Turecki Rykoszet.

IMG_1056

Przypadek? Zbieg okoliczność? Zrządzenie losu? A może zwykły fart? Sam nie wiem. Czasami tak się zdarza, że na marginesie poszukiwań jednego produktu, znajduję inny. Niekoniecznie podobny,  ale równie intrygujący i pobudzający moją ciekawość. W taki właśnie sposób, celując w chałwę, rykoszetem trafiłem w inny przysmak rodem z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy, w rachatłukum.

Dlaczego zainteresowałem się akurat czymś, co nazwą przypomina raczej element wyposażenia artylerzysty z czasów I wojny światowej, niż łakomy kąsek? Na pewno nie z powodu militarystycznych skojarzeń. Moją uwagę rachatłukum przykuło tylko dlatego, że nigdy nie miałem z tym czymś do czynienia. Po prostu. Natrafiłem na nie przeglądając informacje o chałwie. Moja wyszukiwarka jako dodatkowe hasło, które może mnie zainteresować, podsunęła mi obrazek smacznie wyglądających żelków. Podpisany właśnie tym niefortunnym słowem. Nie musiałem długo się zastanawiać. Zapragnąłem pójść nowo odkrytym tropem.

Na początek musiałem oczywiście zebrać trochę informacji. Ponętnie prezentujące się kostki przemawiały do mnie wyjątkowo skutecznie, ale nazwa i brak jakiejkolwiek wiedzy na ich temat już nieco mniej. Rachatłukum to, jak podaje Wikipedia, wyrób cukierniczy charakterystyczny dla wielu lokalnych kuchni, głównie z obszaru Półwyspu Bałkańskiego i Bliskiego Wschodu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Rachat%C5%82ukum). Znany jest, między innymi, w Turcji, Grecji, Rumuni, krajach wpływów języka arabskiego. Jego niezbyt wykwintna nazwa okazuje się być spolszczeniem właśnie arabskiej nazwy tego wyrobu rāḥat ḥulqūm, określanego też w innych językach jako lokum, lukumi, răhat czy po prostu turkish delight. Turecka Rozkosz, Ukojenie Gardła – brzmią znacznie lepiej. Wzbudziły we mnie zaufanie, którego pełnie odczułem, gdy uświadomiłem sobie, że rachatłukum znane jest w wielu krajach od setek lat: Początki tego deseru sięgają XV wieku, natomiast obecnie najczęściej stosowany przepis pochodzi z XIX wieku (https://pl.wikipedia.org/wiki/Rachat%C5%82ukum). Jako przysmak wielu narodów i kultur musiał więc jednak być przysmakiem, a nie odłamkiem szrapnela.

Na tytule problemy, dotyczące rachatłukum się jednak nie skończyły. Pobieżna analiza przepisu i wstępne informacje o sposobie wykonania tego przysmaku, wypełniły mnie czymś zupełnie innym niż optymizmem. Szybko okazało się bowiem, ze jest to produkt, który raczej nie powinien wzbudzić mojego zainteresowania. Rachatłukum jest bowiem wyrabiany ze skrobi pszennej lub mąki ziemniaczanej oraz cukru (https://pl.wikipedia.org/wiki/Rachat%C5%82ukum). To nie mogło się tak po prostu odbyć. Wszystkiego z czego robiony jest turkish delight staram się ostatnio skutecznie unikać. Musiałem znaleźć jakieś wyjaśnienie lub chociażby pretekst. Musiałem zracjonalizować sobie mój wewnętrzny sprzeciw, który w pierwszym momencie był nawet silniejszy niż ciekawość. Zabrnąłem już za daleko w ten zaułek.

Z pomocą w dokonaniu poważnego, bądź co bądź, zamachu na moje nowe przekonania przyszło mi zajęcie, którym ostatnio para się moja żona. To ogromny paradoks, ale bardzo zgrabnie dopasowany do sytuacji. Wynalazek potrzeby chwili. Wynik potęgi zwodniczego działania mojego umysłu. Wykorzystanie elementu zdrowego trybu życia ukochanej osoby, jako pretekst do zrobienia czegoś co temu stylowi przeczy. Moja żona od kilku tygodni bardzo wytrwale przygotowuje się bowiem do półmaratonu. Podczas pokonywania kolejnych etapów planu treningowego stanęła przed dylematem jedzenia w czasie biegu. Mając w pamięci nasze rozmowy o problemach z gryzieniem, przełykaniem, przyklejaniem się do zębów i podniebienia, trudnościami w popijaniu, wymyśliłem, że rachatłukum będzie idealnym rozwiązaniem. Wykonane w całości z węglowodanów, zbliżone konsystencją do żelu lub galaretki doskonale powinno sprawdzić się, według moich kalkulacji, podczas długodystansowego biegu… Takie wyjaśnienie doskonale pasowało do udowodnienia mojej pokrętnej teorii. Miało też skutecznie przekonać moją żonę, że to co robię nie jest tylko moim kolejnym wymysłem, ale że ma sens.

