W Stronę Słońca.

img_1754

Kończy się lato. Najpiękniejsza pora roku. Ta jego część na którą najbardziej czekam i z którą wiążą mnie najprzyjemniejsze wspomnienia. Prawdziwa ich skarbnica. Kopalnia z niewyczerpanymi zasobami, źródło bez dna. Żadna inna pora nie dostarcza ich tylu i z taką intensywnością. W żadnej innej nie czuję, że doświadczam życia centymetr po centymetrze. Lato jest dla mnie początkiem i końcem. Z nim wiąże się mój sposób odczuwania upływu lat. Jest ważniejszy nawet od kalendarzowego przełomu czy obchodzonego przeze mnie w maju dnia urodzin.

Każdego roku ulegam złudzeniu, że przez te kilkadziesiąt dni zdołam się latem wypełnić, tak by związane z nim emocje starczyły mi na dłużej niż na kilkanaście po jego zakończeniu. Doskonale jednak wiem, że to niemożliwe. Nie mogę nasycić się czymś co jest jednocześnie nieuchwytne, ulotne, poddane naturalnemu prawu przemijania i jednocześnie powiązane ze zbyt dużą ilością zmiennych. Nie mogę w żaden sposób uchwycić powietrza, które wpada przez otwarte okno rozpędzonego pociągu. Nie mogę zachować suchości w ustach po kilku godzinach czekania, w pełnym słońcu, na PKS. Nie mogę zatrzymać kropel deszczu, spływających po twarzy pod koniec całodziennej wędrówki w górach. Wyrwane z wieloelementowego kontekstu stają się tylko powietrzem, posmakiem i kroplami bez znaczenia.

Smak i zapach drożdżowego ciasta jest jednym z tych najważniejszych dla mnie i najbardziej wyrazistych elementów lata. Wiąże się ze wspomnieniami dni, które jako dziecko spędzałem w domach moich babć. Proste, niezbyt wyszukane, a jednak niezwykłe ciasto zajmuje w moich wspomnieniach wyjątkowo ważne miejsce. Tak ważne, że nie śmiem nawet próbować wracać do niego jako dojrzały mężczyzna. To zadanie wykraczające poza moje możliwości. Sam drożdżowiec jest przecież tylko zwykłym, prostym niewyszukanym ciastem, ale tylko w towarzystwie konkretnych osób, w konkretnym czasie i miejscu zyskuje niepowtarzalną wartość. Jedzony wprost z blaszanej formy, w środku upalnego dnia, za plecami babci, która pochylona nad stołem z trudem utrzymywała powagę, obserwując na nasze nieporadne próby podkradania ulubionego deseru.

Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy znalazłem przepis na to ciasto. Jego kształt, sposób podania i rodowód różnił się zupełnie od drożdżowca robionego przez moje babcie, ale nadal cokolwiek by o nim nie napisać był to drożdżowiec! Nie potrzebowałem więc dodatkowej zachęty, by wziąć się do roboty. Pierwsze lepsze wolne popołudnie stało się do tego doskonałym pretekstem.

Przepis, z którego skorzystałem:

Składniki
Ciasto:
750 g mąki pszennej
250 ml mleka
40 g świeżych drożdży
100 g cukru
3 jajka
100 masła
1 łyżeczka soli
1 cytryna
1 pomarańcza
płatki migdałów

Konfitura
2-3 pomarańcze
100 g cukru

Podgrzać mleko do letniej temperatury. Mąkę przesiać do miski. W środku mąki zrobić zagłębienie, wlać do niego mleko, dodać cukier i pokruszone drożdże. Delikatnie mieszać rozczyn z mąką (tylko w środkowej części miski), tak by mąka na obrzeżach pozostała sucha. Rozczyn posypać mąką, miskę przykryć ściereczką i pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Roztopić masło i dodać je do wyrośniętego rozczynu. Następnie dodać sól, jaja oraz startą skórkę z cytryny i pomarańczy. Wszystkie składniki dokładnie wyrobić, aż ciasto zacznie się odklejać od miski i rąk. Wyrobione ciasto oprószyć mąką, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około 50 minut. Ciasto musi podwoić swoją objętość. Ciasto ponownie zagnieść i formować z niego wałek. Wałek ułożyć, nadając mu kształt koła, i przełożyć na blachę uprzednio wyłożoną papierem do pieczenia (w środek ciasta można wstawić szklankę). Wieniec posmarować białkiem, obsypać płatkami migdałów i pozostawić w ciepłym miejscu na 15 minut. Piec w temperaturze 160°C przez około 30-40 minut.

