Słoiki Na Wakacjach.

1598944_312836802228515_1791132819_n

Zastanawialiście się kiedyś nad tym jak nie wydać w górach ani złotówki? Jak, poza noclegiem, nie zapłacić nic za jedzenie i za picie? Ja się zastanawiałem bardzo długo i wymyśliłem. Jedzenie trzeba zabrać ze sobą. Nic prostszego. Prawda? Ale nie jak w wyprawie bierze udział młody, pięcioletni obieżyświat. W takim wypadku sprawa nieco się komplikuje.

Za oknami dopiero co stajał śnieg, a ja już odczuwam pierwsze sygnały tęsknoty za wakacjami. Nie planuję jeszcze tegorocznego wyjazdu, tylko zaczynam wspominać poprzednie. Wakacje są dla mnie czasem nie tylko przeznaczonym na wypoczynek, ale również, a może nawet przede wszystkim, tym okresem w roku, w którym mogę, wraz z najbliższymi przeżyć coś wyjątkowego. Odkąd sięgam pamięcią starałem się spędzać wakacje tak, by do domu wracać w jednym celu… by odpocząć. Nie pamiętać nazw wszystkich miejsc, w których byłem, mieć problemy z identyfikacją niektórych na zdjęciach, nie umieć dokładnie policzyć przebytych odległości. Nie mam tu na myśli oczywiście wakacji w Rewalu. W towarzystwie hektolitrów i niekończących się wędrówek na trasie: plaża-namiot-monopolowy-dyskoteka.

W okresie przed narodzeniem naszego synka każde nasze wakacje, oprócz planu, zawierały w sobie duży margines spontaniczności. Gdy wybieraliśmy się na przykład stopem do Francji, wiedzieliśmy gdzie jedziemy i kiedy wrócimy, ale gdzie będziemy nocować i co jeść pozostawialiśmy już zrządzeniom losu. To samo było z wyprawą na Krym. Zaplanowany został transport i główne punkty wycieczki, ale już spanie czy jedzenie organizowaliśmy sobie z dnia na dzień. Dostarczyło to nam wielu wrażeń i mniej lub bardziej przyjemnych wspomnień. Na krawędzi przygody. Ale w sytuacji, gdy na wakacje zaczął z nami wyjeżdżać nasz synek nie mogliśmy sobie pozwolić na aż tak duże ryzyko. W zasadzie wspomniany margines musiał zostać zmniejszony do niezbędnego minimum. Czyli głównie do warunków atmosferycznych. Musieliśmy, ze względów na bezpieczeństwo synka, zadbać o komfortowy nocleg i odpowiednie wyżywienie. Żeby była jasność, wykupienie wczasów, zarówno kiedyś jak i później, nie wchodziło w naszym wypadku w grę.

Pierwsze wspólne wakacje spędzaliśmy więc, co do dziś przejmuje mnie grozą, w jednym miejscu. Kolejne też, i następne, i tak przez 4 lata. W pewnym momencie uznaliśmy, że mamy tego dość i postanowiliśmy wyruszyć na prawdziwą wyprawę. Zbiegło się to w czasie z wiekiem naszego synka oraz z jego umiejętnością podejmowania właściwych decyzji. Po wakacjach spędzonych w Świeradowie Zdrój tak mu się spodobało chodzenie po górach, że podjął decyzję o spędzeniu kolejnych w podobny sposób. Tym razem bez schodzenia w doliny. Kilka dni pod rząd, przemieszczając się od schroniska do schroniska, samodzielnie, na własnych nogach. Jako kochający rodzice wyraziliśmy zgodę i postanowiliśmy nie przeszkadzać naszemu synkowi w realizacji jego marzeń.

