Potrawa, Której Nie Było.

Rozgwieżdżone niebo. Wokół stawu względna cisza, przeplatana szeptami w niezrozumiałym słowiańskim języku. Tylko mrok. Gdzieniegdzie punkty, zlewające się w tafli niezmąconej wody. Ścieżka dookoła. Wydeptane ślady. Kolejny krok. Wiele kroków. W przystani dwuosobowe łódki i czas, który zastyga przy każdym, coraz śmielszym słowie. Doprawdy nie umiem. Nie wiem skąd w tej scenerii zjawiły się podświetlone tablice ze zdjęciami. Niezależnie od tego jak bardzo naruszały moje poczucie estetyki, zawierały jedno zdjęcie. To, które zapadło w mojej pamięci na dwa długie lata.

Štrbské Pleso jest jednym z tych miejsc, które znajduje się na obowiązkowej liście miejsc do odwiedzenia. Niewielki staw wciśnięty pomiędzy strzeliste szczyty najwyższych okolicznych gór, a bezkresną przestrzeń pod nimi. Pamiętam, że kiedyś zrobiłem tu zdjęcie, na którym trudno było rozpoznać gdzie znajduje się niebo, a gdzie jego odbicie. Przy nieruchomej tafli granica przestaje spełniać swoją funkcję. Wracam tu od zaledwie dwóch lat, tylko po to, by poczuć się jak w miejscu, które było mi bliskie zanim przyjechałem tu po raz pierwszy. By doświadczyć rzadko odczuwalny stan bliskości z miejscem, a nie związanymi z nim wspomnieniami.

Zdjęcie, które przykuło moja uwagę nie było ani specjalnie ładne, ani interesujące. Zadziałała wtedy po prostu moja kulinarna wrażliwość. Duży talerz, na którym uwagę skupiały wyróżniające się skwarki nie wyglądał ani apetycznie, ani atrakcyjnie. Danie, które mam na myśli obserwowałem od kilku dni i tylko dlatego w tym momencie elementy układanki ułożyły się w całość. Parująca zawartość talerzy z niejednej restauracji otrzymała pełen kształt, koloryt i nazwę: bryndzové halušky.

Przyznam, że początkowo nie zwracałem na to danie najmniejszej uwagi. Nie mam w zwyczaju zagapiać się w talerze innych gości miejsc zbiorowego żywienia. Uważam, że to taki sam nietakt jak skupienie wzroku w obfity dekolt przechodzącej z naprzeciwka kobiety. Tym razem nie jakość mnie jednak pokonała, ale ilość. Gdziekolwiek byśmy się nie udali, wszędzie na stolikach prędzej czy później pojawiał się talerz z niejasną jeszcze wtedy dla mnie zawartością.

Niewielka sterta, wyglądających na małe kopytka klusek, przykryta większym, kremowym kleksem i zwieńczona porządną porcją skwarków. Do tego błysk radości w oczach. Drżenie ust i łapczywe, szybkie ruchy widelcem. Nie miałem wątpliwości, że wokół mnie rozgrywa się akt spożywania regionalnego przysmaku. Potrawy charakterystycznej tylko dla tego miejsca i jego okolic. Zwłaszcza, że w mojej własnej niczego podobnego nigdy przedtem nie widziałem.

Przepis, z którego można skorzystać:

2 duże ziemniaki
1 jajko
mąka pszenna – wg potrzeby
sól
200 g wędzonego boczku lub słoniny
100 g bryndzy
1 łyżka śmietany
natka pietruszki

Ziemniaki obrać zetrzeć surowe na tarce o małych oczkach. Dodać jajko i szczyptę soli. Dosypywać mąkę do momentu kiedy wstawiona w ciasto łyżka utrzyma się pionowo. Przetrzeć masę do osolonej wrzącej wody w dużym garnku. Do produkcji haluszków dobrze jest zaopatrzyć się w specjalny przyrząd zwany na Słowacji haluszkarem (prostokątna tarka z pojemnikiem na ciasto). Można też użyć durszlaka z dużymi okrągłymi otworami lub po prostu zsuwać ciasto do wrzątku z talerza albo deski oddzielając porcje łyżką. Gotować kluski około 1 min po wypłynięciu. Odcedzić. Wymieszać w misce z bryndzą roztartą ze śmietaną – masa powinna delikatnie pokryć haluszki. Podawać z podsmażonym boczkiem lub słoninką. Ozdobić posiekana natką pietruszki.

Haluszki można podawać na dwa sposoby. Tak jak w przepisie lub polane śmietaną z bryndzą. Obie wersje są tak samo popularne u źródła.

Przepis znalazłem na blogu Zadanie – Gotowanie, we wpisie Bryndzowe Haluszki.

