Po Prostu Chałwa.

IMG_0844

Ostatnie moje próby odnalezienia ideału zakończyły się koniecznością podejmowania dalszych prób. Nie osiągnąłem sukcesu. Daleko mi jeszcze do niego. Ale jednocześnie nie poniosłem porażki. Podczas poszukiwań znalazłem bowiem coś, co niemalże w pełni mój ideał uosabia. Coś, co spełnia moje wymagania i ambicje. Coś, co cały czas leżało niemalże pod moim nosem. Coś znanego, nie tylko mi, od… wieków.

W poprzednim poście, Daktylowe Love, opisałem moje dążenia do odnalezienia sposobu na wykonanie idealnego batonika. Produktu, który spełniałby moje oczekiwania, zaspokajając potrzebę kontaktu ze słodyczami. Założyłem wtedy, że muszę wykonać słodki batonik w oparciu o trzy warunki: składników nie może być więcej niż trzy, nie może być wśród nich produktów powszechnie uznanych za szkodliwe lub przynajmniej niezdrowe, proces ich produkcji musi odbywać się bez ostatecznej obróbki termicznej. Wszystkie trzy założenia okazały się doskonałym punktem wyjścia do praktycznie niekończących się poszukiwań. Ich pierwsze efekty opisałem w tekście. Jednakże już na etapie zdobywania informacji natrafiłem na produkt, który nie tylko spełniał wszystkie te wymagania, ale jeszcze bardziej je zaostrzał i podnosił poprzeczkę. Tym czymś, produktem niemalże idealnym, bogatym źródłem wartościowych składników odżywczych, produktem znanym pod różnymi postaciami w wielu krajach na całym świecie, produkowanym znanym od pokoleń okazała się… chałwa. Po prostu chałwa.

Na żadnym etapie moich poszukiwań nie brałem chałwy w ogóle pod uwagę. Znany mi od dzieciństwa w postaci batoników, bloków, zwijany w papier, pakowany w puszki, plastikowe pudełka, kartoniki, opakowania z tworzywa sztucznego, folię aluminiową, kruchy i aromatyczny wyrób od lat jest przeze mnie systematycznie omijany. Ostatnio jadam go rzadko. Podczas gdy mały, kilkuletni Arturek aż drżał z radości na myśl o wizycie u babci moich ciotecznych braci, która pracowała w latach osiemdziesiątych w fabryce Wedla w Warszawie, dorosły już Artur drży z obrzydzenia na samą myśl o zjedzeniu więcej niż kilku gramów chałwy. Sam produkt nadal przyciąga mnie smakiem, ale odstrasza składem. Jest jak dla mnie rasowym, przepełnionym cukrami złożonymi i tłuszczem, wyrobem cukierniczym. Nie tak, jak dawniej, wyczekanym i upragnionym smakołykiem.

Ale przecież chałwa nie zawsze taka była. Chałwa, produkowana przez gospodynie domowe w irańskich, tureckich, rosyjskich, greckich czy bałkańskich domach nie mogła zwierać syropu glukozowo-fruktozowego, utwardzonego oleju palmowego, emulgatorów czy aromatów. Musiała składać się z najprostszych, ogólnie dostępnych składników oraz wykonana być metodami dostępnymi dla przeciętnej rodziny. Tak, jak większość wyrobów, których historia sięga okresu przed wybuchem rewolucji przemysłowej. Taką właśnie wersją chałwy się zainteresowałem. Prostą, zdrową, wykonaną w domu, przeze mnie, z tego co mam pod ręką lub z tego co mogę bez trudu dokupić. Taką, która pobudzi we mnie wspomnienia z dzieciństwa i wymaże z pamięci doświadczenia dorosłości. Taką, którą będę chciał zjadać z radością i wykorzystywać jako alternatywę dla słodyczy oraz element posiłku regeneracyjnego.

Przepis, z którego skorzystałem:

​200 g sezamu łuskanego
3 łyżki miodu

Sezam uprażyć na suchej, rozgrzanej patelni. Należy co chwilę mieszać, aby się nie przypalił. Jeśli tak się stanie chałwa będzie gorzka.  Uprażony sezam przesypać do blendera lub młynka do kawy i zmiksować na pył, który będzie miał kleistą konsystencję. Następnie wlać miód i ponownie zmiksować lub bardzo dokładnie wymieszać. Z utworzonej masy można formować batony, bloki lub przełożyć ja do dowolnej foremki. Luźne batony lub bloki zawinąć w folię spożywczą i wstawić do lodówki. Chałwa jest gotowa po około dwóch godzinach. Aby ostateczny produkt był mniej gęsty, bardzie luźny, można dodać do niego jeszcze łyżkę lub dwie miodu.