Trasa Świątynia Wang ↔ Świeradów-Zdrój w serwisie mapa-turystyczna.pl

Podczas planowania trasy korzystałem z serwisu mapa-turystyczna.pl

Plan był prosty. Wybraliśmy góry: Karkonosze. Wybraliśmy trasę: Droga Przyjaźni. Wybraliśmy czas: 5 dni. Pozostało tylko: zaplanować trasę, zarezerwować noclegi, zaplanować i przygotować prowiant. Co do tego ostatniego przypomnę: po wyjściu w góry nie wydawać ani złotówki na absurdalnie drogie posiłki i napoje w schroniskach. Poprzeczkę podwyższał fakt, przypomnę, obecność pięcioletniego podróżnika. Nie będę się rozpisywał jakie posiłki nie wchodziły w grę. Tego jest aż nadto. Wspomnę tylko słowo, jakie wchodziły. Musieliśmy zapewnić sobie i naszemu synkowi przynajmniej pięć pełnowartościowych, smacznych i posiłków, które spełniały jeszcze jeden warunek: nie zepsują się bez lodówki.

Śniadania, kolacje, drugie śniadania, podwieczorki i dodatkowe przekąski regeneracyjne nie stwarzały żadnego problemu. Sprawę załatwiały: kaszki, batoniki, bakalie, ryż błyskawiczny, chleb pumpernikiel, mleko skondensowane, czekolada, mleko w proszku, kisiele, kuskus etc. Problemem były obiady. Nie chcieliśmy faszerować się woskowanym makaronem, doprawianym orientalną odmianą wegety. W grę nie wchodziły też drogie i niesmaczne gotowe obiadki dla bezzębnych mowlaków. Odpadały również gotowe racje żywnościowe oddziałów specjalnych jakiegokolwiek kraju świata. Taką możliwość również braliśmy pod uwagę. Po wielu dniach namysłu doszliśmy w końcu do wniosku, że trzeba wykorzystując moją wiedzę i umiejętności, posiłek w formie niepsujących się obiadów zrobić po prostu samemu. I co? Udało się! bez trudu znalazłem odpowiedni przepis. Wykonałem kilka testów i w góry wyruszyliśmy wyposażeni w pięć, półlitrowych słoików, wypełnionych pysznym domowym gulaszem w postaci turystycznej konserwy mięsnej.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 kilogram mięsa wieprzowego
10 g peklosoli
1 łyżeczka pieprzu czarnego mielonego
2-3 ząbki czosnku (jak ktoś go nie lubi, to nie daje)
3 ziarna ziela angielskiego
1 łyżeczka majeranku
1 liść laurowy

Mięso pokroić w paski, kostkę, tak aby weszło do słoika. Dodać do mięsa: peklosól, wyciśnięty czosnek i przyprawy. Wszystko dokładnie zamieszać, wyciskając mięso. Pozostawić w temperaturze pokojowej na 2-3 godziny. Mięso włożyć do słoików pozostawiając ok. 1-2cm wolego miejsca od góry.

Tak przygotowane słoiki ułożyć w garnku. Spód garnka wyłożyć ściereczką i zalewamy wodą. Wody ma być mniej więcej po zakrętki. Podgrzewać całość do momentu kiedy woda zacznie delikatnie bulgotać. Od tego momentu utrzymać „bulgotanie” przez dwie godziny. Wodę która wyparuje uzupełnić wrzątkiem. Po dwóch godzinach wyłączyć i pozostawić słoiki w garnku do ostudzenia. Na drugi i trzeci dzień robimy tak samo: 2 godziny „bulgotania”. Pomiędzy gotowaniami słoiki w temperaturze pokojowej. Ostudzone słoiki wstawić do lodówki.

Pięć dni w upale przekraczającym niekiedy 30 stopni Celsjusza. Ponad 60 kilometrów wędrówki. Na plecach ekwipunek i prowiant dla dwóch dorosłych osób i dziecka. W tym pięć półlitrowych słoików wypełnionych mięsem. Wbrew pozorom nie zwracaliśmy zbytnio na siebie uwagi. Z naszą maszynką gazową, menażkami, podgrzewanym mięsem ze słoików i gotowanym makaronem ginęliśmy gdzieś w tłumie turystów obarczonych aparatami fotograficznymi i portfelami. Raz tylko zdarzyło się, że ktoś poprosił nas o maść na skręconą kostkę, raz ktoś poprosił o przepowiedzenie pogody i raz para młodych ludzi tylko nam powiedziała dzień dobry. Nic wielkiego.