Przepis, z którego skorzystałem:

800 g cukru
1 łyżka soku z limonki/cytryny
375 ml wody
120 g mąki ziemniaczanej
3/4 łyżeczki kwasku cytrynowego
200 ml wody
300 ml soku owocowego

oraz
160 g cukru pudru + nieco do podsypania
30 g mąki ziemniaczanej

Cukier i 375 ml wody umieścić w dużym garnku, dodać sok z limonki i podgrzewać na średnim ogniu cały czas mieszając – tak by cukier był całkowicie rozpuszczony zanim całość zacznie się gotować. Kiedy syrop zacznie wrzeć obmyć brzegi garnka by pozbyć się ewentualnych kryształków cukru i pozwolić mu gotować się 30 minut, od czasu do czasu mieszając. Po 30 minutach zdjąć garnek z ognia (syrop powinien osiągnąć ok. 130ºC). W drugim garnku umieścić 200 ml wody, sok owocowy, kwasek cytrynowy i skrobię i cały czas mieszając (najlepiej trzepaczką lub mikserem) podgrzewać na niewielkim ogniu. Ważne jest by masę cały czas mieszać bo zacznie szybko gęstnieć. Doprowadzić do wrzenia, po kilku minutach kiedy masa będzie bardzo gęsta (cały czas miksować) zdjąć garnek z ognia i partiami dodać syrop, po każdym dodaniu miksując. Kiedy syrop będzie już całkowicie wmieszany i powstanie gładka masa, garnek ponownie położyć na kuchence i podgrzewać na niewielkim ogniu. Gotować ok. 1 godzinę i 20 minut często mieszając. Gotowe turkish delight przełożyć do formy ok. 20 x 20 cm wyłożonej papierem do pieczenia i natłuszczonej. Odstawić do zastygnięcia na kilkanaście godzin, a najlepiej na noc. W większej misce z cukru i mąki przygotować mieszankę do obtoczenia lokum. Na blat kuchenny wysypać nieco cukru pudru, oprószyć również powierzchnię lokum. Następnie wyjąć je z formy i położyć do góry nogami na blacie, na warstwie cukru. Delikatnie oderwać papier, posypać cukrem pudrem i kroić na kwadraty – najwygodniej użyć okrągłego nożyka do pizzy. Przełożyć po kawałku turkish delight do miski i obtaczać, dodawać kolejne i mieszać ręką by dokładnie pokryły się cukrem pudrem. Przechowywać zasypane cukrem pudrem ze skrobią w zamkniętym pojemniku, w temperaturze pokojowej.

Przepis znalazłem na blogu Candy Company, we wpisie Tradycjne Turkish Delight. Do swojego rachatłukum użyłem soku z kwiatów czarnego bzu.

Jedynym pocieszeniem był dla mnie fakt, że rachatłukum wykonane według tego, tradycyjnego przepisu, pozbawiane jest żelatyny, aromatów, sztucznych barwników, konserwantów i syropu glukozowo-fruktozowego.

Ponad dwie godziny spędzane w kuchni, cała noc oczekiwania przyniosły nazajutrz pierwsze rozczarowanie. Wykonane przez mnie rachatłukum nie pachniało i nie smakowało dodanym do niego sokiem owocowym. Było też zbyt ciemne. Wydawało się jakby kilkudziesięciu minutowe gotowanie spowodowało skarmelizowanie się cukru, który ewidentnie zdominował smak, zapach i kolor mojego rachatłukum. Nie zniszczył go, ale ewidentnie zdominował. Powód może być jeden. W obawie o wynik tego eksperymentu i z wyuczonego braku zaufania do nowych przepisów moje turkish delight zrobiłem z połowy porcji. Czas pozostawiłem bez zmian. Być może gdybym zastosował się do przepisu w 100% rezultat byłby bliższy oczekiwanemu. Kolejne rozczarowanie dotyczyło kształtu rachatłukum. Nie udało mi się bowiem go okiełznać i ostateczna forma bardzo odbiegała od ślicznych kostek, których zdjęcie znalazłem w sieci.

Niezależnie od tego rachatłukum wyszło wspaniałe. Niemalże dokładnie takie jak sobie wyobrażałem. Smak, zapach a zwłaszcza konsystencja okazały się wprost zniewalające. Słodkie do granic wytrzymałości moich kubków smakowych, lepkie jak żywica, ciągnące się i wręcz gumowate już po kilku kawałeczkach w całości zaspokoiło moja potrzebę kontaktu z tymi smakołykami. Smak karmelu z czasem nieco osłabł. Po kilku godzinach wyraźnie dało się wyczuć sok, który dodałem. Następnego dnia smaki niemalże się zrównoważyły, a po kilku dniach dominował już kwiat czarnego bzu.

Najważniejsze było to, że żadna z tych niedogodności nie przeszkadzała mojej żonie. Wprawdzie uznała, że rachatłukum podczas biegu w ogóle nie spełnią pokładanej w nich nadziei, ale same bardzo jej smakowały. Niezależnie od tego jakie miałem w stosunku do nich plany. W zasadzie można powiedzieć, że zjadła je niemalże w całości. Uwolniło mnie to zupełnie od wyrzutów sumienia. Zastosowany przeze mnie fortel okazał się bowiem skuteczniejszy niż mogłem przewidzieć. Przypadek? Zbieg okoliczność? Zrządzenie losu? A może zwykły fart? Sam nie wiem. Czasami tak mi się zdarza, że planując jedno wychodzi mi zupełnie coś innego. Że choćbym nie wiem jak się starał, nie mogę w pełni przewidzieć rezultatów mojego działania. Że celując w rozum, rykoszetem trafiam czasem prosto w serce.