Słońce w Słoiku.

13329142_603286039838888_2020779885_n (1)

Połowa czerwca to w naszym domu oficjalne otwarcie sezonu słoikowego. Nie chodzi tu oczywiście o wyjadanie ubiegłorocznych zapasów, ale o przygotowywanie nowych. A wszystko zaczyna się oczywiście od truskawek, które w naszym domu przeznaczane są tylko i wyłącznie na dżem.

Nie pamiętam czy kiedykolwiek było inaczej? Czy odkąd mieszkamy razem z moją żoną truskawki trafiały do słoików w jakiejkolwiek innej postaci? Z tego co kojarzę to moja żona nigdy nie robiła ani kompotów, ani soków, ani żadnych innych przetworów z udziałem tych owoców. Truskawki zawsze lądowały w słoikach tylko w tej jednej postaci.

Trudno mi teraz odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się stało? Zwłaszcza że ani w mojej rodzinie, ani w jej rodzinie dżemów nikt nigdy nie robił. To może się wydać nieco dziwne, ale z niewiadomych mi powodów żadna z naszych babć, cioć czy mam, nie przetwarzała w ten sposób żadnych owoców. Przynajmniej z tego co mi wiadomo i z tego co pamiętam. Być może podejmowały jakieś pojedyncze próby, ale żadna z nich nie była powtarzana na tyle dużo razy by stać się tradycją.

Sama praktyka wkładania do słoików owoców, warzyw, grzybów czy nawet mięsa ma oczywiście w mojej rodzinie wielopokoleniową tradycję. Poza tym jednym ze znanych mi sposobów przetwarzania żywności, do słoików które przechodziły przez ręce kobiet, trafiało praktycznie wszystko. Listę składników i ich kombinacji można mnożyć w nieskończoność. Do dziś pamiętam te sięgające sufitów sterty fasolki szparagowej, groszku zielonego, wiśni, czereśni, gruszek, czerwonej kapusty czy ogórków. Każda z nich miała oczywiście swoje własne sprawdzone sposoby i tylko jej znane szczegóły przepisów. Każda wytwarzała swoje własne wyjątkowe specjały, z których słynęła w całej rodzinie. Każda mogła poszczycić się bogato wyposażoną i urozmaiconą piwnicą, skrytką, czy schowankiem. Wspominałem już o tym we wpisie Przysmak z Babcinej Skrytki, w którym opisuję niezapomnianą kiełbasę słoikową, robiona przez mamę mojego taty.

Moja żona z biegiem lat bardzo wąsko się wyspecjalizowała i skupiła w zasadzie tylko i wyłącznie na tych przetworach, które najbardziej nam odpowiadają. Nie kładzie do słoików wszystkiego co się da, by wzorem naszych babć zapewnić nam bogate zapasy na zimę. Nasze półki ze słoikami, zarówno te w kuchni jaki i w piwnicy wypełniają dziś głównie te przetwory, które w jej wykonaniu są najlepsze i najbardziej odpowiadają naszemu gustowi. To oczywiście efekt jej pracy i poświęcenia. Do naszego domu trafiała bowiem ogromna ilość przepisów na różnorakie przetwory, ale większość z nich nie została z nami na dłużej. Okazało się bowiem, że moja żona od początku wypracowywała sobie swój własny styl i kierowała się w kreowaniu swoich słoikowych dzieł głównie własnym gustem, własną intuicją i własnym doświadczeniem. Tak jak inne kobiety w rodzinie stworzyła swoje własne sposoby i tylko jej zaznane szczegóły przepisów. Nikt tak jak ona nie potrafi zawekować papryki, zakisić ogórków czy przygotować najlepszy pod słońcem dżem truskawkowy. A jak powszechnie wiadomo słońce w przypadku owoców jest najistotniejsze.