Największe jest to, że konserwa sprawdziła się idealnie. Ostatni słoik zjedliśmy po tygodniu, już po powrocie z gór. Jedyną jego wadą było to, że zawartość zmętniała, co było wynikiem wielodniowych wstrząsów. Mięso nie utraciło swojego zapachu, nie utraciło swojego smaku, nie utraciło świeżości a my nie straciliśmy ani życia ani zdrowia. Zyskaliśmy natomiast najcenniejszą możliwą rzecz. Wspaniałe wspomnienia i ogromną satysfakcję oraz dumę i radość naszego synka, który na własnych nogach przeszedł z Karpacza, przez schronisko Jelenka, Śnieżkę, Szrenicę, Chatkę Górzystów aż do Świeradowa Zdrój. Pomimo tego, że po tej wyprawie w jego słowniku czynnym zagościł nowy zwrot: wyczerpany.

Na zakończenie wspomnę o wydarzeniu, które dało podwaliny do pomysłu na tą wyprawę. Rok przed jej odbyciem spędzaliśmy wakacje w Świeradowie Zdroju. Stałym punktem wycieczek osób, które tam odpoczywają, jest schronisko Na Stogu Izerskim. Można się do niego dostać piękną, nowoczesną kolejką, a w działającej tam kuchni zjeść pyszny, domowy obiad. My doszliśmy do schroniska na własnych nogach, a na obiad zjedliśmy zabrany przez siebie posiłek. Do jego przygotowania niezbędny był wrzątek. Z doświadczenia wiem, że za gotowaną wodę w każdym niemal schronisku trzeba zapłacić. Stojąc w kolejce do baru, z menażką w ręku, odczytałem wiszącą nad wejściem do kuchni informację, że wrzątek w tym miejscu kosztuje złotówkę. Do końca życia nie zapomnę miny pani, która mnie obsługiwała. Przede mną stało kilkanaście osób. Średnio na jeden posiłek wydawano tu tyle, ile my na kilka do kilkunastu. Do tego napoje, desery. Cyfry mnożyły się na rachunkach. Gdy przyszła moja kolej, dosyć głośno zapytałem o to Ile wrzątku za złotówkę? Nie wiem kiedy Pani odzyskała mowę. Menażkę wypełnioną wrzątkiem oddała mi bez słowa. Obciach? Być może. Ale miła pani przecież nic nie powiedziała, gdy poprosiłem ją jeszcze o jednorazowy nożyk, by synkowi bułkę posmarować serkiem. No co? Zapomniałem zabrać scyzoryka z wynajmowanego pokoju.

Mięso nie zepsuło się dzięki przeprowadzonemu procesowi tyndalizacji, czyli wielokrotnej pasteryzacji. Więcej na ten temat napisałem w tekście Przysmak z Babcinej Skrytki.

  • Ja mam tylko jedno pytanie – zakręcasz słoiki na początku procesu, po wstawieniu do garnka?
    Opowieść jest przepiękna. Zresztą opowieść to nie jest dobre słowo – gawęda – trzymająca do tego w napięciu do ostatnich chwil. A historia jest tym piękniejsza, że nasza, polska, z naszych gór i jeszcze pełna szczęścia i uśmiechu. Taka akurat na spokojny sen… Dobrej nocy!

    • Dziękuję serdecznie 🙂 Piękno tej gawędy opiera się na jej prawdziwości 😀 I ja tam byłem, po tych górach łaziłem etc, etc.. To wspaniałe, że to wszystko jest nadal dostępne na wyciągnięcie ręki i dla każdego. Wystarczy zwolnić tempo, wyłączyć komórkę i zapomnieć portfela 😀 Słoiki zakręcam przed włożeniem do garnka. Pozdrawiam serdecznie!