Przepis znalazłem na blogu Nie pieprz. Blog kulinarny. w poście Chałwa Domowa.

Efekt przerósł wszelkie moje oczekiwania. Sukces wyczuwałem już podczas prażenia sezamu. Nad patelnią unosił się jego charakterystyczny aromat. Kuchnię wypełnił zapach, który pogłębił się podczas mielenia ziaren. Zapach, który rozniósł się po całym mieszkaniu, przykuwając uwagę pozostałych domowników. Dodanie miodu i wymieszanie masy wzmocniło tylko moje poczucie spełnienia. Już pierwsze bowiem próby przypieczętowały pełen sukces. Nie mogę napisać, że eksperyment się powiódł. Przede wszystkim dlatego, że nie był to eksperyment, a poza tym nie tylko się powiódł. Gdy po dwóch godzinach pierwszy raz zajrzałem do lodówki i gdy odkroiłem pierwszy plasterek, wiedziałem już, że osiągnąłem swój ideał. Chałwa wyszła wspaniała. Wyśmienita. Wręcz doskonała. Nie różniła się niczym od znanego mi z dzieciństwa prezentu od babci mojego ciotecznego rodzeństwa. Nie różniła się niczym od tego, co nazywa się chałwą. Miała w sobie to wszystko, co chałwa mieć powinna. Smak, zapach, konsystencję. To, co właśnie zrobiłem nie było produktem przypominającym chałwę. Blok, który po kolejnych kilku godzinach wyjąłem z lodówki był pełnowartościową chałwą.

To nie koniec przygód z chałwą. To nie koniec przygód z batonikami i słodyczami, które nie zawierają cukrów złożonych, utwardzonego tłuszczu, emulgatorów, spulchniaczy i innych dodatków. To dopiero początek. Już teraz wiem, że znalezienie mojego idealnego rozwiązania nie oznacza końca poszukiwań. Powszechnie wiadomo, że każda przyjemność w nadmiarze szkodzi. Każdy smak kiedyś powszednieje, a aromat staje się drażniący. Już teraz wiem, że chałwę będę robił często i wiem, że będę sięgał do innych znanych sposobów jej przygotowywania. Sięgnę po inne surowce, wzbogacę ją różnymi dodatkami. Niebawem w mojej kuchni zagości chałwa słonecznikowa, arachidowa, z dodatkiem wanilii, pistacji, orzechów włoskich, kakao. Wszystkiego tego, co przez wieki wymyślono by tego ideału nie utracić. By po kolejnych eksperymentach z radością i tęsknotą wrócić do pierwotnego smaku chałwy. Zapisanego głęboko w pamięci kubków smakowych, ukrytego w głębi okrągłej, metalowej puszki.

Jedyną rzeczą, do której muszę się przyznać jest kwestia dokładności zmielenia ziaren. W obawie przed spaleniem blendera nie zrobiłem tego w takim stopniu, w jakim powinienem. Zawiodła mnie też nieco moja cierpliwość. Ponaglany wewnętrznym przymusem mieliłem zbyt duże porcje, w efekcie czego nie uzyskałem idealnej konsystencji. Uprażone wcześniej ziarna sezamu wcale jednak nie przeszkadzają podczas jedzenia. Być może to właśnie dzięki nim chałwa nie jest za słodka.

  • Jak Ty to pięknie ujmujesz w słowa. Sztuką jest coś dobrego w kuchni zrobić. Czasem odda się swoje serce a efekt jest mizerny. A tu i zrobiłeś to, co chciałeś, a jeszcze to cudownie opisałeś. Do tego mam dziwne przeczucie, że właśnie to będzie następny produkt, który spróbuję wykonać. Choć martwi mnie to mielenie – zawsze boję się „efektu orzechowego” – kiedyś tak się wziąłem za mielenie orzechów „na pył” że mi z tego chyba olej orzechowy się zrobił 😉 Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Dziękuję! Bardzo mi miło i bardzo się cieszę, że podoba CI się ten tekst. 🙂 To naprawdę miłe. A co do mielenia to nie wiem czy jak w tym wypadku wyjdzie bardziej niż mniej oleiste to źle. W przepisie jest kleisty pył. To trochę niefortunne określenie, fakt. Myślę, że raczej chodzi o miazgę. Jak będę drugi raz robił to specjalnie „przegnę”. Zobaczę co wyjdzie 😀 Pozdrawiam również bardzo serdecznie!

