Utopić sąsiada.

11253758_948158571922831_1932818755_n1

Jak wielki człowiek się pomylił, to znaczy że żartował – to zdanie wypowiedziane kiedyś przez jednego z moich dawnych kolegów towarzyszy mi w każdej podbramkowej sytuacji. Takiej, która jest zarówno wynikiem mojego ewidentnego zaniedbania czy niedopatrzenia, jak i uwikłania się w skomplikowaną sytuację. Oprócz wyraźnej ironii niesie ono w sobie coś, co pozwala mi z dystansem spojrzeć na wszystkie błędy jakie popełniam. To świadomość tego, że każda, nawet najbardziej spektakularna porażka, może dać z czasem podwaliny do wesołej czy być może nawet pouczającej historii. Może stać się nawet niezłym dowcipem.

Inny mądry człowiek powiedział, że uczę się na błędach. Z doświadczenia wiem, że głównie na własnych. Jeszcze inny, że błądzić jest rzeczą ludzką. Czyli cechą charakterystyczną dla przedstawicieli gatunku ludzkiego. Zewsząd dostaję więc sygnały, że moja wyimaginowana doskonałość jest mrzonką i wyrazem roszczeniowej postawy do życia. Nic bardziej nie mydli mi oczu i nie zaburza kontaktu z rzeczywistością niż przekonanie o własnej nieomylności. Wiedząc, że doskonały nie jestem. Wiedząc, że nie jestem w stanie kontrolować wszystkiego. Wiedząc, że mam prawo, jako istota ludzka popełniać błędy, jednocześnie bardzo chcę tego nie dostrzegać i ukrywać to sam przed sobą. Wymagać od siebie i swojego życia absurdalnej postawy kamiennego posągu. Gdyż wzorowe, bezawaryjne postępowanie dotyczy sytuacji w której brak jest działania, brak ruchu. W myśl kolejnej sentencji wypowiedzianej ustami jeszcze innego mądrego człowiek: nie myśli się ten, kto nie robi nic.

Kilka dni temu Blogierka z bloga Blogierka opublikowała tekst pod tytułem Shit Happens. Opisuje w nim, w  formie krótkich anegdot, swoje życiowe żarty. Czytając je, przed oczami stawały mi podobne momenty z mojego życia. Moje wpadki, porażki. Te chwile, które dopiero teraz wywołują u mnie śmiech. Na które dopiero z perspektywy czasu patrzę jako na warte zapamiętania. Zachęcony przez Blogierkę postanowiłem spisać kilka z nich. Oto moja lista

KULA PIEROGÓW

Miejsce – dom. Wieczór miał się zakończyć wspaniałą ucztą, którą na ten dzień przygotowałem dla mnie i mojej żony. Właściwe, to nie do kończą przygotowałem, ale bardzo chciałem przygotować. Wpadłem na pomysł, by po pracy zrobić dla niej i dla siebie nasze ulubione pierogi z mięsem. Kupując mięso, gotując je, ugniatając ciasto, mieląc farsz, lepiąc kolejne sztuki wyobrażałem sobie radość mojej ukochanej z powodu nieoczekiwanego prezentu. To był poniedziałek, więc tym bardziej liczyłem na efekt. Efekt zamienił się jednak szybko w defekt. Postanowiłem bowiem nie gotować od razu przygotowanych pierogów, tylko poukładać je na talerzu i podać żonie świeże, wyjęte prosto z wrzątku. Zwrócę w tym miejscu uwagę mniej spostrzegawczych czytelników na zwrot poukładać na talerzu. Nie mam tu na myśli jednego, dwóch czy pięciu pierogów, ale kilkadziesiąt. A jak można ułożyć kilkadziesiąt, świeżo ulepionych pierogów na jednym talerzu? No właśnie. teraz już wiem, że pojedyncze sztuki zbijają się, poukładane jeden na drugim, w jedna masę i zamieniają w ogromną pierogową kulę. Na kolację tego wieczoru nie jedliśmy pierogów…

