Połówka, Czekolada, Lody i Kebab

IMG_1276

Kibicowanie to ciężka robota. Kawał ciężkiej roboty. Dlatego nigdy nikomu nie kibicowałem. Nie miałem do tego ani siły, ani chęci, ani czasu. Tym razem było inaczej. Chcąc, nie chcąc znalazłem i czas, i chęci, i siłę. Zwłaszcza, że tym razem, stanąłem w obliczu współuczestniczenia nie tylko w samym trzymaniu kciuków i klaskaniu do utraty sił, ale również we wszystkich poprzedzających i, co najważniejsze, następujących po nich wydarzeniach.

Od samego początku mam oczywiście na myśli bieg, w który brała udział moja żona, nasza przyjaciółka Ania i jej siostra Agnieszka, półmaraton warszawski. Nie będę się rozpisywał o przygotowaniach do niego. Zrobiła to za mnie już dawno Ewa w cyklu wpisów na swoim blogu Przygoda Yvette. Nie będę rozpisywał się o jego przebiegu. Sam nie biegłem, więc nie mam na ten temat za wiele do napisania zwłaszcza, że relacje z biegu zamieścili już wszyscy znani mi blogerzy, którzy brali w nim udział: Ania z bloga Bezarchitekta by Ann, w artykule Byle dobiec, czy biec na czas? , Witek z bloga Zdolny ale leniwy w artykule Zrobiłem Połówkę oraz oczywiście moja żona w artykule Cel – 11. Półmaraton Warszawski. Relacja. Skupię się na tym, co w całym biegu było dla mnie najważniejsze. Na kibicowaniu i związanymi z nim przyjemnościami.

Wszystko zaczęło się ponad rok temu, gdy wkraczając na ścieżkę biegaczy zupełnie mimochodem wciągnąłem na tę ścieżkę moją żonę. Tak naprawdę wciągnęła się na nią sama, ale idąc za myślą, że sukces ma wielu ojców, w tym wypadku chcę być przynajmniej jednym z nich. Także, gdy zacząłem biegać, wciągając w to moją żonę, żadne z nas w najśmielszych marzeniach nie przewidziało takiego obrotu sytuacji. Dziś ja ledwo dociskam od kolejnej piątki do piątki, a moja ukochana, mówiąc językiem Witka, właśnie zrobiła połówkę. O dychach nawet nie wspomnę. Bo gdy ja ledwo dycham po 30 minutach ciągłego biegu, moja żona po dystansie, który normalnie da się pokonać tylko rowerem, dopiero łapie wiatr w żagle. Cóż mogę dodać. Natural born runner. Ale nie był to jeszcze ten początek.

Właściwy początek nadszedł z chwilą, gdy nasza przyjaciółka Anna, z charakterystycznym dla siebie zaraźliwym entuzjazmem, nie bacząc na konsekwencje rzuciła w kierunku mojej żony myśl żmiję. Ideę, która jak trujący jad zaatakowała myśli Ewy i odebrała jej to, co dopiero takim nadludzkim wysiłkiem wypracowała. Pomysł, by wystartować w biegu na dystansie ponad dwudziestu kilometrów uruchomił zupełnie nowe pokłady ambicji w umyśle mojej żony, a poprzeczkę satysfakcji wywindował na nieznany dotąd poziom. Alea iacta est, kości zostały rzucone, raz nakręcony zegarek nie chodzi wstecz, czyli na odwrót było już za późno.

