Szybkie Danie w 900 Minut.

12142723_466762793510352_1912621333_n

W mojej rzeczywistości jest coraz mniej miejsca na spontaniczność. Większość wydarzeń muszę planować, organizować dla nich czas. Z dużym wyprzedzeniem uwzględniać nie tylko w moim rozkładzie dnia, ale coraz częściej również tygodnia i miesiąca. Dotyczy to czasu na rozrywkę, spotkania z przyjaciółmi czy rodziną, uprawiania sportu, czytanie no i oczywiście przygotowywania posiłków. Robię to z dwóch powodów. Po pierwsze by wydarzenia te w ogóle się odbyły oraz, po drugie, po to by móc się nimi cieszyć. Wygospodarować na nie kilka godzin i dzięki temu poświęcić im tyle uwagi, ile to potrzebne. A trochę zazwyczaj jest.

Usłyszałem kiedyś taką anegdotę. Opowiedziała mi ją znajoma. Jej koleżanka, Polka, ma męża z bardzo daleka. Różni ich nie tylko pochodzenie ale również, wynikająca z pochodzenia, kwestia podejścia do posiłków. Ich rodzajów, użytych składników, przypraw oraz czasu przygotowania.  Gdy ja chcę przygotować coś na szybko na śniadanie – opowiadała – zajmuje mi to pięć minut. Jemu pięćdziesiąt.

Przeniosę tę historyjkę nieco na własny grunt. Niekiedy zdarzało się, że w domu nie było nic na obiad. Nikt z nas nie miał wtedy ochoty na nic, a tym bardziej na stanie przy garach. Gdy padało więc bardzo niewygodne pytanie: Co robimy?, najczęściej udzielaną odpowiedzią było genialne: Coś na szybko. Spaghetti. Jestem pewien, że ta sytuacja nie dotyczy tylko moich wspomnień i tylko mojego domu. Ja sam przetrwałem w ten sposób wszystkie dłuższe wyjazdy moich rodziców, początkowe lata mojej samodzielności i niejedną leniwą niedzielę. Dziś te wspomnienia budzą we mnie grozę. Spaghetti traktowałem jako ostatnią deskę ratunku. Danie proste, wymagające jedynie wymieszania smażonego mięsa z rozrzedzonym koncentratem pomidorowym i suszonymi przeprawami. Dziś jest zupełnie inaczej. Pomimo, że nie zmieniłem obyczajów kulinarnych, zmieniło się moje podejście do sposobu na przygotowanie tej genialnej potrawy. Spaghetti jest nadal dla mnie daniem łatwym, ale wymagającym czasu i cierpliwości.

Na marginesie dodam, co mam na myśli pisząc spaghetti? W mojej świadomości spaghetti funkcjonowało nie tylko jako nazwa włoskiego makaronu, ale jako konkretne danie. Składające się z tego rodzaju makaronu i najczęściej pomidorowo-mięsnego sosu.

Dziś wiem, że przyrządzenie smacznego i aromatycznego spaghetti wymaga czasu. Przepis, z którego korzystam opracowałem sam i jest wynikiem moich eksperymentów. Nie ma on idealnego odpowiednika w kuchni włoskiej. Najbardziej zbliżony jest do przepisu na sos boloński. Różni się kilkoma detalami, ale w jednym jest identyczny. Dotyczy to czasu przygotowania. Aby sos boloński stał się sosem bolońskim należy poświęcić mu kilka godzin. To samo tyczy się mojego sosu. Aby stał się daniem, a nie tylko mieszanką mięsa z pozostałymi elementami, należny mu poświecić sporo czasu. Na ten czas wpływa oczywiście przygotowanie surowców, ich wstępna obróbka. Najdłużej trwa jednak nie początkowy, lecz ostatni etap.

Mięso użyte do przygotowania sosu najlepiej jest kupić w kawałku i samodzielnie zmielić. Ja tego nie robię, gdyż nie mam dobrej maszynki do mielenia. Kupuję już gotowe, zmielone lub proszę o zmielenie mięsa w sklepie. Nie ma dla mnie większego znaczenia czy jest to mięso wołowe, wieprzowe czy drobiowe. Najczęściej wykorzystuję mieszanki. Jest to według mnie kwestia tak indywidualna, że nie warto uzależniać od niej całej potrawy. O wiele ważniejsza jest kwestia przecieru pomidorowego. Eksperymentowałem z wieloma wariantami i potwierdziłem tylko to, co jest teraz dla mnie oczywiste. Sos jest najlepszy, gdy zostanie zrobiony na bazie świeżych pomidorów w sezonie, lub pomidorów z puszki poza nim. Od biedy można sos wykonać z przecieru lub koncentratu pomidorowego. Traci wtedy jednak posmak świeżości i lekkości, tak charakterystyczny dla świeżych warzyw.

