Ponad Szczytem.

Ponad 6000 metrów trasy. Ponad 800 metrów różnicy wysokości. Sypki śnieg do kolan, lód, gałęzie, koleiny. Słońce w zenicie i minus siedem stopni poniżej zera. Jedna góra, kilkuset biegaczy, wśród nich ja. Pierwszy raz poza trasą, podczas prawdziwego zimowego przełaju z prawie wszystkimi przeszkodami.

Na ten bieg przygotowywałem się kilka tygodni. Nie mam wprawdzie w swojej najbliższej okolicy zbyt wielu miejsc, które nadawały by się do treningu przed startem w biegu górskim, ale bardzo pomogła mi zima zalegająca na większości ścieżek biegowych. Lód, nierówności, sypka nawierzchnia od jakiegoś czasu stały się nie tylko moją codziennością, ale jak się okazało, również wielkim sprzymierzeńcem. Moje ciało, mój umysł, moja dusza były przygotowane na to co czekało na trasie. Różnice wzniesień okazały się tylko interesującym dodatkiem.

Na ten wypiek przygotowywałem się od kilku lat. Czekałem na niego z niecierpliwością. Wiedziałem, że prędzej czy późnej sięgnie do jednego z najważniejszych ciast mojego dzieciństwa. Ciasta, które latami wzbudzało mój podziw. Wydawało mi się bowiem niemożliwym dla mnie do zdobycia szczytem kulinarnych możliwości. Dlatego gdy nadarzyła się okazja nie miałem wątpliwości po co sięgnę. Po coś specjalnego. Coś czego nigdy nie robiłem, coś wymagającego i przy okazji coś, co stanowiłoby w jakimś sensie ukoronowanie mojej dotychczasowej pracy. Jak górski bieg w trudnych zimowych warunkach. Nie miałem też wątpliwości, że podołam wyzwaniu. Moje ciało, mój umysł, moja dusza były przygotowane na to co czekało na trasie.

W zasadzie nie ma sensu opisywać całego procesu decyzyjnego, gdyż go po prostu nie było. Odpowiedź tkwiła we mnie od dawna, czekając tylko na wyartykułowanie. Oczywiste dla mnie stało się od samego początku, że zrobię karpatkę. Jedyne ciasto, które zarówno swoja nazwą jak i wyglądem jednoznacznie kojarzy się z górami. Nieważne, że bieg odbył się w centrum Polski. Nieważne, że na jednej górze, setki kilometrów od Karpat. Ważne, że wywołał we mnie chęć powrotu do tego kultowego, w czasach mojego dzieciństwa ciasta i starcie się z jego legendą.

Nie jadłem go kilkanaście lat. Wcześniej było stałym elementem każdej okoliczności w naszym domu. Jadłem je setki razy. Może nie dosłownie, ale na tyle dużo, że zdążyło mi się znudzić. Nie mam pojęcia dlaczego było tak popularne, gdyż patrząc na nie teraz widzę, że nie było ani zbyt łatwe, ani tanie. Przerwa spełniła jednak swoje zadanie. Ciasto, mogło wrócić na salony na pełnej petardzie. Okazało się bowiem, że wśród wszystkich osób, które je próbowały wywołało coś więcej niż zachwyt. Szczere i pełne uwielbienia poruszenie. Zwłaszcza, że podałem je w wyjątkowych okolicznościach i, co niemniej ważne, w wyjątkowy sposób.

Nie wspomniałem jeszcze, że bieg, w którym brałem udział był imprezą towarzyszącą, dodatkiem do dania głównego. Tego dnia był nim bieg trzydziestokilometrowy. W tych samych warunkach, na tej samej, tylko wydłużonej trasie. Nie muszę chyba dodawać jakim wyzwaniem dla startujących było pokonanie tego dystansu. Dlatego pilnowałem się, by do ostatniego momentu nie częstować nikogo zrobionym przeze mnie ciastem. Liczyłem na kumulację zdarzeń.  Liczyłem też na to, że sprawdzi się zupełnie nowa dla mnie forma podania karpatki. Jedzenia plastikowymi widelczykami, na papierowych tackach, pokrojonego w kawałki ciasta nie brałem pod uwagę. Nie przy mrozie. Nie przez przyjaciół, którzy właśnie zakończyli morderczą walkę z górą, zimą i własnymi słabościami. Postawiłem na pragmatyzm i przygotowałem karpatkę w formie poręcznych ptysiowych ciastek. Idealnych by pochłonąć je jednym, zgrabnym ruchem dłoni.