Gdzie byłem w tym czasie ja? Ostatnia deska ratunku? Głos zdrowego rozsądku? Ucieleśnienie obiektywizmu? Rozstrzygający jak miecz Damoklesa wszystkie zawiłości i niejasności, niezawisły i suwerenny obserwator? Przy mojej żonie. Stałem z boku i, w niedającym podstaw do jakichkolwiek wątpliwości geście, rozpocząłem przygotowania do tego, co już wtedy było nieuniknione. Do kibicowania. Od samego początku wiedziałem bowiem, że cokolwiek bym nie zrobił, czegokolwiek bym nie powiedział, jakichkolwiek środków bym nie użył, niczego nie byłem w stanie zrobić. Miałem dwa wyjścia. Próbować stawić czoło huraganowi entuzjazmu, który dzięki Ani porwał moją żonę lub poddać się jego sile i z narastającym brakiem krytycyzmu uczestniczyć w całym wydarzeniu. Inne, tym razem nasze powiedzenie, mówi, że kijem Wisły nie zawrócisz. Cała rzecz miała się odbyć właśnie nad Wisłą. Widząc więc w tej zbieżności wyraźny znak, zaprzestałem jakiejkolwiek walki.

Także, gdy po kilku miesiącach moja żona ze swobodnego biegacza, czerpiącego radość z samego faktu przebierania nogami,  przeistoczyła się w wyposażoną w numer startowy, w chip, w komputer naręczny z monitorem pracy serca i modułem GPS, w specjalistyczne buty długodystansowe dla pronatorów, w zaplecze, liczące kilkaset przebiegniętych treningogodzin, w techniczną garderobę i wiedzę obejmującą możliwości i reakcje własnego organizmu na wzmożony wysiłek, maszyną do pokonania dystansu 21 km i 97,5 metrów, byłem przy niej.

Byłem przy niej w każdej sekundzie jej walki o pokonanie tej niepokonywalnej, z mojego punktu widzenia, odległości w niepokonywalnym, z mojego punktu widzenia, czasie. Byłem przy niej, gdy wypełniony niepokojem nie mogłem zasnąć w noc poprzedzającą bieg. Byłem w metrze, gdy podenerwowani jechaliśmy w kierunku centrum Warszawy. Byłem, gdy szliśmy w kierunku linii startowej w tłumie biegaczy, który gęstniał z każdą przecznicą. Byłem, gdy prowadząca imprezę para, głośnym rykiem zagrzewała uczestników biegu tuż przed startem. Byłem, gdy wrzask odliczania wyzwolił kilkunastotysięczny tłum do biegu. Byłem, gdy przez skąpane w porannym słońcu ulice Warszawy, niekończący się strumień biegaczy pokonywał pierwsze kilometry. Byłem, gdy wraz synkiem, naszymi przyjaciółmi Mariuszem i Tomkiem oraz narzeczonym Ani, Łukaszem, rykiem z wuwuzeli dawaliśmy upust naszej ekscytacji. Byłem, gdy opadły pierwsze emocje. Byłem, gdy dzwonili rozentuzjazmowani znajomi i rodzice. Byłem gdy wraz z innymi przechodziliśmy do najbliższych stref kibica i oklaskami witaliśmy kolejnych uczestników biegu. Od liderów ze światowej czołówki, do biegaczy z ostatniej strefy czasowej. Byłem przy niej, błądząc wzrokiem wśród tysięcy biegnących postaci, by wypatrzeć jej białą czapkę, błękitną koszulkę i wściekle różowe buty. Byłem wśród kilku tysięcy innych kibiców, którzy z okrzykiem na ustach, dumą wypisaną na twarzach i łzami radości, cisnącymi się do oczu od pierwszego do ostatniego metra wspierali bliskich, przyjaciół, znajomych czy też niebliskich i nieznajomych. Byłem wśród dudniącej muzyki, okrzyków radości. Byłem przy niej wypełniony dumą, radością, wzruszeniem, troską, pewnością, satysfakcją, oczekiwaniem, napięciem, gdy przekraczała linię mety. Byłem wypełniony dumą, radością i wzruszeniem, gdy odbierała medal. Byłem wypełniony dumą, radością i wzruszeniem, gdy na dłuższą chwilę zaginęła w tłumie. Byłem, gdy z uśmiechem na twarzy, medalem na piersi i zasłużoną muffinką w dłoni pozowała do ostatnich zdjęć.