Pozostałe elementy sosu nie wymagają dodatkowego komentarza. Czosnek to czosnek, cebula to cebula. Nie mam tu specjalnych wymagań. Jedyne do czego można się przyczepić to świeża bazylia. Do przygotowania mojego sosu używam jej dużo i to dwuetapowo. Nie jest to do końca zgodne z tradycją przygotowywania sosu bolońskiego. W oryginalnej włoskiej potrawie użycie takiej ilości ziół jest wręcz niedozwolone, gdyż całkowicie zbijają one smak mięsa. Jak już wspominałem sam nie przywiązuje do tego specjalnej wagi. Liczy się dla mnie ostatecznie uzyskany efekt, który spełnia wymagania podniebień mojego i moich najbliższych. Cóż wrodzona, narodowa przekora. Dlatego bazylie dodaję chętnie i dodaję jej dużo. Całość nabiera dzięki temu wyjątkowego, specyficznego i niepowtarzalnego aromatu.

Po wstępnej obróbce, składniki po kolei lądują w rondelku lub garnku. Unikam robienia sosu do spaghetti na patelni, gdyż staje się to zarzewiem chwilowego zaniku równowagi w moich relacjach z żoną. Nie akceptuje ona aż tak zachlapanej kuchni, co moim zdaniem jest niezbędnym elementem gotowania. Stosowanie wyższych naczyń jest więc nie tyle kompromisowym, co jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji. Składniki trafiają więc do wysokiego naczynia, gdzie pod przykryciem duszą się, na wolnym ogniu przez około 120 minut. Po tym czasie potrawa nie jest jednak jeszcze gotowa do spożycia. Po zdjęciu z gazu zostaje ona bowiem odstawiona d0 wystygnięcia, a następne schowana do lodówki na kolejne kilkaset minut.

Ten etap przygotowywania mojego spaghetti uważam za niezbędny. Być może nie ma on racjonalnego uzasadnienia. Może jest wytworem mojej wyobraźni lub autosugestii, ale odczekanie kilku godzin i ponowne odgrzanie i zagotowanie sosu powoduje, że staje się on jeszcze bardziej smaczny i aromatyczny. Nabiera jakby dodatkowego wyrazu. Staje się jeszcze bardziej pomidorowo-mięsny niż zaraz po przygotowaniu. Bardziej jednolity i wewnętrznie zsynchronizowany. Cokolwiek by ot tym etapie nie mówić, ja uważam go za niezbędny. Potwierdzają to obserwacje moich bliskich i moje własne próby. Ten sam sos podany w dniu przygotowania jest przepyszny. Podany następnego dnia, lub nawet kilka dni później, jest nie do opisania.

Przepis, z którego korzystam:

0.5 kilo mięsa mielonego
500 świeżych pomidorów lub 500 gr przecieru pomidorowego
3 małe cebule
3 kawałki suszonego pomidora
3 ząbki czosnku
kilka gałązek świeżej bazylii
pieprz, sól do smaku
olej do smażenia

Cebulę pokroić w drobną kostkę. Bazylię i czosnek drobno posiekać. Suszone pomidory pokroić na mniejsze kawałki. Pomidory sparzyć, obrać ze skórki i pokroić. W garnku lub dużym rondelku rozgrzać olej. Zeszklić na nim cebulę, często mieszając tak by się nie przypaliła. Do cebuli dodać ząbki posiekanego czosnku i połowę posiekanej bazylii. Podsmażać razem chwilę. Mięso dodawać porcjami i usmażyć. Po kilku minutach dodać pomidory lub wlać przecier pomidorowy. Dodać suszone pomidory. Posolić i popieprzyć do smaku. Całość dusić pod przykryciem przez 2 godziny na najmniejszym ogniu, często mieszając, żeby farsz się nie przypalił. 30 minut przed końcem dodać resztę posiekanej bazylii i spróbować. Jeżeli jest potrzeba, to doprawić solą i pieprzem. Odstawić z gazu  po wystygnięciu włożyć na noc lub na 12 godzin do lodówki. Podawać z ugotowanym makaronem spaghetti. Gotowe danie można posypać ulubionym serem, np. parmezanem lub mozzarellą.

