił, to albo mam poczucie, że w tym czasie mógłbym robić coś lepszego, albo przez głowę przelewa mi się rzeka wspomnień i imaginacji.

Za kilka dni wigilia. Po niej dwa dni, które dzięki kościołowi katolickiemu, mam wolne. Wigilia, według nich, jest dniem poprzedzającym wielkie wydarzenie. W moim ujęciu jest dniem poprzedzającym niepokój. Z doświadczenia wiem, że nie będą to dni przyjemne. Spędzę je wypełniony tymi samymi uczuciami i myślami, którymi dręczę się każdego wieczora. Rozpamiętywaniem przeszłości i dręczeniem się wyobrażeniami przyszłości. Spędzę ten czas z moimi najbliższymi i bardzo bym chciał, żeby to były przyjemne chwile. Tak jednak prawdopodobnie się nie stanie. W te dwa dni wolne nie wchodzę bowiem jako człowiek wolny. Wnoszę w nie bagaż kilkuset dni, które mam za sobą od poprzednich świąt. Wielkie worki pełne wspomnień, wyobrażeń i oczekiwań. Pomimo chęci, niezmiernie trudne do odstawienia.

Niewiele mogę na to w tym momencie już poradzić. Pozostaje mi jedynie wziąć głęboki wdech, głęboki wydech i zrobić wszystko bym dręczony własnymi rozterkami, nie dręczył mojej rodziny sobą. Z tą myślą przejść przez te dni, mając nadzieję, że znajdę w sobie na tyle wyrozumiałości i akceptacji by nie pogrążyć się w zniecierpliwieniu, irytacji, oburzeniu czy poczuciu winy. Ale czy oznacza to, że nie mogę już nic z tym zrobić? Oczywiście, że mogę. Mając świadomość własnych uczuć i dyskomfort reagowania na rzeczywistość w określony sposób, mogę nadal pławić się w pretensjach i użalaniu lub zacząć działać. Zacząć zmieniać to wszystko na co mam jakikolwiek wpływ, zaczynając od siebie.

Co konkretnie mam na myśli? Nie chodzi mi o długą i intensywną terapię pod czujnym okiem dyplomowanego specjalisty. Nie mam też na myśli ucieczki w Bieszczady pod opiekuńczymi skrzydłami bosego wyznawcy stanów astralnych. Mam na myśli to, co mogę zrobić w zasadzie bez poruszania nieba i ziemi oraz bez angażowania osób niewiadomego pochodzenia. Najprostsze i niewymagające specjalnych przygotowań czynności. Poruszanie się wśród narzędzi, dostępnych w zasięgu ręki. Na początek długi i spokojny sen, systematyczne i zbalansowane posiłki, zaplanowany relaks, aktywność fizyczna. Wszystko w miarę moich możliwości i zgodnie z moimi potrzebami. Bez popadania ze skrajności w skrajność. Ale to nie wszystko.

Człowiek nie składa się przecież tylko z ciała. To istota, która porusza się w określonych relacjach społecznych. O tę część swojego życia muszę zadbać tak samo jak o własną… kondycję fizyczną. Jak? Tak samo jak o ciało, zaczynając od najprostszych czynności. Dzień dobry, dziękuję, proszę, przepraszam, uśmiech, uprzejmość, wyrozumiałość, odpowiedzialność, wdzięczność, itd., itd… Przykładów mogę mnożyć w nieskończoność. Tak jak w nieskończoność mogę je wykorzystywać i rozdawać. Nie ma ograniczonej, dostępnej dla każdego człowieka ilości uśmiechów czy miłych słów. Nie ma żadnego limitu. Te naturalne zasoby są niewyczerpalne. Mogę uśmiechać się na prawo i na lewo, do góry i na dół, do znajomych i do obcych, w sytuacjach radosnych i nerwowych. Tak samo mogę używać magicznych słów, wyrażać wdzięczność czy okazywać kulturę osobistą.

Nie mogę się oczywiście łudzić, że wszystko da się zrobić od razu i z dnia na dzień. Zmiany mogę wprowadzać systematycznie. Mam prawo robić to w takim tempie, jakie uznam za stosowne. Patrzeć na to co mogę zrobić dziś i nie myśleć o tym, jako o zmianach na zawsze i do końca życia. Skupiać się na przyjemnościach, nie unikać odpowiedzialności, dotrzymywać obietnic, załatwiać swoje sprawy do końca, nie kłamać, wysypiać się, najadać ale nie przejadać, kłaść się spać i budzić z czystym sumieniem, na razie tylko dziś. Gdyż każda praca, nawet ta która wymaga tytanicznego wysiłku i dozgonnych zobowiązań, staje się realna do udźwignięcia, jeżeli zostaje rozłożona na raty jednego dnia. Jeżeli przez choć jeden dzień zdołam zadbać o swoje samopoczucie, relacje z bliskimi mi ludźmi, wypoczynek, zainteresowania, to jest szansa, że mogę to zrobić kolejnego dnia i następnego i jeszcze jednego… aż pojedyncze dni ułożą się w całość kolejnego roku. Ułożą się jak obrazek z puzzli w atmosferę kolejnej wigilii i dwóch dni wolnego, które po niej następują. W moje lepsze samopoczucie, w moje lepsze relacje z bliskimi, w moją akceptację siebie i miejsca w którym się znajduję.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że przed kolejną wigilią uda mi się coś w sobie zmienić. Poprzez obserwację i szczerą ocenę siebie. Zanim kogoś lub coś osadzę czy oskarżę, zadać sobie bardzo ważne pytanie: czego ja nie zrobiłem, że czuję się podle? Czego nie dopilnowałem? Czy czuję się tak dlatego, że ktoś mi coś zrobił, czy może sam na własne uczucia zapracowałem? Marznąc na przystanku, w oczekiwaniu na tramwaj. Drżąc na myśl o porannym spotkaniu z szefem. Tłumiąc złość po słowach żony. Zanieczyszczając sobie wyrzutami sumienia przyjemność spędzania czasu z synkiem. Może by wystarczyło, żebym zjadł coś pożywnego przed wyjściem z pracy. Głodny jestem bardziej podatny na irytację, bez energii dotkliwiej odczuwam niską temperaturę. Może by wystarczyło, żebym dokończył wszystkie wyznaczone zadania, zamiast szwendać się w pracy po necie. Może wystarczyłoby, bym w sobotę wstał pół godziny wcześniej i dotrzymał danego żonie słowa. Może wystarczyłoby bym w końcu zrozumiał, że dla mojego synka ważniejsze jest jak, a nie ile czasu z nim spędzam.

Może ostatecznie pogodzę się z tym, że o podły nastrój mogę mieć, w większości wypadków, pretensje jedynie do siebie.

Inspiracją do powstania tego postu był tekst Strachy na lachy, który został opublikowany na blogu Blogierka. Przejrzałem się w nim jak w lustrze. To co tam zobaczyłem skłoniło mnie do głębszej refleksji nad sobą i swoimi świętami. Dziękuję.