Najistotniejsze jest też w przypadku dżemów. Zanim podam przepis, z którego korzysta moja żona, zdradzę największą tajemnicę jej dżemu truskawkowego. Cały smak tego przetworu, jego aromat, barwa a nawet konsystencja zależy tylko i wyłącznie od jakości samego surowca. Czyli truskawek. Gdy zadałem moje żonie pytanie jak robi swój dżem odpowiedziała, że na oko. Wyjaśniła mi oczywiście od razu, co miała na myśli: dopasowywanie ilości pozostałych składników dżemu do smaku truskawek. Dlatego tak ważne jest by do garnka trafiały tylko owoce najwyższej jakości. Nieco droższe, ale dojrzałe w słońcu, zdrowe, nieobite, pozbawione odgnieceń, śladów gnicia czy pleśnienia. Tylko takie mogą stworzyć dzieło, jakim jest jej dżem. Tylko takie nie zepsują efektu końcowego. Dzięki temu pozostałe elementy czyli cukier i substancja żelująca są tylko dodatkami. Niemalże legendą stała się w naszym domu historia dziesięciu kilogramów truskawek, które kupiliśmy od zakolegowanego plantatora. Truskawki trafiły do nas dosłownie tuż po zbiorze, w pełni sezonu. Były wręcz idealne. Najistotniejsze jest to, że z całej partii do kosza nie trafił ani jeden owoc. Ani jedna truskawka nie wzbudziła wtedy wątpliwości mojej żony.

Przepis na dżem truskawkowy:

1,2 kg truskawek
300 g cukru
żelfix 2:1

Wykroić szypułki. Nie wyrywać, bo zostają twarde środki. Porządnie umyć. Pokroić na kawałki, według uznania. Wymieszać z żelfixem. Wstawić na piec, zagotować, dodać cukier. Gotować z cukrem około minuty, ciągle mieszając. Zdjąć z pieca i dokładnie osunąć pianę. Nakładać do czystych słoików, zakręcać i od razu stawiać dnem do góry. Po przestygnięciu sprawdzić czy wszystkie przykrywki się zaciągnęły. Jeżeli jakaś się nie zaciągnęła, to dżem należy zjeść natychmiast.

Zadziwiające lub wręcz kontrowersyjne może się wydać użycie w tym dżemie żelfixu. Jest to jednak, oparty na wieloletnim doświadczeniu świadomy zabieg. Jak wiadomo nie jestem zwolennikiem stosowania przemysłowych związków chemicznych w wyrobach domowych, ale to właśnie dzięki użyciu tej mieszanki substancji zagęszczającej, konserwantu i kwasku cytrynowego moja żona uzyskuje tak wspaniały efekt. Tak jak ja uzyskuję doskonały efekt, stosując peklosól, zawierającą azotyny sodu lub potasu, podczas wyrobu wędlin. Nie od razu jednak zaczęła tej mieszanki używać. Przez kilka lat stosowała tylko i wyłącznie naturalne metody: długotrwałe gotowanie i pasteryzacja. Okazywało się jednak, że zbyt duża ilość dżemu najzwyczajniej w świecie szybko się psuła. Całe litry gotowego produktu trafiały do zlewu. Zawarte w żelfixie konserwanty zapobiegają rozwojowi pleśni i drobnoustrojów. Nie bez znaczenia jest oczywiście jakość samego surowca, jednakże użycie tego dodatku minimalizuje straty.

Dżem uzyskany z tego przepisu jest wprost zdumiewający. Pachnie, smakuje i ma kolor świeżych truskawek. Intensywny, słodki, orzeźwiający, jaskrawo czerwony, klarowny, z wyraźnymi kształtami kawałków owoców. Niemalże pozbawiony wad. Sprzyja temu oczywiście użycie najlepszych truskawek, ale najistotniejsze jest krótkie gotowanie i szybkie przełożenie dżemu do słoików. To dzięki temu trafia do nich nie tylko półpłynna masa, ale również właśnie ten zapach, ten smak i ta barwa. Zapach, który roztacza się od pierwszych chwil gotowania, barwa która przykuwa uwagę od momentu wymieszania składników, smak, który wyzwala pragnienie sięgnięcia po kolejny wypełniony słońcem słoiczek.