Ile więc zajmuje mi przygotowanie sosu do spaghetti w mojej własnej wersji. Co najmniej, licząc lekką ręką, tak trochę na oko, circa about, gdzieś około 900 minut. Czyli dokładnie tyle ile trzeba, by sos ten był taki jaki być powinien. Ani wolniej, ani szybciej. Ani mniej, ani bardziej. I za to go uwielbiam. Uwielbiam też to swoje małe dziwactwo. Pozwala mi ono cieszyć się przygotowaniem czegoś tak prostego i oczywistego. Skupić swoją uwagę na kilka godzin i czuć, że robię coś, co w moich oczach nosi znamiona wykwintności. Oddać się na ten czas mojemu ulubionemu zajęciu, a nie w pięć minut odwalić coś co powinno się przecież zrobić w pięćdziesiąt.

  • Jestem osobą, która ma wszystko rozplanowane. Wiem, co będę robiła w przyszły pątek. Wiem, co ubiorę następnego dnia i co będę jadła na obiad. Jeśli nie umówię się z kimś na kilka dni wcześniej, to nawet jeśli nie mam planów wyjściowych na wieczór, to i tak nie wyjdę. Dla zasady? Nie, dla komfortu psychicznego. I kurczę, dobrze mi z tym (czasem nie, ale tylko czasem). Nie szukam przyjaciół, którzy będą uważali mnie za świra, a wiem, że pewnie większość będzie tak uważać (młoda dziewczyna siedzi w domu i marnuje swoje życie na komputer, izoluje się, co za dziwadło!). Szukam przyjaciół, którzy będą mnie akceptować, prawdziwych przyjaciół. Co do gotowania – moje potrawy wszystkie muszą być szybkie, bo nie lubię spędzać w kuchni zbyt wiele czasu. Najdłużej przygotowywana potrawa do ryż z jabłkami, tylko że ją wkładam do piekarnika i robi się sama, podczas gdy ja uskuteczniam inne rzeczy. A spaghetti należy do moich ulubionych dań, bo niestety jestem miłośnikiem makaronów i rzeczy z mąki.

    • Artur

      Ogromną wartością w moim życiu jest świadomość szczęścia jakie mnie spotkało i spotyka każdego dnia, a tym szczęściem jest możliwość wyboru. Ostatnio poznałem osobę, która nie może jeść niczego co zwiera choćby ślad zboża. Ja mam możliwość wyboru. Dlatego zamiast „niestety” wstawiam ” na szczęście” 🙂 Bo dla mnie możliwość zajadania się makaronem to ogromne szczęście! Tak jak możliwość decydowania o tym z kim utrzymuje kontakt czy jak spędzam czas 🙂

  • Świetnie wygląda 🙂 dzięki za inpiracje

    • Artur

      Smacznego 😀

  • więc po kolei:
    1. mam w domu osobę, która nie może zjeść chociażby okruszka zboża, a oprócz tego truskawek, kurczaka, jajka 🙂
    2. też kiedyś robiłam spagetti naszybko, gulasz na szybko zaprawiany wodą z mąką, doprawiany maggi… niestety wysniosłam to z domu rodzinnego.. aż pewnego dnia zrobiłam Boeuf bourguignon z wyłącznie świeżych warzyw , wina i oczywiście mięsa, bez krzty gotowych przypraw czy mąki, wolno duszony kilka godzin… i od tamtej pory moje gotowanie zmieniło się całkowicie. Lepiej jeść mniej ale dobrze 🙂 to moje zdanie.
    3. Apropo przecierów to ja zazwyczaj używam świeżych pomidorów z których robię na szybko konfiturę albo puree, lub tych bez skóry z puszki.
    4. a spagetti robimy bardzo podobnie i ja równiez najlepiej lubię je jeść odgrzane na drugi dzień! zresztą z większością dań tak mam.. najlepsze jest na drugi dzień nawet na zimno.. jak nie smakuje na drugi dzien dobrze, to znaczy, że nie było dobre 🙂

    Dzięki za kolejny świetny post, pozdrawiam!

    • Artur

      To ja dziękuję za Twój komentarz 😀 Pozdrawiam 🙂