Byłem też bardzo zmęczony. Gdy bieg się zakończył i na horyzoncie zamajaczył powrót do domu marzyłem tylko o jednym. O nagrodzie dla mnie. Wśród znajomych dziewczyn, które brały udział w tym biegu zakiełkowała pewna bardzo ciekawa idea. Pomysł, by jego zakończenie uczcić w wyjątkowy i motywujący sposób. Ania zamarzyła o zjedzeniu, w całości, wielkiej tabliczki czekolady, Ewę opanowała żądza pochłonięcia, w całości, pudełka lodów, a ja w myślach wgryzałem się z nieopanowaną satysfakcją w ogromnego, ostrego, wołowego Kebaba z restauracji na placu Wilsona. Szczerze przyznam, że odkąd padł pomysł uczestniczenia dziewczyn w tym biegu, myśl o tym uwielbianym przeze mnie fast foodzie nie opuszczała mnie nawet przez chwilę. Była moim motorem napędowym i pozwalała odzyskać dobre samopoczucie w trudnych chwilach. Była celem i zachętą. Była moją nagrodą za wysiłek jaki włożyłem w przygotowania i uczestnictwo mojej żony w tym biegu. Z perspektywą nagrody kibicowanie jest dla mnie bowiem mniej nieznośne.

Czy mam wyrzuty sumienia, że kierowały mną tak niskie pobudki? Oczywiście, że nie. Uczestniczyłem w całym wydarzeniu od początku do końca. Nawet na chwilę nie opuszczałem mojej ukochanej żony i, jak tylko umiałem, nie przeszkadzałem jej w przygotowaniach. Byłem z nią myślami i sercem podczas całego biegu, a po nim czułem się wyczerpany prawie tak jak ona. Sądząc po zdjęciach śmiem twierdzić, że nawet bardziej. Dlatego uważam wręcz, że sobie na tę przyjemność zasłużyłem. Tak jak pisałem na początku kibicowanie to ciężka robota. Kawał ciężkiej roboty. Bez wyraźnie określonego celu i bez perspektywy nagrody, jak dla mnie, nie do przebrnięcia. Taki cel i taka nagroda nie tylko wspomagały moje działanie przed tym biegiem, ale również pozwalają mi przyjemnie myśleć o kolejnych wydarzeniach, których będę współuczestnikiem. Nie mam się bowiem co oszukiwać. Długo nie przebiegnę półmaratonu. Być może w ogóle. Moje ambicje póki co nie sięgają tak daleko. Muszę więc mieć jakiś punkt oparcia podczas kolejnych startów mojej żony. Wizję soczystej, wypełnionej siekaną wołowiną i pikantnymi sosami ciepłej bułki, w która mogę się wgryźć bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Swoją drogą nie mogę się doczekać przygotowań mojej żony do maratonu. Nagroda będzie wtedy na pewno większa niż podwójna.

Na zakończenie dodam, że na każdego z nas czekała po biegu zasłużona nagroda. Były nią przepyszne Popękane, Czekoladowe Ciasteczka, które upiekłem korzystając z przepisu znalezionego na blogu Esencja. Wspaniałymi, bardzo intensywnymi w smaku i nieco przeze mnie zmodyfikowanymi słodkościami… Ale to już zupełnie inna historia…

  • Wiesz… Tak mi trochę zwilgotniały oczy podczas czytania Twojego tekstu. Pewno spociły się. Same nie wiedzą dlaczego. A nawet jeśli wiedzą, nie zdradzą tajemnicy, bo facetom to się oczy tylko pocić mogą, nic więcej. Bardzo cieszę się, że Ewa dotarła do mety i że miała siłę się uśmiechać. Cudownie, że ma takie wsparcie z Twojej strony 🙂
    Co ciekawe, bardzo mi się podoba wersja Twojej nagrody pobiegowej. Z Tomkiem też dość podobnie się nagradzamy, pewno to kiedyś opiszę 😉 bo fajna historia to jest. Aha, ciasteczka Esencji to jest coś, też robiłem!