  • Wow, ale z Ciebie arcymistrz prozy kulinarnej. Jestem pod wrażeniem, jak zawsze zresztą. Niby przepis na prostą chałwę, ale Ty wnosisz do niego serce i inteligencję;)

    • Dziękuję! Serce mi drży ze wzruszenia 🙂 Bardzo Ci dziękuję. Dla Twoich komentarzy warto pisać 😀

  • nigdy nie byłam wielką fanką chałwy, ale też nigdy nie próbowałam tej domowej. chyba czas spróbować! Bo ta brzmi pysznie:)

    • Jest pyszna, ale tak pyszna jak każda chałwa. W smaku nie odbiega od sklepowej. Różni się przede wszystkim składem. To jej nadrzędny atut. Pozdrawiam serdecznie!

  • Super! Jak dla mnie chałwa to smak dzieciństwa 🙂 Najbardziej kojarzy mi się z Tatą, który je ją na potęgę. Z resztą każdy o tym wie i dostaje ją jako dodatkowy prezent na każdą okazję 😀

    • Wspaniała tradycja 😀 Możesz tacie wspaniały prezent zatem zrobić 🙂 Jestem ciekaw jak wytrawny znawca się do niej ustosunkuje 🙂 Jak zrobisz to daj koniecznie znać! Pozdrawiam serdecznie!

  • Bardzo lubię chałwę. Wczoraj kiedy robiłam zakupy w biedronce, chałwowe batoniki leżały przy kasie i wręcz prosiły, żeby je kupić. Uległam. I kiedy tak sobie w domu konsumowałam kawałeczek, bo tej kupnej dużo się zjeść nie da, pomyślałam – ciekawe czy chałwę da się zrobić w domu? Nie sprawdzałam, myśl uciekła. Wchodzę dziś na fejsa a u Ciebie przepis na chałwę. Niesamowite. 😀

    • Faktycznie 😀 Tak musiało widocznie być! 🙂 🙂 Czekam zatem na Twój wyrób i opinię 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      • Na mój wyrób? Przecież ja na bank przypalę sezam. 😛 😀

        • Fakt. Da się. Ale małymi porcjami trudniej 😀

        • Basia- dawaj! Ja też zrobię 😀 A że przyjaramy trochę sezam- no coż 😉

          • Przyjarany będzie gorzki. 😛 No ale spróbować można. 😀

          • Coś nas nie zabije to nas..otruje? 😀

  • Nie mogłabym tylko napisać o roli chałwy w moim życiu, bo jako dziecko nawet nie wiedziałam, co to jest. Zapamiętałam jako „coś tam paskudnego”, a że w domu nikt tego nie jadł (albo jadł, ale mnie nie katował), to – jak mówię – wspomnień brak. Obecnie lubię, recenzowałam (niestety nie za dobre), domowej nie jadłam nigdy. Interesuje mnie również wersja lniana.

    • Nasz synek też chałwy nie lubi. Wcale go do jedzenie tego „paskudztwa” nie zmuszam, ale jak spróbował tatowej i tez mu nie smakowała to… się ucieszyłem 😀 Znaczy, że moja chałwa smakuje jak chałwa 😀 A propos lnu to w pierwszym momencie wiesz co pomyślałem? Że to pomyłka 🙂 Pracuje również z ciuchami i len bliżej mi do bawełny niż do sezamu 😀 Pozdrawiam!

  • Prosty przepis – tak mi się wydaje. Kusi mnie, żeby ją zrobić. Moje spotkania z chałwami dotyczą chałw z Ukrainy, ale przyznam, że nie czytałam składu. Teraz się boję, co tam zjadłam kiedyś i czy nie świecę w nocy…

    • Hahaha 🙂 No tak. Po ukraińskich wyrobach można się jeszcze parę tysięcy lat efektów ubocznych spodziewać. Aczkolwiek byłem w Ukrainie dwa razy i nadal w nocy nie świecę. Za to strasznie podobno chrapię 🙂 To pewnie efekt kilku wizyt w Czechach 😀 Przepis jest prosty. Bajecznie prosty. Żadnych trudności nie zawiera. jedyna na co trzeba zwrócić uwagę to na szybkie uprażenie i cierpliwe mielenie. Musi wyjść pyszna 😀

  • Muszę w końcu zrobić! My robimy sól sezamową: uprażony sezam mieszamy z solą w proporcjach 10:1. Też jest fajna i praktyczna gdy unikamy nadmiaru soli. Słyszałam o takiej chałwie, ale jeszcze mi się nie zdarzyło jej robić. Właśnie mi przypomniałeś 🙂 Podobno w ten sposób można zrobić też chałwę ze słonecznika 🙂 Smacznego!