Pomysł na ten sposób przygotowania i podania karpatki nie był mój. Podpatrzyłem go u koleżanki z pracy. Zachwycił mnie swoja prostotą i praktycznością. Pamiętam jak trudne było jedzenie karpatki, której warstwy rozdzielały się przy każdym kęsie, a krem oblepiał dłoń lub wyciekał na talerzyk. Gdy Monika poczęstowała nas małymi ptysiami, wypełnionymi kremem karpatkowym, nie miałem wątpliwości, że do tego sposobu wrócę przy najbliżej okazji.

Przepis, z którego skorzystałem:

Ciastka:
125 g masła
1 szklanka wody
1 szklanka mąki pszennej
5 jajek
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Piekarnik nagrzać do 200 stopni C. Przygotować blachę do pieczenia: wysmarować ją masłem i wysypać kaszą manną lub wyłożyć silikonową podkładką do pieczenia. Masło rozpuścić w rondelku, dolać wodę, zagotować. Wsypać mąkę i ucierać, aż powstanie gęsta masa, lekko przestudzić. Dodać proszek do pieczenia oraz jajka, pojedynczo i miksować całość aż do uzyskania za każdym razem gładkiej masy. Ciasto nakładać łyżeczką lub szprycą na przygotowaną blachę, w kilkucentymetrowych odstępach (urośnie). Piec około 20 minut (lub do złotego koloru). Po upieczeniu studzić na kratce.

Krem:
2,5 szklanki mleka
4,5 łyżki mąki ziemniaczanej
1,4 łyżki mąki pszennej
3/4 szklanki cukru
1 cukier wanilinowy
1 kostka masła (200 g)

Masło pokroić na mniejsze kawałki. Odlać szklankę mleka i rozprowadzić w niej mąkę (mikserem). Resztę mleka zagotować i dodać do tego rozrobiona mąkę. Od tego momentu cały czas mieszać, żeby się krem nie przypalił. Dodać cukry i gotować aż do rozpuszczenia. Dodać masło i gotować do rozpuszczenia. Zdjąć z ognia i zmiksować do uzyskania gładkiej masy. Studzić w zimnej wodzie.

Krem nabijać do ciasteczek szprycą lub przekroić ciasteczka i nakładać krem do środka. Posypać cukrem pudrem. Można zostawić na następny dzień, ale raczej nie przykrywać. Lekko podeschnięte też są bardzo dobre.

Byłbym nie do końca rozgarnięty, gdybym przepisu na karpatkę szukał w jakimkolwiek innym miejscu niż w przepiśniku mojej mamy. Niestety muszę się sam o sobie nie do końca dobrze wyrazić, gdyż tak właśnie zrobiłem. Poprosiłem ją wprawdzie o przepis, ale bezceremonialnie zanim do niego sięgnąłem, rozłożyłem się wygodnie w internecie i badawczo rozejrzałem wokół. Efektem tego posunięcia był aż nazbyt oczywisty wniosek. Przepis mojej mamy w niczym nie ustępuje przepisom innych kucharek, jest w porównaniu z niektórymi identyczny, a nawet o wiele lepszy. Jedyną informacja, której u mamy nie znalazłem był sposób wykorzystania ciasta do przygotowania bułeczek. Ten znalazłem na blogu Piekarnik. Sprawdzone Przepisy, we wpisie Karpatkowe Bułki. Pozostałe elementy przepisu: składniki ciasta, kremu, sposób przygotowania ciasta i kremu pochodzą bezpośrednio ze starego, poplamionego zeszytu mojej mamy.