    • Haha, miałam to samo. 😀 Moje też się spociły. Może za bardzo się wczytywaliśmy.;-) Ja czytałam w telefonie, a tam takie małe literki. Musiałam bardzo wytężać wzrok, pewnie dlatego. 😉

    • Dziękuję 🙂 Bardzo, ale to bardzo mi przyjemnie gdy oprócz głodu jestem w stanie wywołać również zmieszanie i lekkie zawstydzenie 🙂 Ostatnio znajomy, który z niejednego pieca chleb jadł, powiedział mi, że nie wstyd szczerych łez 😀 Ale umówmy się, że to było na pokaz bo rozmowie przysłuchiwała się wspaniała, inteligentna kobieta 😀 😀
      P. S. Ciastka znam dzięki Tobie 🙂 Zainspirowałeś mnie. Niebawem będzie o tym słówko na blogu 🙂

  • Myśl żmija, świetne sformułowanie 🙂 Też zdarza mi się taką oberwać lub puścić w obieg. Podziwiam przygotowania i wytrwałość, takim zabiegom warto kibicować. Sama jednak… nie, to zdecydowanie nie mój sport 🙂 Chyba że zażeranie pudełek lodów też zaliczamy jako dyscyplinę.

    • Dziękuję 🙂 Zżeranie pudełek pełnych lodów to kulinarny Bieg Rzeźnika 😀 Ja po jednym bym spasował, no może po dwóch. Także w tej dyscyplinie na pewno byłabyś lepsza ode mnie 😀 Pozdrawiam!

  • Od niedzieli czytam biegowe relacje. Zaraz zajrzę jeszcze do Ani. Gdybym jeszcze nie biegała, to po tej niedzieli na bank bym zaczęła. 🙂 Taka kumulacja relacji biegowych musi mieć skutki uboczne. Już nawet mi chodzi po głowie, że może kiedyś i ja.. sio głupie myśli 😉
    Każda relacja jest inna, ale każda wyjątkowa, bo bardzo osobista. Bieg Ewy przeżywałam jak bieg dobrej znajomej, więc i relację przeczytałam z wypiekami na twarzy. Delektowałam się nią dziś przy kawie, jak najlepszym ciastkiem. 🙂 Ale to co przeczytałam u Ciebie jest najpiękniejszym uzupełnieniem wszystkich biegowych relacji. Cudownie jest mieć takie wsparcie. Jesteście fantastyczną rodziną. Wspaniałym wzorem na to jak powinny wyglądać relacje w rodzinie. Brawo Wy! Uwielbiam Was! :-*:-*:-*
    Ps. Kebab też uwielbiam. Bardziej niż lody i czekoladę. 😀

    • To ja tylko napiszę tyle, że ostatnie Twoje zdanie mnie zastanowiło. „Kebab też uwielbiam. Bardziej niż KOTY i czekoladę”.
      „Jakie koty??” – już miałem pisać, że kotów jeszcze nie jadłem, bo ponoć się długo gotują i wciąż są twarde, ale czytam więc jeszcze raz.
      „LODY!!!!”.
      kurtyna

      • Hahaha.:-D Ach te zapocone oczy. 😉 A kota chyba jadłam. Przynajmniej próbowano mi to wmówić kiedy zamawiałam pyszne chińskie jedzonko. Nie zniecheciło mnie to. 😛

      • Koty 😀 😀 To mi przypomina taki serial z lat 80 🙂 O kosmicie z dwoma żołądkami 😀 Mistrz ciętej riposty!

    • Dziękuję Basiu 😀 Bardzo mi miło! Brawa należą się przede wszystkim Ewie. To czyny stanowią o wartości człowieka. Ja jedynie przemykam w cieniu jej sukcesów. Jeżeli chodzi Ci po głowie jakikolwiek wyczyn, to dobrze. Bardzo dobrze 😀 Trzymam kciuki za Twoje dalsze biegowe sukcesy! Pozdrawiam serdecznie!