UTOPIĆ SĄSIADA

Miejsce – cudze mieszkanie. Kilka mieszkań. Konkretnie cztery mieszkania w przedwojennej kamienicy. Do wynajmowanego przez mojego przyjaciela mieszkania wprowadziła się nowa lokatorka. Dziewczyna na pierwszy rzut oka bezradna i wymagająca pomocy. Zwłaszcza na płaszczyźnie technicznej. Gdy wstawiłem jej do mieszkania pralkę, w którą mój przyjaciel zadeklarował się wyposażyć mieszkanie, nie odmówiłem pomocy przy jej montażu. Poszło mi sprawnie i bez żadnych problemów. Pralka stała oddalona od odpływu wody na odległość przekraczającą długość standardowego węża wylewowego. Musiałem więc dokupić i zamontować dodatkowy, przedłużający. Zrobiłem to bez większych trudności i… bez obejm zabezpieczających węże przed rozłączeniem się. Na moje fachowe oko wszystko doskonale się trzymało. Do pierwszego prania. Kilka dni później odebrałem telefon z informacją, że węże puściły, zawartość pralki rozlała się na podłogę, wsiąkła w nią i zalała dwa mieszkania w dół oraz jedno na ukos. Dodam, że stropy w tej kamienicy wykonane są głównie ze słomy. Dodam, że właściciel nie ubezpieczył mieszkania. Dodam, że mieszkanie poniżej było świeżo po remoncie. Nie pamiętam czy w nocy po tym dniu spałem spokojnie. Niewiele pamiętam.

GRZYBOBRANIE

Miejsce – las. Ciemny las. Jak pisałem w tekście Grzybki Marynowane. Arcydzieło w Słoiku. moja przygoda ze zbieraniem grzybów zaczęła się stosunkowo niedawno. Jako laik i pozbawiony doświadczenia amator zanim w ogóle wyszedłem w las, spędziłem jakiś czas na zbieraniu niezbędnych informacji. Jedną z nich była najlepsza pora na zbieranie grzybów. Dowiedziałem się, że na grzyby najlepiej jechać o określonej porze dnia, w konkretne dni tygodnia i o określonej porze roku. Dzięki temu szanse na powodzenie rosną, gdyż grzybostan zdąży się zregenerować po weekendzie, a ja zdążę przed robactwem i innymi grzybiarzami. Zaopatrzony w wiedzę i informacje wybrałem się więc na swój pierwszy samodzielny zbiór na początku października, w środę, o świcie. Wstałem o 4:30. Wsiadłem do autobusu o 4:49. Na ostatnim przystanku byłem o 5:14. Wysiadłem z autobusu. Wsiadłem do niego o 5:15. Na przystanku wysiadłem o 5:40. W domu byłem o 5:50. Powód? Nadal był październik, nadal było za ciemno i nadal lało. Byłem tak zaabsorbowany samym pragnieniem pojechania na grzyby, że nie zauważyłem ani tego, że po ciemku nic nie znajdę, i że leje. Tej nocy spałem dobrze.

SOJA EVERYWHERE

Miejsce – kuchnia w mieszkaniu moich rodziców. Czas – tu jest to niezmiernie ważne – 24 grudnia, ostatnie szlify przed rodzinną wigilią. Po całym dniu sprzątania i szykowania mieszkania na wysoki połysk, wreszcie zobaczyliśmy światełko w tunelu. Wystarczyło wycisnąć szmatki, odłożyć na miejsce zmiotki, zwinąć przewód w odkurzaczu. Na stole błyszczała już zastawa, tato w łazience kończył toaletę, moja siostra krzątała się w pokoiku, moja mama wycierała ostatnie paluchy z kuchennych szafek, a ja czekałem na tatę, gdyż mieliśmy jechać na stację po babcię. Nagle idyllę przerwał potężny huk. po nim łomot, syk i krzyk mojej mamy! Rzuciliśmy się wszyscy do kuchni, gdzie naszym oczom ukazał się przerażający widok. Gdy opadły kłęby pary zobaczyliśmy mamę siedzącą pod szafką. Skuloną i trzęsącą się z przerażenia. Dookoła niej opadała para wodna, obok niej leżał przewrócony i rozerwany szybkowar, a całą kuchnię oblepiała warstwa rozgotowanej papki sojowej. To co zobaczyliśmy było efektem nieudanej, tym razem, próby ugotowania ziaren soi w szybkowarze. Robiłem to wiele razy, ale tego właśnie dnia rozgotowana soja zatkała zawór bezpieczeństwa, co stało się bezpośrednią przyczyną nagromadzenia pary wewnątrz garnka, i rozszczelnienia jego pokrywki. Para wyrzuciła garnek w mamę, ten odbił się od niej i wirując uderzył w kuchenkę, by ostatecznie wylądować na podłodze. To była najdłuższa wigilia… ever. Soję sprzątaliśmy kilka dni. Mama dochodziła do siebie kilkadziesiąt.