  • My jeszcze z dziećmi na takiej wyprawie nie byliśmy… ale po cichu marzę o takiej włóczędze po górach. Dawniej, kiedy jeszcze byłam sama, pakowałam plecak, namiot i karimatę i z koleżankami dawaj w Bieszczady albo do Zakopanego. Jako studentki oczywiście nie miałyśmy dużych pieniędzy, pozostawał autostop i pociągi, zupki w proszku, kanapki i czekolada. Wrzątek obowiązkowo;-) Na szczęście – za darmo.
    Ja wiem, że każdy chce zarobić, ale jak nieraz widzę ceny w różnych miejscowościach turystycznych i wiem, że sama przygotowałabym to za kwotę niższą ze trzy razy, to jakoś odbiera mi apetyt.
    P.S. Kiedyś w podróży poślubnej w Tunezji (wczasy;-) jechaliśmy jeepem na Saharę – 2 dni. Przewodnik naszej grupy jechał obładowany żarciem od mamy albo zakupionym na targu w swojej miejscowości. Powiedział coś, co na długo utkwiło mi w pamięci: Dlaczego on ma wydawać gdzie indziej trzy razy tyle na jedzenie, skoro może zabrać z domu to samo albo nawet lepsze albo dać zarobić swoim sąsiadom kupując u nich na targu.

    • Świetnie to ujęłaś 🙂 Właściciele barów w schroniskach nie zbiednieją przez takich turystów jak my, a żeby zrobić to, co ze soba zabraliśmy musieliśmy wydać pieniądze gdzieś indziej. W ekonomii, jak w naturze, nic nie ginie 😀 A nasze wspomnienia są przecież bezcenne 🙂 Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

  • Wspaniała organizacja! Ja by się za głowę złapała gdybym miała to wszystko przygotować. Będę musiała koniecznie wrócić do tego wpisu przed wakacjami!

    • Dziękuję za słowa uznania 🙂 Przyznam, że nie było łatwo zarezerwować 5 noclegów w 5 kolejnych schroniskach, ale na szczęście nie mają już takiego obłożenia jak kiedyś i wolne miejsca znajdowały się bez trudu. Warto było poświęcić każdą chwilę, żeby potem móc w spokoju delektować się wyczerpaniem i brakiem siły 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • świetny pomysł! podziwiam przede wszystkim determinację w dźwiganiu tych wszystkich słoików:) ja bym się chyba nie zdecydowała. Na wakacjach też uwielbiam biegać w te i wewte i wracam do domu okropnie zmęczona fizycnzie (bo psychicznie wiadomo, czuję się cudownie:) ). Mi już wtdy ciąży moja lustrzanka, od której po kilku godzinahc boli kark lub ramię. A słoiki na plecach! Chapeu bas! Tym bardziej w górach:) Ale przynajmniej daje to tyle możliwości, nie trzeba być uzależnionym od schronisk znajdowanych po drodze tylko kiedy człowiek głodny – otwieramy zakrętkę! 🙂

    • …i upajamy się się wspaniałym zapachem świetnie doprawionej, pysznej, soczystej konserwy… Przypomniałaś mi o tych momentach, gdy po całym dniu dźwigania w upale siadywaliśmy wreszcie przed schroniskiem i przygotowywaliśmy do posiłku… Garnek z woda podskakiwał na gazie, mięsko parowało z menażki, synek biegał dookoła stołu w poszukiwaniu zmęczenia, a my wyczerpani wsłuchiwaliśmy się we własne myśli… Wspaniałe chwile 😀 Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

  • Jak ja Ci dziękuję za ten wpis. Jestem fanką taniego podróżowania, a taka wyprawa po górach wręcz mi się marzy. Mój Mężczyzna często wspomina swoje wypady w Bieszczady z czasów młodości,kiedy to chodzili z całym ekwipunkiem po górach. Aż mu się oczy błyszczą kiedy o tym mówi. Jakoś tak wyszło, że nigdy się na taką wędrówkę nie wybraliśmy razem. Już ją się o to postaram, żeby w tym roku to się udało. I zrobię takie konserwy. O matko, czy ja dam radę? Poćwiczę przed wakacjami. 😀 Dziękuję jeszcze raz. 🙂