      • Bo jak się człowiek naczyta, to jest tak oczarowany, że myśli, że też może. To chwilowe, przejdzie mi.:-D Nie sięgam na razie tak daleko, piąteczka mi wystarczy. To o nią na razie będę walczyć. Sam fakt, że biegam jest już dla mnie ogromnym sukcesem. Za kciuki dziękuję. Przydadzą się bardzo. 🙂

  • Takie wsparcie jak Twoje jest bezcenne. Niezależnie od rodzaju wysiłku (a ten akurat był duży) wsparcie bliskich osób, zresztą zupełnie obcych również, jest czymś co jest bardzo potrzebne osobie podejmującej wyzwanie sportowe. Mówię o tym z przekonaniem, bo sama wielokrotnie doświadczyłam cudownego wsparcia, którego bym się nie spodziewała i nie wiedziałam, że da mi taką motywację, radość i satysfakcję z tego co robię.
    Brawo, naprawdę się wzruszyłam,
    I dziękuję za wspomnienie 🙂

    • Dziękuję 🙂 Ja sobie sprawy nie zdawałem z tego jak doping jest ważny, dopóki sam nie przebiegałem linii mety. Ostatnie metry odbyły się we wtórze krzyków, gwizdów i oklasków. Nagle eksplodował we mnie granat i uniosłem się kilka centymetrów ponad bieżnię! To było wspaniałe. W Warszawie byłem nieco jeszcze skrępowany, ale następny bieg będzie dudnił od mojego skandowania! To wspaniała sprawa. Aura wspólnoty i jednego celu 🙂 Dziękuję za przepis na ciastka. Niebawem napiszę co przerobiłem 😀

      • Chętnie przeczytam. Pozdrawiam.

  • Popłakałam sie.

    Kocham Was <3

    • Dziękuję Aniu! W końcu to wszystko dzięki Tobie 😀 :*

  • Wspaniale, że jesteś takim wsparciem. 🙂 Ja póki co też tylko dopinguję mojemu mężowi, ale kto wie, kto wie…może kiedyś razem pobiegniemy. 🙂

    • Dziękuję 🙂 Gdyby nie ona nie miałbym komu kibicować 😀 Witaj w gronie dopingaczy 😀 Do tego dnia myślałem, ze doping to taka ściema dla efektu. Krzyki, gwizdy i butelki. Okazuje się, że dla najbliższych taki doping jest najważniejszy. bez butelek oczywiście 😀 Także Dagmaro! Niebiaegający, ale obecni bliscy są największym motywatorem podczas najtrudniejszych chwil 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Ja myślę, że tu chodzi o coś więcej niż doping dla biegaczki. Tu chodzi o wsparcie dla bliskiego człowieka. Bezcenne!

    • Tak. To prawda. Ten rodzaj bliskości jest dla nas czymś zupełnie nowym. Przez lata żyliśmy tylko obok siebie, wierząc że kiedyś będzie lepiej. To kiedyś jest dziś. Nasze szczęście zaczęło się ucieleśniać, gdy przestaliśmy się skupiać tylko na sobie a zaczęliśmy razem na czymś innym. Podobno wspólna miłość do czegoś najbardziej spaja związek 😀 Dziękuję i pozdrawiam!

  • marzena

    No no jestem naprawdę pod wrażeniem 🙂 gratuluję i podziwiam 🙂

    • Dziękuję 🙂 Bardzo mi miło! Pozdrawiam serdecznie!

  • Cudownie to opisałeś:) Twoja żona ma wielki Skarb, cudownie, że Ty również;))

    • Dziękuję Justyno i przesyłam Ci wielkie ciepłe pełne wdzięczności serducho od nas!!! <3 Pozdrawiamy!

