Prosto Z Domu.

Nie znam dziecka, które odmówiłoby żelka. Mało tego. Znam dosłownie kilku dorosłych, którzy nie pokusiłby się choć na jednego. Znam nawet jednego, który pała do nich szczerą miłością. Żelki różnią się wieloma cechami: są mniejsze i większe, mniej lub bardziej owocowe, geometryczne, florystyczne, animistyczne nawet humanoidalne. Jednakże wszystkie, co do jednego, mają jedną wspólną cechę. Zawsze jest ich za mało!

Wszystko w żelkach przemawia za tym, by je uwielbiać. To ich smak, konsystencja, zapach, nawet bardzo precyzyjnie dobrany kształt. Można śmiało stwierdzić, że należą do tej kategorii produktów żywnościowych, których nie można skończyć jeść. W ich przepadku doskonale sprawia się powiedzenie: jedząc pierwszego, myślę o trzecim. To fakt. Faktem też jest to, że żelki można samodzielnie przygotować w domu. Bez pras, komór, silosów i wagonu pieniędzy.

Przyznam, że nigdy wcześniej nawet do głowy mi nie przyszedł ten pomysł. Traktowałem żelki jako oczywisty produkt przemysłowy. Tak jak czarny, gazowany napój czy chrupiące, przyprawione skrawki ziemniaków. Okazało się jednak, że na szczęście się myliłem. Okazało się, że na szczęście gdzieś tam, w odległym miejscu kuli ziemskiej żyje ktoś, komu to przyszło do głowy i na szczęście w tej głowie nie zostało.

Pomysł na domowe żelki znalazłem na Instagramowym profilu Dominiki, autorki bloga Smakołyki Dominiki. Początkowo nie miałem zamiaru dłużej zatrzymywać się przy zdjęciu, przedstawiającym kolorowe galaretki. Zadecydowały o tym dwa wyrazy zamieszczony w opisie: domowe żelki. Nie tracąc czasu zajrzałem na blog i oniemiałem z zachwytu. Przepis, choć nieco kontrowersyjny, okazał się bajecznie prosty. Nie czekałem ani chwili.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 galaretka
1 płaska łyżka żelatyny
100 g wody
silikonowa foremka

Wszystkie składniki włożyć do rondelka. Gotować do czasu rozpuszczenia galaretki i żelatyny. Wlać rozpuszczoną galaretkę do foremki. Pozostawić do wystygnięcia, a następnie wstawić do lodówki na około 1-2 godziny.

Przepis znalazłem we wpisie Żelki II.

Gorąca, gęsta, bardzo aromatyczna masa wzbudziła początkowo więcej we mnie podejrzeń niż nadziei. Gdy wylewałem ją w skupieniu do foremki, byłem święcie przekonany, że właśnie padłem ofiara jakiegoś okrutnego blogowego dowcipu. Nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że za dwie godziny będę delektował się doskonale uformowanymi, rubinowymi smakołykami.

Do produkcji moich domowych żelków użyłem galaretki truskawkowej, ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby użyć jakiejkolwiek innej. Doskonałym pomysłem jest oczywiście pomieszanie jak największej ilości smaków i kolorów. W końcu takie właśnie są przemysłowo produkowane żelki. A jakie są te domowe? Poza tym, że można dowolnie regulować ich kształt, kolor, smak i zapach? Są specyficzne.

Bardzo elastyczne, galaretkowe trapezoidy, które wyprodukowałem, w smaku i zapachu są bardzo zbliżone do sklepowych żelków . Nieco mniej słodkie i nieco bardziej, w moim wypadku, truskawkowe. Po włożeniu do ust zachowują się nieco inaczej. Pękają niczym bryłki twardej galaretki, rozpadając się na coraz mniejsze fragmenty, które w konsekwencji się rozpuszczają. Nie są tak gumowate jak oryginały. Są po prostu kruche. Można śmiało powiedzieć, że raczej naśladują masową produkcję niż ją powielają.

Nie oznacza to oczywiście, że są niewarte zainteresowania. Są! I to bardzo. Pierwsza porcja, którą zrobiłem zniknęła dosłownie w dwie sekundy. Kolejna w dwie sekundy po dwóch godzinach. Na szczęście nie miałem więcej galaretek, by zrobić dalsze porcje, gdyż i te zniknęłyby pewnie w mgnieniu oka. Oznacza to tylko. Niezależnie od tego ja bardzo domowe żelki różnią się od produkowanych przemysłowo, mają jedna wspólną cechę. Zawsze jest ich za mało!

Zdaję sobie sprawę z tego, że podany przeze mnie przepis nie należy do idealnych. Jest bardzo prosty, ale składa się ze składników, które z założenia staram się omijać. Nie dotarłem jeszcze do przepisu opartego tylko na pierwotnych składnikach, tak jak to było w wypadku Rachatłukum. Wiem jednak, że prędzej czy później to się stanie. W końcu nadal nie spieszy mi się donikąd.