Pomarańcze obrać, filetować i pokroić na małe kawałki. Na patelnię wsypać cukier, karmelizować go, dodać pomarańcze i sok, który wyciskamy z pozostałości po filetowaniu. Przez chwilę smażyć. Gdy składniki się połączą, studzić. Gdy konfitura wyjdzie zbyt rzadka, należy ą dłużej zostawić na ogniu.

Przepis znalazłem na stronie Kuchnia Lidla, we wpisie zatytułowanym Hiszpańskie Ciasto Drożdżowe z Konfiturą z Pomarańczy.

Drożdżowiec zrobiony według tego przepisu w niczym nie przypomina ciasta, które jadałem podczas moich wakacyjnych wyjazdów. Nie jest płaskie, nie piecze się go w blasze, nie ma kruszonki lub dodatku rabarbaru nie smakuje wreszcie niekończącą się swobodą i beztroską. Jest za to bardzo dobrym deserem, pysznym i sycącym śniadaniem lub doskonałą przekąską. Podawany z pomarańczową konfiturą smakuje wprost wyśmienicie. Puszyste, lekkie wykończone kwaskowo-słodkim dodatkiem, roztacza wokół siebie niepowtarzalny blask wakacyjnego słońca. Zupełnie innego słońca.

Parę dni temu zmarła moja babcia. Ciasto drożdżowe nie jest oczywiście jedynym wspomnieniem jakie po sobie zostawiła. To zaledwie kropla w morzu. Jest jednak jednym z tych elementów mojej przeszłości, które bezpowrotnie w nią odchodzą. Nic na to nie poradzę, nie mam na to żadnego wpływu i jestem z tm faktem absolutnie pogodzony. Smaku ciasta jakie robiła, tak jak chwil które mi podarowała nie jestem w stanie odtworzyć. Mogę je jedynie pielęgnować w sobie i wykorzystywać jako motor do dalszego działania.

Moje dzieciństwo nie wróci. Pozostało zapisane w uśmiechu mojej babci, w jej oczach i barwie głosu, w niepowtarzalnym blasku, który wokół siebie tworzyła. Moja przeszłość odeszła ale cykl trwa jednak nadal. Koniec wakacji to koniec jednego z nich i początek następnego. To dające mi poczucie bezpieczeństwa i otuchę prawo powtarzalności. Mianownik, który jest podstawą do tego, by wszystko inne mogło być wyjątkowe. Dziś, gdy patrzę na mojego synka nie widzę w nim samego siebie. Widzę dorastającego chłopca, który żyje i rozwija się w kręgach własnych cykli. Patrzy w inne oczy, widzi inny uśmiech i słucha barwy innego głosu. Głosu jego babci. Jego ukochanej osoby, której niepowtarzalna osobowość wpływa na jego wyjątkowe wspomnienia. Cykl trwa nadal, ale składa się z zupełnie innych elementów. Innego zbioru osób, miejsc i zjawisk. Innych emocji, którymi ten mały jeszcze chłopiec będzie zapewne próbował się wypełnić, by starczyły mu na dłużej niż na kilkanaście dni.

  • Bardzo mi przykro:( Ponad trzy lata temu odeszła moja babcia….nie doczekała narodzin swojego pierwszego prawnuka, mojego syna. Zmarła dwa tygodnie przed narodzinami Jaśka. Było to dla mnie niebywale ciężkie przeżycie, poczułam, że los nie jest i nigdy nie był sprawiedliwy. Do dnia dzisiejszego wspominam babcine racuchy z jabłkami na śmietanie i placki ziemniaczane, które jadłam pasjami. Wspomnienia mamy w sercu, ale cudownie móc je pielęgnować w codziennym, kulinarnym życiu. Mocno ściskam Was:*

    • Dziękuję. Dla mnie to nie było bolesne doświadczenie. Miałem okazje się z Babcią pożegnać i podziękować jej za wszystko. Mój syn ja znał. Wiem, że to bezcenne. Dziękuję za Twoje wyznanie. Ściskam i pozdrawiam! :*

  • Współczuję!! :((
    Ale babcia zawsze zostanie w Twoim/Waszym sercu! :**
    ps. A świeżych drożdzy przyznam nie umiem obsługiwać 😀

    • Dzięki 🙂 Tak właśnie jest. W sercu jest dużo słońca. To najlepsza pamiątka po babci. A drożdże to według przepisu i musi zadziałać 😀

      • Ach te serducho 😀
        ps. Mam nadzieję 😉