  • To jest po prostu niesamowite:) Ja od czasu gdy jestem mamą zapuściłam się kwestii podróżowania…Mam cudowny wzór do naśladowania! A nowe słowo Twojego synka – „wyczerpany” działa na mnie rozczulająco, nowe doświadczenie, nowe wspomnienia…

    • Dziękuję 🙂 To było naprawdę wspaniałe doświadczenie. Synek dawał sobie dzielnie radę i tak dobrze się czuł w górach, że jak nie miał już siły, to układał się na szlaku, głową na kamieniu, zakrywał twarz kapeluszem i odpoczywał 🙂 Aparaty przechodniów aż się trzęsły 😀 Pozdrawiam!

  • to jest jakiś plan! 😀 Ty przygotujesz to mięsko, a ja je zabiorę ze sobą 😀

    • Jak tylko zabierzesz je ze soba to ja Ci je z radością przygotuję 🙂 Jest deal 😀

  • Genialna z Was rodzinka! Piękna opowieść i nie mogę się doczekać kolejnych! 🙂
    Swoją drogą aż strach pomyśleć na jakie wyprawy ruszycie jak Mały Dzielny Człowiek podrośnie 😀
    No i dzięki Tobie słoiki wróciły do łask 😉
    ps. Płatny wrzątek?? To jest przepraszam ale jakiś absurd!

    • Dziękujemy z całego serca! 😀 A co do wypraw, to nasz synek już nieraz dowiódł swojej dzielności! Dzielnie się spisywał w słowackich Tatrach (23 km/15h w ciągu jednego dnia O_o!) i w paru innych fajnych miejscach. Jak podrośnie, to może w końcu zrealizujemy nasze marzenie podróży do Mongolii. Taki kilkudniowy trip w wagonie kolei Transsyberyjskiej 😀 Zobaczymy. Wrzątek w schroniskach? Tak. Teraz absurd. Kiedyś miało to uzasadnienie, bo woda jest za darmo ale podgrzanie jest drogie: drewno, węgiel, gaz… Teraz przecież schroniska maja doskonałe zasilanie elektryczne… No cóż zmiany w mentalności wznoszą się powoli 🙂

      • AA!! Mongolia?? Czad! A ten Wasz Maluch zawstydziłby niejednego nastolatka czy nawet dorosłego swoim zacięciem i formą! 🙂
        A ze zmianami które następują powoli coś wiemy- oby na trwałe i na lepsze 😉

  • Kurcze..podziwiam Cię! Naprawdę! Ja chyba bym poszła na łatwiznę i skosztowała gotowego jedzonka gdzieś w schronisku :D, ale wiadomo swoje najlepsze, sprawdzone i wie się co się je 😉

    • Dziękuję 🙂 Bardzo mi miło 🙂 My należymy do tych osób, które nie wydają pieniędzy ponad swój stan. Nie mamy kasy na jedzenie w schroniskach, to je zabieramy ze sobą 🙂 Proste. Poza tym nie wszystkie schroniska mają kuchnię adekwatną do cen. W większości to po prostu kwestia utartego zwyczaju. Kiedyś transport był kosztowny. A teraz. Do 90% schronisk dojeżdżają samochody, które mogą cały czas wozić jedzenie. Gdyby jedzenie było wyjątkowe, wyśmienite, warte ceny to co innego. Ale jak jajecznica kosztuje tyle co duża pizza to lekka przesada.. 😀

  • Wspaniała opowieść … Oprócz patentu na mięsko w słoiku to przede wszystkim dla mnie świetna historia o tym jak wychowywać dziecko w zgodzie z własnymi wartościami i to jeszcze tak, żeby te wartości stały się dla niego ważne. Gratuluję wyczynu! I podziwiam za mądre rodzicielstwo <3

    • Dziękujemy 🙂 Pozdrawiam!