Sushi Is Fun.

sushi_lego

Kiedyś znajomy zapytał mnie czy umiem jeździć na nartach. Odpowiedziałem wtedy, że umiem zjeżdżać. Do jeżdżenia to mi bardzo daleko. To samo mogę powiedzieć o sushi. Czy to, że umiem ugotować ryż, pokroić składniki i połączyć je w arkuszu nori oznacza, że umiem robić sushi? Oczywiście, że nie. No i co z tego! Zjeżdżanie na nartach uroczym brakiem stylu nadal jest przyjemnym sposobem na spędzanie czasu. I daje dużo radości.

Jakby spojrzeć syntetycznie na kulturę i sztukę Japonii, to jej nadrzędną, charakterystyczną cechą jest absolutny perfekcjonizm. W połączeniu ze skrajną, nierzadko, specjalizacją daje to trudną często do przełknięcia mieszankę. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Wystarczy, że wspomnę o autorach haiku, wędrownych mędrcach, chwytających w trzywersowych utworach ulotne obrazy przemijającego świata, o mistrzach ceremonii parzenia herbaty, praktykujących latami proste czynności czy ogrodnikach, którzy przez dziesięciolecia kształtują zminiaturyzowane drzewa. Współcześnie wystarczy posłuchać kilku sekund utworów Masami Akity, artysty związanego z estetyką Noise czy zajrzeć na instagramowy profil kirikiri_mai, japonki tworzącej kartki okolicznościowe. Sprawa nie ma się inaczej z sushi.

Od lat fascynuję się sztuką i kulturą Japonii. Kiedyś sztuki walki i filozofia zen. Później poezja, malarstwo. Jeszcze później hodowla drzewek bonsai. Ostatnio sushi. Niestety w żadnej z uprawianych przeze mnie dziedzin nie doszedłem nawet do pułapu amatorskiego. Mając na uwadze możliwe do osiągnięcia efekty szybko się zniechęcałem. Nie rozumiałem tego, że nie da się na grunt mojej rzeczywistości, przenieść japońskich ideałów. Bez całkowitego poświęcenia i odrzucenia dotychczasowego życia, nie zostanę bowiem mistrzem kaligrafii, władania mieczem czy siedzenia w milczeniu. Półśrodki i zwykłe podążanie ścieżką wytartą przez mistrzów, były poniżej moich wymagań. Niestety moje ambicje były zbyt wygórowane i całkowicie odbierały mi chęć do robienia czegokolwiek dla samej przyjemności. Sprawa nie inaczej miała się z sushi.

To wykwintne, bardzo wymagające, czasochłonne i pracochłonne danie poznałem w tym momencie mojego życia, w którym odczułem już jak działa szybko wypalający się płomień mojego słomianego zapału. Doświadczenia poprzednich fascynacji niczego mnie jednak nie nauczyły. Zanim jeszcze w ogóle dotknąłem tematu już wyobrażałem sobie swoje własne spektakularne sukcesy. Oczywiście marzenia te tak bardzo oderwały mnie od rzeczywistości, że o mały włos moja pierwsza próba przygotowania sushi nie okazała się ostatnią. A poległem na najprostszej rzeczy. Na podporządkowaniu się przepisowi. Ryż był za ciepły, dodatki za duże i gdyby nie życzliwość moich bliskich wszystko trafiłoby do kosza, a moja przygoda z japońską sztuką podawania ryżu, zakończyła by się na samym początku. Na szczęście tak się nie stało.