  • Rola kibica jest moim zdaniem bardzo ciężka- bo przeżywasz jak uczestnik, motywujesz, wspierasz, jesteś na 100% i nie możesz zwątpić- przecież liczy na Ciebie. No a po wszystkim endorfin nie ma..biegacz je ma ale nie Ty..ehh, ciężko. Ale jaka to jest ważna rola! Ja podziwiam Ciebie i Ewę! Ciebie za tą miłość i bezwarunkowe wsparcie, Ewę- za odwagę i za osiągniecie celu. Jakbym mi ktoś rzucił pomysł o półmaratonie- powiedziałabym że go „Pojebało” i koniec tematu ;).
    ps. Armit uwielbiam! 😀

    • To kiedy biegniemy? 😛

      • Czerwiec bieg nocny na 10km? 😀

        • Hahaha. I po co ja z Tobą zadzieram? 😀

          • Czyli jesteśmy umówione? 😀

          • Tak. Na 2017 rok. 😀

          • Nie ze mną te numery! 😀

          • Propozycja Artura jest bardziej realna, bo więcej czasu na przygotowanie. Ale z drugiej strony Warszawa bliżej. Ale czerwiec? 10km? Czerwiec jest zaraz, już. Ty jesteś wariatka. 😛 Ale za to Cię lubię. 😀

          • No coś Ty- kupa czasu do czerwca! Zawsze można pospacerować 😀
            ps. A co Artek zaproponował bo jakoś mi umknęło? 😉

          • Jarocin we wrześniu. 🙂 I zobacz jak pięknie to napisał, tu w komentarzu poniżej. 😀
            Dziękuję Arturze, Twój opisowy komentarz pobudza moją wyobraźnię. 😀 Widzę jak razem wbiegamy dumnie na metę, a za nami ekipa sprzątająca ze szczotkami i mopami. 😀 Wszystko w zwolnionym tempie z odpowiednią muzyką podkreślającą wagę naszego zwycięstwa. 😀 Te wciągnięte brzuchy, piersi do przodu i dumnie podniesione głowy, oczywiście z wielkim bananem na twarzy. 😀 Tak wielkim jak ja mam teraz. :-D:-D:-D Piękny to widok. 😀

          • Wchodzę w to! 😀
            ps. Daleko ten Jarocin? 😉

          • Prawie 300 km od Warszawy. 🙂

          • Ale zaledwie 150 od Łodzi 😛

          • To w Łodzi zrobimy międzylądowanie. 😀

          • Deal! 😀

          • dammit! no to ja nie wiem, nie można czegoś na miejscu? 😛

          • Poszukaj co tam ciekawego się organizuje w Warszawce latem to się zjedziemy. Spać gdzie mamy także z nami nie ma problema 😛

          • Tak jest! 😀

      • Basiu! Agniesiu! Jarocin! 11/9/2016 Ja mam zamiar startować na dychę. Ewa półmaraton. Pomożecie? Obawiam się, że zamknę klasyfikacje patrząc na czasy z poprzedniego roku, a w trójkę będzie nam raźniej wbiec tuz przed ekipa sprzątającą! Z dumnie podniesionymi głowami, wciągniętymi brzuchami i wypiętymi piersiami! 😀

        • Bardzo kusząca propozycja. 😀

        • heheh!! jestem ZA!! 😀 Ostatni będą pierwszymi 😀

    • Armit <3 🙂

  • Kat

    Serdeczne gratulacje dla żony za to wielkie dokonanie jak rownież za tak wiernego kibica jakiego w Tobie ma! No i oczywiście gratulacje dla Ciebie! Ja dopiero zaczynam swoją przygodę z bieganiem, ale moim marzeniem jest przebiegniecie jakiegoś maratonu…..chociaż wiem ze przede mną jeszcze długa droga 🙂 Pozdrawiam!

    • Dziękuję za uznanie! Bardzo mi miło 🙂 Gratulację zonie przekazane 😀 Życzę Ci przede wszystkim radości z biegania! Nic tak bardzo nie motywuje jak niesłabnący zachwyt nad każdym pokonywanym kilometrem. Wtedy ani dystans ani czas nie mają znaczenia. 🙂 Pozdrawiam serdecznie!