Prosty Plan.

Światła włączone. Kamera naszykowana. W głowie gotowy scenariusz. Scenografia, rekwizyty. Ostatnie spojrzenie. Uwaga…! Nie, nie nie! Znów coś poszło nie tak! Znów wyszło zupełnie inaczej niż sobie to zaplanowałem. Znów? Przecież film próbowałem zrobić po raz pierwszy.

No właśnie czy tak naprawdę chodzi o film? W pierwszym momencie myślałem, że napiszę tekst o tym, jak nie nakręciłem pierwszego w moim życiu filmu. Szybko jednak okazało się, że to niezbyt ciekawy materiał. Ze wspaniałego planu na świetny film pozostał sam plan. A z próby zrobienia najbardziej romantycznego deseru, jaki w życiu zrobiłem, bardzo romantyczny deser. Najbardziej romantyczny jaki w życiu zrobiłem, tylko zupełnie inny.

Plan był taki: znajduję w internecie inspirację, czerpię z niej natchnienie, gromadzę składniki i narzędzia, wykonuję pod czujnym okiem kamery to, co zaplanowałem i staję się niekwestionowanym idolem nie tylko w swoim własnym domu. Utknąłem wprawdzie niemalże na samym końcu, ale był to na tyle ważny moment, że zdeterminował całość. Zaplanowałem mianowicie, że zrobię niewielkie, okrągłe serniczki, z wyciętymi pośrodku otworami w kształcie serc, które wypełnię wyciętymi z czerwonej galaretki serduszkami. Słodkie. Prawda? I jak się okazało niewykonalne.

Nie wziąłem pod uwagę tego, że przygotowany na szybko sernik z torebki, bez jakichkolwiek dodatków nie nadaje się do wycinania kształtów. Jest lepki i kruchy. Rozpada się przy każdym poruszeniu. To samo z galaretką. Przygotowana według przepis na opakowaniu jest niezbyt stabilna. Nawet po dodaniu mniejszej ilości wody, niewprawione dłonie mogą ją jedynie pokruszyć, a nie nadać jej romantyczny kształt. Dlatego moja pierwsza próba zrobienia ślicznego deseru skończyła się na próbie ratowania sytuacji. Ale udało się.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 opakowanie gotowego sernika na zimno
1 galaretka czerwona
1 galaretka pomarańczowa

Przygotować sernik i czerwoną galaretkę, zgodnie z instrukcjami na opakowaniu. Do galaretki dodać mniej wody niż podaje producent. Nie więcej niż 3/4 podanej ilości. Sernik umieścić w krągłej tortownicy. Wygładzić powierzchnię. Włożyć do lodówki. Galaretkę wylać do płaskiego naczynia, tak by po stężeniu miała ok 2 cm grubości.Odstawić do stężenia. Z gotowej galaretki wyciąć za pomocą foremek dowolne kształty (np. serca). Poukładać je na powierzchni schłodzonego sernika. Odstawić do lodówki i przygotować pomarańczową galaretkę w ten sam sposób jak czerwoną. Można ją pozostawić w misce. Po ostygnięciu wstawić na kilkanaście minut do lodówki by nieco zgęstniała. Wylać do formy z sernikiem. Poczekać aż całkowicie stężeje.

To co ostatecznie zrobiłem w niewielkim stopniu przypominało założenie. Okrągły sernik na zimno, wyłażony wyciętymi z czerwonej galaretki serduszkami i zalany jedną warstwą galaretki w kolorze pomarańczowym. Nieco pokraczny, daleki od ładnych, dopracowanych deserów, które widuję na innych blogach. Ostatecznie jednak, pomimo trudności i rozbieżności z moimi oczekiwaniami, piękny. Dlaczego? Zapomniałem wspomnieć o jednym, dosyć istotnym szczególe.

Deser robiliśmy wspólnie z synkiem i miał on być prezentem. Od nas dla niej. Dla najważniejszej dla nas osoby. Jego mamy i mojej żony. Tej samej, która samą swoją obecnością i zaangażowaniem daje nam codziennie dowody swojej miłości. Swojego zakochania w naszym wspólnym życiu. 14 lutego to jeden z tych dni, w których mamy pretekst, by jej za to w jakiś sposób podziękować. Okazję mamy codziennie, ale skupieni na sobie i zaangażowani w swoje sprawy zapominamy o tym, że jej obecność w naszym życiu nie jest oczywista. To cud, którego żaden z nas nigdy by nie zaplanował.

Mój plan wyglądał zupełnie inaczej. Początkowo nie było w nim miejsca ani dla niej, ani dla naszego synka. Przesiąknięty był brakiem realizmu i nadmiarem wygórowanych oczekiwań. Głównie do każdego, tylko nie do siebie. Byłem pewien, że rzeczywistość została stworzona po to, bym ją kreował i kształtował, dopasowując do własnych potrzeb. Znajomość z moją żoną, jej obecność w moim życiu, jej uwaga i miłość, wymykała całkowicie z jakichkolwiek ram, które tworzyłem. Czy dziś potrafię to docenić? Staram się.

Najtrudniej uznać mi za wartościowe te elementy mojego życia, które wydają się oczywiste. A przecież nic takim nie jest. Codziennie rano budzę się, oddycham, poruszam się o własnych siłach, podejmuję setki decyzji, spędzam czas na dziesiątki sposobów, w różnorodnym otoczeniu, w towarzystwie wielu osób. Nic z tego nie jest oczywiste. W każdym momencie mojego życia mogę zostać każdego jego elementu bezpowrotnie pozbawiony. Mogę zostać pozbawiony jego samego. I nie mam na to żadnego praktycznie wpływu. Mogę snuć plany, angażować siły w budowanie mniej lub bardziej skomplikowanych konstrukcji swojego życia. Próbować za wszelką cenę trzymać się planu i bronić swojej racji. Mogę też skupić się na teraźniejszości i poddać się jej. Te same siły zaangażować w świadomość cudu jakiego doświadczam, w pielęgnowanie w sobie uczucia miłości i wdzięczności.

Nie nakręciłem dziś filmu. Nie wiem czy jakikolwiek, kiedykolwiek nakręcę. Deser, który zrobiłem do najbardziej udanych nie należy. Spełnił jednak swoją rolę. Sprawił radość. Stał się sposobem na okazanie wdzięczności. Prostym, ale skutecznym. Choć nie miałem na to żadnego wpływu.

  • Artur, piękny wpis! Aż się wzruszyłam;-) Mój prezent dla męża też był na słodko. On mi perfumy, ja mu serce kokosowo-malinowe:-);-)

    • Dziękuję Kasiu 🙂 Perfumy to wspaniały prezent! O kokosowo-malinowym sercu więcej napiszę jak sam je zrobię 🙂 Słodkie prezenty walentynkowe to u nas tradycja. Zawsze były jakieś czekoladki lub cukierki. W tym roku pierwszy raz wspólnie z synkiem robiliśmy 🙂 To było naprawdę fajne. Pozdrawiam Was serdecznie!