Podczas kolejnych podejść trzymałem się już przepisów i starałem się stosować do zasad, które podpowiedział mi znajomy. W swojej pysze znalazłem jednak krztynę zdrowego rozsądku i poprosiłem bardziej doświadczonego kolegę o pomoc. Udało mi się wyciągnąć od niego wszystko co umiał, ale nadal nie zaspokajało to moich ambicji. Nadal nie widziałem niczego poza pragnieniem osiągnięcia ideału. Byłem świecie przekonany, że jego zdobycie będzie efektem jedynie nagłego objawienia. Nie zdawałem sobie sprawy w jakiej gęstej mgle się poruszam. I wtedy nastąpił przełom. Przez zupełny przypadek trafiłem na film, dzięki któremu zupełnie zmieniłem swoje nastawienie do tematu. To dokument amerykańskiego reżysera Davida Gelba pt. Jiro śni o sushi. Nie będę w tym miejscu streszczał tego wspaniałego moim zdaniem dzieła, napisze tylko, że po jego obejrzeniu wróciłem na ziemię.

Oglądając opowieść o człowieku, który całe swoje życie poświęcił na doskonalenie sztuki przygotowywania sushi, zrozumiałem że nie mam najmniejszych szans na to by choć w najmniejszym stopniu mu dorównać. Nie chodzi tu tylko o wrodzone zdolności. Tych oczywiście mistrzowi Jiro nie brakowało. Chodzi tu raczej o pokorną, codzienną, systematyczną pracę. O wykonywanie jej bez względu na samopoczucie, dzień tygodnia czy jakiekolwiek okoliczności. Poświęcenie jej wszystkiego. Skupienie na niej całej uwagi. Czy to jednak wystarcza? Patrząc z zewnątrz na sukces Jiro wydawało by się, że tak. Okazuje się jednak, że sam mistrz nigdy do końca nie jest z efektów swojej pracy zadowolony. Pomimo uznania i ogólnego szacunku nadal krytycznie ocenia swoje osiągnięcia i stale śni o sushi idealnym. Nadal dąży. A ja? Jak teraz sprawa ma się z sushi?

W ubiegły weekend spotkaliśmy się z przyjaciółmi by spędzić wieczór przy przygotowywaniu sushi. Specjalnie używam tego określenia, gdyż nie było to spotkanie, którego celem było zjedzenie sushi na kolację. To był jedynie pretekst. Spotkaliśmy się późnym, sobotnim popołudniem, ale już dwa dni wcześniej zaczęliśmy przygotowania do tego wieczoru. Należało bowiem podzielić obowiązki, ustalić listę zakupów, zrobić zakupy. Wspólnymi siłami zaangażować się w to spotkanie. Potem gdy już wszystko zostało dopięte spędziliśmy razem kilka godzin zanim zasiedliśmy do stołu. A ja? Całkowicie już pozbawiony złudzeń, że dążę do jakiegokolwiek ideału, pierwszy raz podczas przygotowywania sushi nie skupiałem się na nim. Mając już jakieś tam doświadczenie, mogłem skoncentrować się na obecności ludzi, którzy są mi bliscy. Doskonale się bawiłem i cieszyłem, że mogę podzielić się z nimi swoimi umiejętnościami i wiedzą. Niezbyt dużą, ale wystarczającą. A sushi?

Sushi jak sushi. Wyszło przepyszne. Zawsze wychodzi. Każdy z nas znalazł w nim swój ulubiony smak lub kombinację, gdyż wspólnie tworzyliśmy zestawienia. Nie opieraliśmy się przy tym na żadnych  schematach czy przepisach, kierując się jedynie własną intuicją i gustem. Sushi, w końcu to zrozumiałem, to zajęcie stadne oparte na zbiorowej przyjemności, w którym ktoś taki jak ja nie jest wodzirejem, mistrzem ceremonii, ale jedynie ramieniem wykonawczym zachcianek poszczególnych uczestników. Nikim więcej.

I tak jak ludzik Lego mojego synka stoi na straży lipowej deski, wypełnionej pysznymi kawałkami maki, tak niech zdrowy rozsądek stoi na straży mojej skromności bym nie utracił tego co w ten wieczór zyskałem. Tego czego być może stary Jiro nigdy nie poczuje. Ogromnej satysfakcji. Spełnienia opartego na możliwości dawania. Radości ze sprawiania przyjemności ludziom, którzy są w moim życiu ważni. Największego dla mnie skarbu.

