Pokolenie Wegeta.

12552353_1054363591281520_1297636391_n

Nie pamiętam czasów przed pojawieniem się wegety. Nie pamiętam jak wtedy smakował rosół, kalafiorowa, kotlety mielone, schabowy. Cud, że pamiętam jak smakowały słodycze i surówki. Wegeta, jak wirus, zaatakowała nasz domowy system żywieniowy i zdominowała moje rozwijające się kubki smakowe. Dziś trudno mi szczerze przyznać się do tego, że nie brakuje mi smaku tej mieszanki.

Wegeta była przełomowym odkryciem w naszej domowej kuchni. Żółtawy, bardzo aromatyczny proszek był genialnym dodatkiem. Wystarczyła szczypta, by każde znane nam wtedy danie stało się jeszcze bardziej smaczne, jeszcze ładniej pachniało, było nawet nieco ładniejsze. Wszyscy się nią zachwyciliśmy. Prawda jest taka, że po wielu latach jej stosowania z mojej pamięci zostały niemalże całkowicie wymazane smaki wielu potraw. Zastąpione zostały przez bardziej intensywne wersje siebie samych.

Pierwsza wegeta pojawiła się w naszym domu w połowie lat osiemdziesiątych. Przywiózł ją z Węgier mój tata, który w tym okresie często kursował na trasie Warszawa-Budapeszt. Owocem tych podróży były walizki wypchane różnymi egzotycznymi, wtedy dla nas, rarytasami. Z tego co przywoził w mojej pamięci utkwiły czekolady Africana, pokryte słodką polewą prażone orzeszki arachidowe, zwane kamyczkami, cudownie pachnące szampony Gabi, kolorowe gumy do żucia kulki i wegety. Pakowane w biało-czerwone torebki lub słoiczki z postacią rubasznego kucharza. Czas z żadną z tych rzeczy nie obszedł się łaskawie. Poza wegetą. Została i pomimo upływu czasu nadal zajmuje wysokie lokaty w mojej świadomości i pamięci smakowej.

Zadaję sobie czasami pytanie co tak naprawdę było przyczyną tak ogromnego sukcesu tej mieszanki? Aby uzyskać odpowiedź na to pytanie należy przyjrzeć się jej składowi. Jest on, ujmując rzecz delikatnie, pospolity. Nie ma w nim niczego, co wskazywałby na przyczynę jej uniwersalności i popularności. W jej skład wchodzi: sól, suszone warzywa (marchew, pasternak, cebula, seler, pietruszka), cukier, skrobia. Nie jest to oczywiście receptura, ale przybliżony skład. Jak widać nie ma w niej nic intrygującego, poruszającego czy wywołującego zdumienie. Nie jest jak curry, garam masala, czy mieszanka do gyrosa zestawem starannie dobranych i wyselekcjonowanych ziół i przypraw. Jest nader niewyjątkowa. Przypomina raczej sproszkowaną bezmięsną zupę warzywną niż mieszankę przypraw. I w tym, moim zdaniem, tkwi jej wyjątkowość. W odróżnieniu bowiem od egzotycznych mieszanek rodem z dalekiego wschodu, jest idealnie skomponowanym zestawem elementów, który odpowiada gustowi kulinarnemu mojej rodziny. Poprzez swój skład doskonale komponuje się z ogromną ilością potraw, nie wpływając tak naprawdę na zmianę ich smaku czy zapachu. Tak jak pisałem pogłębia, wydobywa, poprawia i, co bardzo istotne, nic więcej.

Wegeta już nie króluje w naszym domu. Jej panowanie dobiegło końca i pomimo wielu dobrych wspomnień, jakie po sobie zostawiła, posiada obecnie status persona non grata. Przyczyn tego stanu rzeczy należy poszukać znów w składzie tej mieszanki. Ten, który podałem powyżej nie wzbudza żadnych podejrzeń. Jest godnym zaufania zestawem, nie budzących grozy składników, które bez trudu można znaleźć w każdej niemalże kuchni. Dreszcz zgrozy wzbudza pogłębiona analiza jej składu. Produkowana przemysłowo, na ogromna skalę, mieszanka nie składa się bowiem tylko ze zdrowych i powszechnie dostępnych składników. Zawiera w sobie to coś, co sprawiło, że wegeta ostatecznie zniknęła z mojego jadłospisu. To ni miej ni więcej, tylko glutaminian sodu. Jeden z tych związków chemicznych, które jak syrop glukozowo-fruktozowy, czy dwutlenek siarki zgwałciły żywność dwudziestego wieku.