Nie należę do ludzi, którzy w swojej pasji nie znają granic. Jest nią nieśmiałość i brak chęci do wychodzenia poza strefę komfortu. Nie zrobiłem więc najprostszej możliwej rzeczy i nie zapytałem nikogo czym z takim zapałem zajadają się inni goście. Obserwowałem i czekałem. Odpowiedź nadeszła oczywiście w najmniej oczekiwanym momencie i miejscu. Wszędzie tylko nie podczas kolejnego romantycznego spaceru wokół przepięknie położonego stawu spodziewałbym się znaleźć nazwę i dokładne informacje o prostej, pastersko-chłopskorobotniczej potrawie, którą Robert Makłowicz zalicza do fundamentów karpackiej, słowackiej kuchni.

Dwa lata zajęło mi spróbowanie bryndzoych halušek. Kiedy jednak w końcu to się stało poczułem głęboki zawód. Nasyciłem nimi oczy, napełniłem nimi żołądek, przesyciłem się nimi, ale nie poczułem się zachwycony. Może zadziałał efekt przenoszonej ciąży, a może nie trafiłem na staranne wykonanie? Najgorsze oczekiwania potwierdziły się kilka dni później. Nie czas, nie miejsce było problemem, ale sama potrawa. Jadłem ją w dwóch różnych restauracjach. Przyrządzana na dwa różne sposoby za każdym razem była taka sama. Poza moją skalą tolerancji smakowej.

Nie umiem dokładnie powiedzieć co w bryndzoych haluškach mi nie odpowiadało. Analizując skład dochodzę do wniosku, że to żaden z elementów. To ich zestawienie. Ziemniaczane kluseczki są wyśmienite. Lekko twardawe, wręcz al dente, nie mają ściśle określonego smaku. Doskonale nadają się do dalszego wykorzystania. Są pasywne, tworząc idealne tło dla każdego rodzaju dodatków. Bryndza, skwarki. Do tych składników tez nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Wszystkie jednak, połączone w całość nie wywołują we mnie już takiego entuzjazmu. Wywołują jego skrajny brak.

Aura spokoju i głębokiego oddechu rozpiera Štrbské Pleso z każdej strony. Z dołu, po mozolnej wędrówce z nizin, lub wielogodzinnej jeździe samochodem. Z góry po karkołomnej wyprawie ponad wszystkie znane dotychczas wysokości. Jest okiem, w którym odbija się zarys, owal, błysk. Jest okiem, w którego głębi skrywa się chęć powrotu. Opuszczam je zawsze z poczuciem niedosytu i pragnieniem zmiany swojego życia. Czuję się tu jak w domu, który dawno temu utraciłem. Miasto, w którym mieszkam zaczyna jawić mi się jako przejściowy tunel. Od jednej przestrzeni do drugiej.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z haluškami. Tej potrawy nigdy nie było w moim jadłospisie i nadal w nim nie zagości. Do klusek wrócę tak szybko jak tylko będzie to możliwe. Do bryndzy, skwarków również. Do całości raczej nie.

Bryndzové halušky można wykonać samodzielnie niemalże od początku do końca. Poza hodowlą owiec i uprawą ziemniaków oczywiście. Przepisu na wędzony boczek czy słoninę jeszcze nie opracowałem, ale przepis na bryndzę już prawie rok czeka na blogu. Można go znaleźć we wpisie Pamiątka z Wakacji. To efekt wyjazdu w poprzednim roku. Jak zwykle wyjazdu, z którego poza tysiącami zdjęć przywiozłem fragment wspaniałej mozaik jaką jest kuchnia tej części Karpat.

  • Hehe, znam coś o smaku ala przenoszonej ciąży- happens so often i zawsze zawód ogromny ;).
    A mnie sama nazwa totalnie rozbraja- haluszki 😀
    I te Twoje poematy wokół kuchni- uwielbiam! <3

    • Dzięki :* Na szczęście rzadko mi się zdarza, żebym aż tak przesadził. Dwa lata… Mam dobrą nauczkę. Pozdrawiam!

  • Kasia Motyka Kocikowa Dolina

    Twoja estetyka pisania jest mi bardzo bliska, wręcz rezonuje z moją potrzebą uczty słownej, do której dodajesz ucztę smaków 🙂
    Haluszki zdarza mi się zajadać w Wysowej, w karczmie łemkowskiej. Jeśli tylko mam okazję tam być, nie odmówię sobie także podróży kulinarnej…
    Nazwa urokliwa… a w owej karczmie, wszystkie potrawy właśnie tak się nazywają. Pozdrawiam 🙂

    • Dziękuję pięknie 🙂 Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej miejscowości, ale widzę że od Słowacji dzieli ją zaledwie chwila 🙂 Zapamiętam. Może znajdę tam coś co urzeknie mnie bardziej niż haluszki 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  • Nie jadłam i jakoś mnie nie ciągnie 😉 może to ta bryndza… 🙂 ale jak zawsze przeczytałam z przyjemnością i mimowolnie zrobiłam się głodna 🙂