Dokładne opisy przygotowania sushi zamieszczę w najbliższym czasie. Poświecę temu oddzielny tekst, w którym opiszę swoje doświadczenia związane z przygotowywaniem sushi. Futomaki, hosomaki, uramaki i inne takie 😀

Fotorelację oraz opis naszego spotkania można znaleźć na blogu bezarchitekta.pl w tekście pt. Róbmy to częściej.

  • DziĘkuję ????

    • Artur

      😀

  • Masz rację, że w warunkach domowych pieleszy nie uda nam się idealnie skomponować sushi, ale co z tego? wspólny fun przy tworzeniu zawiniątek, radość tworzenia, satysfakcja, obowiązkowe zdjęcie na insta, a potem jemy! Uwielbiam sushi i te w kilku sprawdzonych suszarniach i te w domku z ukochanym…
    Też interesuje mnie kultura Japonii chociażby z racji tego, że 13 lat trenowałam judo.. 🙂
    p.s zainstaluj disqusa, będzie łatwiej 🙂

    • Artur

      No właśnie 😀 W momencie, w którym uwiadomiłem sobie, ze nie muszę być doskonały odczułem ogromna ulgę. Dopiero wtedy pojawił się fun 😀 Judo trenowałem rok w azetesie. Było fantastycznie! Disqus… no właśnie jakoś nie mogę się przekonać. Znam koncepcję i nawet do mnie przemawia, ale pojawia się jakiś opór… Pomyślę jutro 😀

  • Ja umiem jeździć, a raczej umiałam. Dziś powątpiewam, czy odważyłabym się choćby jeżdżać. Nie dość, że nie lubię zimna (ostatnim razem tak zmarzły mi palce, że jak weszłam do ciepłego pomieszczenia, by je ocieplić, płakałam z bólu. Naprawdę, nie w przenośni), to jeszcze od paru lat stok zaczął mnie przerażać. Jak widzę jego długość i ludzi, którzy stanowią potencjalne obiekty zderzenia, to nie czuję satysfakcji, tylko strach i niechęć. Chyba wolę zęby od takiej adrenaliny. Poza tym moją porcją adrenaliny są wesołe miasteczka i jeżdżenie/latanie głową w dół.

    W robieniu sushi też nie jestem najlepsza (robiłam raz), zdecydowanie nadrabiam jedzeniem 😛 Kiedy jeszcze rozmawiałam z moim przyjacielem (teraz znajdujemy się w fazie nieodzywania, być może już na zawsze), umawialiśmy się co tydzień na sushi i seans filmowy w kinie. Ach, to były piękne dni, piękne środy. Nasze środy.

    • Artur

      Dziękuję Ci za ten komentarz. Piękne wspomnienia potrafiły bardzo często zatruwać mi codzienność. Nadal nie umiem niektórych tylko mieć. Pielęgnuję je i pozwalam by wpływały na moja ocenę teraźniejszości. Porównuję. Oczekuję. Tracę radość. Wiem, że nie da się zupełnie od nich uwolnić, ale wiem jednocześnie, że można je trochę zapomnieć. Przynajmniej na tyle by ich nie koloryzować. Wspomnienia są w końcu tylko wyobrażeniem przeszłości, a przeszłość już nie istnieje 😀 W chwilach tęsknoty staram się pamiętać o tym, że przeszłości nie zmienię, ale podobno mam wpływ na teraźniejszość… Jeżeli o nią zadbam, to najprawdopodobniej będę miał dobre wspomnienia 🙂 A to już jest coś! I to jest piękne!

      • Olga (www.livingonymown.pl

        A jeszcze gorsze jest to, że WIEM, że oprócz dobrych chwil były też złe, nawet bardzo złe, mimo wszystko pamiętam i zadręczam się wyłącznie tymi najpiękniejszymi. Zatruwają mi codzienność – tak, to niezwykle trafne określenie.

