Po Zbóju.

Czułem niemały niesmak po falstarcie z bryndzowymi haluszkami. Niby nie powinienem się przejmować. W końcu to tylko potrawa, która tylko mi nie smakuje. Nie mogłem przejść nad tym do porządku dziennego. Nie umiałem. Nie chciałem. Temat należało zamknąć jednym radykalnym posunięciem. Potrawą, która niczym miecz Aleksandra, rozwiąże ten problem.

Wiadomo, że na dobre wrażenie trudno zapracować, a złe na długo pozostaje w pamięci. Tyle czasu czekałem na bryndzowe haluszki, że nie wziąłem pod uwagę tego, że mogą mi nie smakować. Tekst na ich temat miałem gotowy zanim jeszcze powstał. Gotowy miałem też plan ich wielokrotnego robienia. Plan na samodzielne wykonanie poszczególnych półproduktów. Wszystko w teorii wyglądało znakomicie. Wszystko poza smakiem. Takiego scenariusza nie przewidziałem i nie byłem na niego blogowo przygotowany.

W poszukiwaniu alternatywy, która wymaże tamto nietrafione wspomnienie, postanowiłem sięgnąć do rodzimych źródeł. Kuchnia słowacka, jakkolwiek zapewne bogata i różnorodna, nie wzbudziła we mnie najmniejszego zainteresowania. W menu żadnej słowackiej restauracji nie natrafiłem na potrawę, która pobudziłaby we mnie pragnienie sięgnięcia po przepis. Za to w polskich dużo. Nawet za dużo. Dlatego wahając się nad wyborem, sięgnąłem w konsekwencji do potrawy, której nigdy wcześniej nie jadłem. Aż wstyd przyznać, ale i taka się znalazła.

Placek po zbójnicku – znajoma nazwa kompletnie nieznanej mi potrawy. Nasłuchałem się o niej, naoglądałem, naczytałem przepisów, ale nie najadłem. Teoretycznie byłem jej wielkim fanem. Gęsty, aromatyczny, mięsny gulasz, zawinięty w placek ziemniaczany, skropiony kleksem z kwaśnej śmietany i przyprószony poszatkowaną natką pietruszki. Do tego scenografia oparta na strzelistych szczytach i przepastnych lasach iglastych, zapach drewna i dymu wydobywającego się z kominka, śpiewna mowa rdzennych górali. Teoretycznie nie było się do czego przyczepić.

Zbyt dobrze jednak pamiętałem rozczarowanie słowackim dobrem narodowym, nie zabierałem więc głosu zanim na moim talerzu nie znalazł się świeżo przygotowany placek. Nie ryzykowałem też wizyty w restauracji. Zbyt dobrze pamiętam nie tylko smak, ale również cenę haluszek. Jakkolwiek akceptowalną, to biorąc pod uwagę czego dotyczyła, to za wysoką. Jak prawdziwy mężczyzna zgłodniałem na mieście, ale apetyt zaspokoiłem w domu. Mój pierwszy placek po zbójnicku zrobiłem z żoną.

A na podstawie jakiego przepisu? Ano byle jakiego. Pierwszego lepszego. Po zbóju! Dlaczego? Dlatego, że doskonały przepis na placek po zbójnicku można zamknąć dosłownie w kilku słowach: usmażyć placki ziemniaczane, zrobić gulasz, zawinąć gulasz w placki. Nie szukałem więc nigdzie. Zrobiłem najprostszy gulasz jaki znam, zona zrobiła placki takie jakie lubimy i już.

Przepis, z którego skorzystałem:

Gulasz:
1 kg wieprzowiny gulaszowej
2 średnie cebule
1 listek laurowy
szklanka wrzącej wody
3 łyżki mąki pszennej
zimna woda do rozrobienia mąki
sól, pieprz do smaku
olej do smażenia

Mięso pokroić w kostkę. Cebulę pokroić w piórka lub kostkę. Na patelni rozgrzać olej. Wieprzowinę smażyć porcjami, soląc ja dokładnie, tak by się zarumieniła. Podsmażoną wieprzowinę przełożyć do większego naczynia. Dodać cebulę, dokładnie wymieszać, zalać wrzątkiem, dodać liść laurowy, posolić, popieprzyć i dusić na wolnym ogniu przez 1,5 godziny. Pod koniec dodać mąkę rozrobioną z odrobiną zimnej wody. Zagotować do zgęstnienia sosu.