    • Dziękuję 🙂 Dokładnie tak samo można zrobić chałwę ze słonecznika i mam zamiar ją w najbliższy weekend wyprodukować 🙂 Nie nogę się też doczekać chałwy orzechowej i z kakao. Na pewno są pyszne 😀 A o soli nie słyszałem. Ciekawe rozwiązanie. Pozdrawiam serdecznie!

  • Artur- odczarowałeś dla mnie chałwę! Byłam pewna że to zło zakazane a jednak! I dzięki Tobie mam urodzinowy przysmak dla taty! I to jaki zdrowy!! 😀 Uwielbiam to z jaką pasją poszukujesz i o tym piszesz!! Nie mogę się doczekać dalszych wpisów :)).

    • Dziękuję 🙂 Jak zwykle jesteś niezawodna 😀 Tak na marginesie to ciekawe kiedy nasz wzajemny zachwyt swoimi wpisami przejdzie do porządku dziennego: Artur… no… już wiesz co.. 😀 Blogierka… no… jak zwykle… 😀 Mam nadzieję, że nigdy! Bardzo się cieszę na myśl o tym jaki prezent tacie zrobisz 🙂 Bardzo Ci dziękuję! To dla mnie wspaniała nagroda za moją pracę ) Pozdrawiam Was serdecznie! Twojego tatę w szczególności: Szanowny Pani Tato mojej ulubionej Blogierki, życzę Panu wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i smacznej chałwy 😀

      • Hehe!! Życzenia przekaże i zdradzę skad inspiracja! A z tym zachwytem- no qurcze coś w tym jest! Ale wiesz że to szczere w 100%. Obyśmy nigdy nie popadli w rutynę i spoczęli na laurach. A tak na poważnie- żebyśmy zostali sobą i już! 🙂

  • Drużyna Bloga

    Nawet nie wiedziałam, ze robię chałwę 🙂 od dawna prażę sezam lub słonecznik, mieszam z miodem i …. no właśnie. Podaję dziecku z tym kanapki 😉 jako, że nie dostaje słodyczy sklepowych takie kanapeczki zajada ze smakiem.

    • Super! Podziwiam Twoją wyobraźnię i pomysłowość 🙂 Jak widać wspaniale wyczuwasz to co rzeczywiście smaczne. Nie tylko zdrowe. A to wbrew pozorom nie zawsze idzie w parze 😀 Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • Ja nie przepadam za chałwą…ale moja mama ją uwielbia… czemu by dla niej nie zrobić 😀

    • Popieram! Sypnęło się tych prezentów dla tatów, a nikt o prezencie dla mamów! Bardzo Ci będę wdzięczny 🙂 Opinia Twojej mamy będzie dla mnie bezcenna 🙂 Pozdrawiam Was serdecznie!

  • Artur, za tę chałwę to ja Ci jestem wdzięczna już! A jak zrobię, na pewno będę bardziej! 🙂 Uwielbiam chałwę, ale właśnie – tę prawdziwą trudno teraz kupić. Trafiałam wcześniej na indyjskie wyroby chałwopodobne z kaszy manny, itp. Ale to była kasza z cukrem, z mnóstwem cukru. I jeszcze smakowało jak woda z cukrem. Ohyda! Za to ten przepis MUSI być dobry:) Nie wiem, czy zmielę sezam dokładnie… bo lubię, jak pęka pod naciskiem zębów:)

    • A ja Tobie dziękuję za komentarz 🙂 Zastanawiałem się nad zrobieniem wersji indyjskiej, ale właśnie zmieniłem zdanie 😀 Szkoda czasu. Sezam faktycznie bardzo przyjemnie chrupie i chyba mi się cos wydaje, że bez tego ta chałwa nie byłaby taka dobra 🙂 Daj proszę koniecznie znać jak zrobisz czy Ci smakowało. Pozdrawiam serdecznie!