Karpatkowe Bułki okazały się absolutnym hitem. Kilkadziesiąt, które zrobiłem zniknęło w ciągu kilku, rozłożonych w czasie, chwil. Musiałem bowiem je skrupulatnie wyliczać i wydawać niemalże do ręki. Pozostawione bez opieki szybko stałyby się ofiarą jednej osoby. Wytrawne ciasto, aksamitny, słodki, waniliowo-maślany krem, subtelna pierzynka z cukru pudru stworzyły kompozycję doskonałą. Ciasto wprost rozpływało się w ustach. Delikatne i puszyste otulało słodką zawartość, będąc jej kontrastowym preludium. Sycący, nieco ciężki, ale bardzo delikatny krem idealnie współbrzmiał ze zwiewną otuliną. Byłem zaskoczony nie tylko reakcją przyjaciół, ale również wysoką jakością samych bułeczek. Ja sam nie miałem im nic do zarzucenia. Myślę, że mogłyby z powodzeniem konkurować ze znanym mi z dzieciństwa ciastem, jak również z każdym profesjonalnym wypiekiem.

Pokonując ostatnie metry, sześciokilometrowej trasy czułem mały niedosyt. Spodziewałem się udręki i zmęczenia na granicy możliwości. Stojąc u stóp góry, na którą miałem wbiec, widziałem oczami wyobraźni własny kres. Odbierając pamiątkowy medal na mecie widziałem zapas sił. Wiedziałem, że mogę pokonać jeszcze kilka kilometrów. Pokonać jeszcze jedną różnicę wzniesień. To samo czułem, gdy napełniałem kremem ostatnie bułeczki. Coś co kiedyś wydawało mi się przeszkodą nie do pokonania, okazało się bardzo przyjemną i niezbyt trudną przygodą. Musiałem jednak do tego dojrzeć. Przebrnąć przez dziesiątki przepisów, dziesiątki razy polec i tyleż samo powstać. Zachlapać kuchnię, wypełnić ją dymem, postawić krok do tyłu, by móc postawić dwa do przodu. Pokonać ból łydek, zwolnić na trudnej nawierzchni, odłożyć na bok ambicję i po prostu biec ciesząc się każdym pokonamym kilometrem. By ostatecznie poczuć, że mogę i chcę pokonać kolejny szczyt. Zdobyć kolejną górę.

  • Szymon | pomensku

    Rozwarstwienie karpatki było zmorą mojego dotychczasowego życia, bowiem nie sposób było to wyeliminować. Można wszak zrobić krem twardy, który nie rozpłynie się po wbiciu widelczyka, jednak traci on na walorach smakowych. Z drugiej zaś strony, pyszny lejący krem rozlany na całym talerzyku także odbiera dużą część radości. Klasyczna grecka tragedia.

    To rozwiązanie wydaje się strzałem w dziesiątkę!

    • Taaaak 😀 To rozwiązanie jest najlepsze jakie znam. Trochę jest przy nim więcej roboty, ale zwłaszcza szprycowane, ptyse sprawdzają się idealnie. Zero kremu na rękach 😀 Pozdrawiam i dziękuję za wizytę 😀

  • Po pierwszym przeczytaniu musiałam dojść do siebie, gdyż wstrzeliłeś się idealnie w potrzeby i pragnienia moich kubków smakowych. 🙂 Jakiś czas temu ktoś mnie poczęstował przepysznymi ptysiami i od razu ich smak skojarzył mi się właśnie z karpatką. Zapragnęłam jej natychmiast, więc kupiłam gotowca w kartoniku, znaczy nie gotowca, że że można wyjąć i jeść, lecz gotowca, że rozbełtać i upiec. 🙂 Oczywiście z braku czasu ciasta nie zrobiłam,a teraz Ty swoim jak zawsze świetnym wpisem przypomniałeś mi o moich pragnieniach. Przy najbliższym wolnym dniu będzie się działo. 😀
    A jeśli chodzi o bieganie to Ty i Ewa jesteście dla mnie wzorem. <3

    • Karpatka to medium, które łączy mnie z moja przeszłością i innymi osobami, które miały podobną przeszłość jak moja. Tym bardziej czułem się szczęśliwy widząc jak smakowała osobom, które jadły ją po raz pierwszy. Młodsi ode mnie prawie o 20 lat aż piszczeli z zachwytu 🙂 To wspaniałe. Karpatka jest niezastąpiona!