Nie jestem w stanie policzyć, który raz z rzędu słoiki ze świeżym dżemem zagościły w tym roku w naszym domu. Tak mocno wtopiły się w nasze życie, że nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez nich. Są nie tylko przysmakiem, za którym wszyscy przepadamy, jedynym dżemem, który tak naprawdę lubi nasz synek. Są przede wszystkim naszym rodzinnym skarbem. Naszym, to znaczy moim, mojej żony i naszego synka. Tą częścią naszego życia, którą możemy bez obawy o przesadę nazwać tradycją, Żadne inne przetwory tak bardzo nam nie odpowiadają, na żadne inne tak bardzo nie czekamy i o żadne inne tak często się nie kłóciliśmy. Bez pracy, wysiłku i dociekliwości mojej żony nie byłoby oczywiście ani o czym dziś pisać, ani co dziś podziwiać. Mogę śmiało napisać, że to jej autorskie dzieło, które powstało tak jak wspomniałem praktycznie bez żadnego zaplecza w postaci rodzinnej tradycji. Tę tradycję stworzyła sama i tylko jej ją zawdzięczamy.

Na zakończenie dodam tylko, że zanim ostatecznie zakochaliśmy się w dżemach truskawkowych, przez dłonie mojej żony przechodziły też inne gatunki owoców: do dziś znajdujemy w różnych zakątkach domu powidła śliwkowe czy dżemy porzeczkowe, brzsokwiniowe, a o pigwowych czy jabłkowych nawet nie wspomnę, gdyż już dawno przestaliśmy o nich nawet rozmawiać.

  • domowe przetwory są najlepsze, chociaż ja nie pałam aż taką miłością do dżemów truskawkowych. Za to powidła śliwkowe….za nie dałabym się pokroić 🙂

    • Śliwkowe tez bardzo lubię 🙂 Ale to co z nich zostaje po wielogodzinnym gotowaniu ma już niewiele wspólnego z owocem, który uwielbiam. Dlatego ten truskawkowy dżem jest tak wyjątkowy. Nie odbiera owocowi jego słońca 🙂

  • Świetny tekst o truskawkach 🙂 Apetyczne zdjęcia 🙂

    • Dziękuję 🙂 Dziękujemy 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Pamiętam, że jako dziecko dzielnie pomagałam mamie i babci przy przygotowywaniu różnych dżemów, sama nigdy szczerze mówiąc nie robiłam, ale może kiedyś…kiedy sama będę miała małych pomocników to kto wie 😀

    • Dzieci to chyba najlepsza motywacja 🙂 Zwłaszcza gdy wyroby im smakują 😀 Chociaż, nawet jak nie smakują to i tak warto robić, żeby miały własne zdanie 😀 Pozdrawiam serdecznieQ

  • Truskawkowe słońce zamknięte w słoiku. Cudowne. Tylko gdzie kupić takie truskawki? 🙂

    • Tam gdzie słońce spija rosę z budzących się ze snu kwiatów magnolii. Tam gdzie wiaterek głaszcze splątany gąszcz jeżyn. Tam gdzie zapach kłosów, opadających pod ciężarem zbóż, miesza się z duszącym aromatem bławatków… Tam stoi kobitka z koszykiem po 5,5 za kilo 🙂 Niedaleko. Tuż za horyzontem 😀

      • Wow. Toż to poemat Ci wyszedł cudny. <3
        A tę panią znajdę. 🙂

  • aż wstyd przyznać że ja chyba nigdy dzemu truskawkowego nie jadlam..serio 😀
    Ale to może dlatego że z owoców lubiłam tylko czereśnie i jabłka, dopiero w tym roku odblokowało mi się na
    truskawki 😉 I wolę je zjeśc sote 🙂

    • W takim razie koniecznie musisz dostać od nas słoiczek 🙂 Tylko nie zaczynaj od sklepowych. Poczekaj na nasz 🙂

      • Ale czad!! Oczywiście że poczekam 😀