        • Na to jak coś zatruwa to trzeba to wykopać 😀 Na podstawie własnego doświadczenia przekonałem się, że aby odzyskać wolność trzeba spełnić tylko dwa warunki. Pierwszy to chęć. Drugi to szczera chęć. Wtedy sposób sam się znajdzie. 😀

    • Oo- Olga kóra żywi się tylko słodyczami! No prawie 😉
      ps.Wiem bo czytuje recki 😉

  • Szczerze powiem, że zazwyczaj gotuję w samotności – lubię spokój ciszę, mogę wtedy spełnić się kulinarnie i zrobić bliskim niespodziankę. Mam jednak ochotę na wieczór ze znajomymi z sushi w roli głównej, ale nie takie nachalnej, ale takiej, by pierwsze skrzypce zagrały emocje z bycia razem:) A co do przygotowania sushi to jestem w czarnej dziurze…

    • Czarna dziura to dobry początek. Przynajmniej nie można się już bardziej cofnąć 😀 Życzę Ci wspaniałych wieczorów przy sushi 🙂

  • Artur- ja uwielbiam Twoje około jedzeniowe opowieści o życiu!
    A z tym sushi to się zgadzam że wymaga pracy i wprawy i podziwiam za cierpliwość. Ja jej nie mam i jak mi california maki totalnie nie wyszło to stwierdziłam: pierd.. nie robie 😉

    • Pięknie dziękuję za Twoje słowa uznania. Sa bardzo dla mnie ważne. 🙂 🙂 Serce mi zabiło mocniej i mam nadzieję, że będzie tak zawsze bić, gdy będę czytał podobne komentarze. A o sushi to można godzinami rozprawiać czy jest łatwe, czy bardzo trudne… Ale to trzeba mieć cierpliwość do gadania. Ja wolę robić 😀

      • Ty po prostu umiesz opowiadać/pisać i fajnie się Ciebie czyta 🙂

        • Hehehehe 😀 Po Prostu 🙂 Dzięki 😉

  • Cotakpachnie?

    lubię robić sushi i jeść, miłością moją zaraziłam męża. Maluchom jeszcze surowej ryby nie daję, ale za to robimy razem sushi na słodko 🙂 z ryżu, zielonej galaretki i owoców np liczi. pychotka 🙂 czekam na Twoje instrukcje. I zgodzę się z jednym: nie ważne jakie danie i jak smakuje czy wygląda, ważne w jakiej atmosferze jest jedzone a u Ciebie również przygotowywane 🙂

    • Dziękuję pięknie 🙂 Instrukcje w przygotowaniu, choć nie spodziewaj się, że odkryje Amerykę 😀 Jak to powiedział jakiś tam filozof w czwartym wieku przed naszą erą: wszystko zostało już powiedziane i zapisane 🙂 Synkowi też nie dajemy ani surowej ani wędzonej ryby. Pierwsze z wiadomych powodów, drugiego nie lubi. Za to uwielbia sushi z ogórkiem i surimi. Ostatnio przygryzł nawet rzepę marynowaną i od razu jej nie wypluł. Jest zatem nadzieja! 🙂

      • Cotakpachnie?

        oo o bezrybnym sushi nie pomyślałam! z surimi też może by przeszło. Niby takie proste rozwiązanie, a niekiedy tak ciężko na nie wpaść 🙂

        • Artur

          Nasze sushi opieramy na bezrybiu 🙂 Mieszkanie w środkowej Polsce ma tę wadę, że nie mam absolutnie pewnego dostępu do świeżej ryby. Nie znam się na ocenie stanu zdatności do spożycia, więc po prostu nie ryzykuję. Niby mógłbym kupować w delikatesach lub specjalistycznym sklepie, ale też jakoś nie mam przekonania. Chyba jestem uprzedzony. Nie narzekam jednak z tego powodu. Moje nastawienie wzmacnia kreatywność 🙂 Po prostu 🙂