PODANO DO STOŁU

Miejsca – różnie. Żarty kulinarne mogły by wypełnić niejeden wpis. Moje nie należą do wyjątkowo spektakularnych, ale warto choćby dla kronikarskiej skrupulatności o nich również wspomnieć. Zanim zrozumiałem, że przed przystąpieniem do przygotowywania jakiejkolwiek potrawy, zwłaszcza gdy robię ja pierwszy, należy co nieco na jej temat się dowiedzieć, upłynęło sporo czasu i równie dużo koszy na śmieci wypełniło się niejadalnymi produktami spożywczymi. Nie będę się wdawał w szczegóły. Wspomnę tylko o gulaszu, zaprawionym tuż przed podaniem śmietaną, którą wlałem prosto do garnka. Śmietana się zwarzyła  i obiad dla narzeczonej i przyszłych teściów nie trafił na talerze. O zamrożonym łososiu, którego piekłem w prodiżu i podałem zanim w ogóle się rozmroził. O kilku litrach wylanych zup buraczkowych, które wydawały mi się zbyt mdłe i wodniste… przed doprawieniem. O kilku kilogramach pokrojonych w plasterki krupnikach, do których dodawałem zawsze za dużo kaszy lub ryżu.

SERWER : ARTUR – 1:0

Miejsce – wirtualna przestrzeń. Dodam, że należąca do firmy, w której pracuję przestrzeń na zewnętrznych serwerach, na których znajduje się należący również do niej sklep internetowy. Pewnego dnia postanowiłem samodzielnie, bez niezbędnego wykształcenia i bez zbędnej, moim zdaniem, pomocy zmodyfikować dane dotyczące tej części sklepu internetowego, która nazywa się baza MySQL. Do tej pory nie wiem co to jest, ale wiem że zmiana hasła do tej części wirtualnej rzeczywistości powoduje całkowitą blokadę sklepu internetowego. Wiem też, że próba zmiany tego hasła poprzez modyfikację plików konfiguracyjnych może spowodować utratę tych plików i wywołać totalną zagładę. Totalną blokadę sklepu. Na kilka godzin. Blokadę możliwości obsługi sklepu, przeglądania towaru, dokonywania zamówień. Blokadę. Jego chwilowe unicestwienie. Przez kilka godzin wertowałem w myślach możliwe kontakty. Przeliczałem straty i koszty odzyskania utraconych danych – kilkunastu miesięcy pracy. Gdy już miałem się poddać i dobrowolnie oddać w ręce sprawiedliwości, od nieznajomego informatyka otrzymałem pomoc w postaci porady stulecia: zgłoś do firmy obsługującej wasz sklep, by dokonała operacji przywrócenia kopii zapasowej sklepu. Tak tez uczyniłem, tak też się stało. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach wszystko wróciło do normy. Tej nocy spałem we własnym łóżku.

Z OSTATNIEJ CHWILI

Miejsce – mój blog. Wpis ten rozpocząłem kilka dni temu i jak zwykle kilkakrotnie go poprawiałem. Dopisywałem kolejne akapity, zmieniałem ich kolejność, skracałem zdania, szlifowałem przed opublikowaniem. Kolejne korekty wprowadzałem dziś, podczas przerwy w pracy. Nie zapisałem zmian, gdyż zająłem się swoimi obowiązkami. Dopiero na jej zakończenie, wyłączając przeglądarkę kliknąłem przycisk Podejrzyj, który zapisuje aktualną wersję szkicu. Po zamknięciu niedokończonego tekstu spokojnie wyszedłem do domu. Wieczorem, gdy znalazłem chwilkę wolnego czasu, usiadłem przed komputerem i po zalogowaniu się do panelu administracyjnego odkryłem, że pod wpisem, którego nie opublikowałem, nieskończonym wpisem, pełnym błędów, z urwanym zdaniem na końcu, widnieje komentarz! Powtórzę: pod wpisem, którego nie opublikowałem! Zaskoczenie trwała zaledwie kilka sekund. Po chwili śmiałem się sam z siebie i swojego roztargnienia. A autorce komentarza, Oldze,  dziękuję za to, że tak łagodnie mnie potraktowała oraz za to, że komentarz zamieściła. Bez niego pewnie dopiero jutro zorientowałbym się o tej wpadce.

Dziś o tych sytuacjach piszę ze spokojem i z dystansem. Wtedy, gdy je przeżywałem nie było mi wcale do śmiechu. Każda z nich jest dziś dla mnie wartościowym wspomnieniem i źródłem wiedzy o mnie oraz o mechanizmach funkcjonowania rzeczywistości. Dziś szybciej dochodzę do siebie po kolejnych błędach. Nie załamuję się tylko staram uspokoić  i racjonalnie oceniać sytuację. Pamiętam przecież, że niezależnie od tego jak było źle, w końcu się wszystko układało, wyjaśniało, stawało mniej lub bardziej interesującym wspomnieniem. Częścią mojego życia i mojej osobowości. Wyjątkowym i niepowtarzalnym elementem jedynej w swoim rodzaju istoty ludzkiej jaką jestem. Niezbędnym elementem, tworzącym pełen obraz mnie. Jak obraz, który składa się z wyjątkowych, niepowtarzalnych i jedynych w swoim rodzaju pojedynczych puzzli.