Nie wiem czy wegeta była kiedykolwiek wyrabiana domowym sposobem. W internecie można znaleźć informacje, że produkuje się ją od końca lat pięćdziesiątych. Biorąc pod uwagę fakt, że glutaminian sodu uzyskano prawie pół wieku wcześniej (W 1908 roku japoński uczony prof. Kikunae Ikeda wyizolował (…) kwas glutaminowy. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Glutaminian_sodu)), należy domniemywać, że od początku produkowano ją właśnie z dodatkiem tego dopalacza. Być może od początku była więc produkowana masowo, na przemysłową skalę. Jednakże, biorąc pod uwagę pozostałe jej składniki, można z powodzeniem, w bardzo łatwy sposób opracować recepturę na domowy wyrób tej mieszanki. Internet pęka oczywiście w szwach od przepisów na wegetę. Różnią się one detalami, ale w jednym są identyczne. Żaden nie zawiera glutaminianu sodu.

Przykładowy przepis na domową wegetę:

marchew
pietruszka korzeń
seler korzeń
cebula
por
papryka czerwona
czosnek
pęczek lubczyku lub gotowy lubczyk suszony z torebki
natka pietruszki i koperku
sól himalajska
ziele angielskie
liść laurowy
kurkuma
pieprz czarny
czarnuszka
estragon

Warzywa obrać i oczyścić. Marchew, pietruszkę, selera i czosnek pokroić w cienkie plastry. Pora w talarki, cebulę w pióra, paprykę w kostkę. Zioła wypłukać i po osuszeniu odciąć od łodyżek. Wszystko układać na suszarce do warzyw i co jakiś czas przekładając i mieszając trzymać aż staną się suche i sztywne. Można skorzystać z piekarnika, na blasze ułożyć papier do pieczenia i na nim suszyć w temperaturze około 65-70 st.C przez kilka godzin. Po wysuszeniu wszystkie składniki razem dokładnie rozdrobnić blenderem. Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku, najlepiej szklanym.

Przepis znalazłem na blogu Iza Tu Gotuje we wpisie Domowa przyprawa typu vegeta.

Czy taka mieszaka jest tak samo smaczna? Czy wywołuje ten sam efekt co oryginalny wyrób chorwackiego producenta? Wegety robionej według tego przepisu nie jadłem. Jadłem  inną robioną domowym sposobem. Tamta nie była nawet w części tak skuteczna jak produkowana fabrycznie. Była dobra, ale poprzez brak glutaminianu sodu, pozbawiona była charakterystycznej dla siebie nadmiernej koncentracji doznań smakowych.

Najdziwniejsze jest to, że wegeta nigdy mi się nie przejadła. Pomimo świadomości składu, podejrzeń o szkodliwość i ewidentnego wpływu na mój gust kulinarny. Oczywiście dosypywanie zbyt dużej ilości wegety kończyło się morderstwem potrawy, ale stosowna z umiarem broiła się sama do samego końca. I choć trudno mi to przyznać broni się do dziś. Pomimo tego, że nie stosuję jej w swojej kuchni, nadal mam w pamięci wyjątkowo wyraziste rosoły, kapusty, mielone, gulasze, pieczone kurczaki, fasolki po bretońsku. Nadal przyłapuję się na tym, że walczę z chęcią dosypania jej do przygotowywanej potrawy. Aż do ostatniego momentu, aż do chwili gdy zakończę gotowanie powstrzymuję się od pragnienia podrasowania potrawy wzmacniaczem smaku i zapachu w postaci sproszkowanego nośnika glutaminianu sodu, który nie bez powodu (…) znany jest na Wschodzie jako Aji-no-moto (czyli „istota smaku”) (https://pl.wikipedia.org/wiki/Glutaminian_sodu).

Świadomie stosuję fonetyczną pisownię nazwy tej mieszanki. W świadomości mojej i moich bliskich wegeta to nie tylko nazwa konkretnego produktu, konkretnej firmy. Nazwę tą stosujemy w odniesieniu do wielu tego typu mieszanek, produkowanych przez różne firmy. Tak jak nazwę popularnych butów sportowych czy pieluch jednorazowych do wielu podobnych produktów różnych producentów.