Placki ziemniaczane:

1 kg ziemniaków
1 cebula
2 jajka
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka maki ziemniaczanej
pieprz, sól do smaku

Ziemniaki oraz cebulę obrać i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Dodać mąki, jajko, sól i pieprz. Dokładnie wymieszać. Smażyć z obu stron na rozgrzanym oleju. Placki można smażyć dowolnej wielkości. Najlepiej jednak nieco większe. Jeżeli ziemniaki są zbyt wodniste, należy dodać więcej mąki pszennej.

Dekoracja:
kwaśna śmietana
posiekana natka pietruszki

Placek ziemniaczany położyć na talerzu. Na jego połowę wyłożyć porcję gulaszu. Przykryć drugą połową. Całość polać kleksem śmietany i posypać natką pietruszki. Można też oczywiście zrobić małe placki i podać kilka na talerz, częściowo przykrywając je gulaszem.

Trudno w zasadzie napisać cokolwiek na temat tej potrawy. Smak, zapach, konsystencja, jej detale zawierają się we wszystkim co o niej napisałem kilka akapitów wyżej. Wystarczy wymienić elementy z jakich się składa. W tych kilku prostych słowach drzemie cała siła smaku i aromatu placków po zbójnicku. Można się nimi delektować niczym arcydziełem niemieckiej poezji okresu burz i naporu.

Gęsty, aromatyczny, mięsny gulasz,
zawinięty w placek ziemniaczany,
skropiony kleksem z kwaśnej śmietany
i przyprószony pietruszki natką. Poszatkowaną.

Goethe by się nie wstydził.

Jak wspomniałem, powyższy przepis nie jest jedynym możliwym. Placki po zbójnicku są potrawą, która aż prosi się o modyfikację. Jej natura sprawia, iż jej ostateczny kształt i smak zależy tylko i wyłącznie od wyobraźni gotującego. I choć placki same w sobie nie pozwalają na zbyt wiele, ale gulasz daje nieskończone wręcz możliwości. Jak widać na zdjęciu, można na przykład nie dodać śmietany.

Wystarczy tylko wspomnieć dwie znane mi oficjalne odmiany tych placków: placek po węgiersku, placek po cygańsku. Do zwykłego, prostego gulaszu, który sam robię, wystarczy dodać cokolwiek, by stworzyć zupełnie nową potrawę. Wystarczy zamienić mięsa. Wystarczy bardziej bogato je przyprawić. Wystarczy nie dodać cebuli. Wystarczy uruchomić wyobraźnię smakową.

Placki po zbójnicku, jak wszystkie potrawy, których rodowód sięga strzech, muszą być przede wszystkim pożywne. Proste, robione z dostępnych składników, bez użycia specjalistycznego sprzętu. Nie dziwi więc różnorodność ich odmian. W zasadzie przepisów jest tyle ile gospodyń. Nawet ten, który podałem jest tylko i wyłącznie moją wersją i gdyby nie to, że jestem jego autorem to pewnie bym się go w ogóle nie trzymał.

Pomimo tego, że placki po zbójnicku jednoznacznie kojarzą mi się z kuchnią góralską mogą być potrawą wykwintną i zaskakującą. Są doskonałym punktem wyjścia do kulinarnych zabaw. Nawet tych najbardziej pikantnych. Czy cokolwiek stoi bowiem na przeszkodzie, by placki ziemniaczane nafaszerować na przykład chilli con carne? Na pewno nie jest to niewielka siekierka, muskularny tors i srogie spojrzenie, którego konsekwencją jest pusta sakiewka. Zbójników już nie ma. Placki zostały.

  • Michał Woroniecki

    Ja znałem tą potrawę pod nazwą placek po cygańsku i jestem jego wielkim fanem :))

    • Witaj w klubie Wielkich Fanów! Mógłbym jeść codziennie 🙂

  • Prosto od Rumcajsa, az slinka pociekla mi do buzi…. Taki troche swojski, po slowacku, ale klimaty slowianskie: smietana i natka pietruszki…. Pysznosci, ale i lekki zamach na linie… hm… Pozdrawiam serdecznie Beata

    • Nic bardziej mylnego. To nie zamach na linię, to uzupełnienie węglowodanów 😛 Dziękuję i pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

  • Mi ta potrawa zdecydowanie kojarzy się z dzieciństwem. Placek po zbójnicku pojawiał się na naszym stole regularnie. Teraz czasami nachodzi mnie ochota, by go zamówić w bufecie w pracy, ale to już nie ta jakość, co domowe jedzenie!

    • Zdecydowanie nie wolno zamawiać w bufecie! Wyobraź sobie te odgrzewane placki ziemniaczane i gulasz z kostki rosołowej 😛 Oczywiście wszystko zależy od bufetu, ale co prawda, to prawda: nie ma jak domowe jedzenie 🙂 Pozdrawiam!