Pieprzona Herbata.

Czasem, słuchając kogoś, czytając czyjś tekst, albo oglądając zdjęcia odczuwam złość. Rozrywa mnie cała paleta wszystkich odcieni właśnie złości. Czuję również pobudzenie i narastajcie pragnienie fizycznego kontaktu z przedmiotem rozmowy, tekstu, filmu lub fotografii. Pragnienie jest tak silne, że dominuje moje myślenie, wpływa na emocje. Pomimo narastającego zdenerwowania nie mogę. Nie chcę. Dopóki nie dojdę do końca.

Mam tu na myśli oczywiście myśli, emocje i wrażenia związane z pracą nad kolejnymi przepisami. Nie umiem do końca w pełni sensownie opisać tego procesu. To najprawdopodobniej wypadkowa doświadczenia, intuicji, potrzeb ciała i ducha. Nagły przebłysk, pojawiający się w chwili kontaktu z nowym inspirującym bodźcem. Proces, będący nie do zatrzymania. Nie umiem. Nie chcę go zatrzymywać. Coraz pełniej mu się poddaję, śledząc jedynie to, co się ze mną w takich chwilach dzieje. A dzieje się dużo.

Tego właśnie stanu doświadczyłem, czytając przepis na Yogi Tea. A raczej tekst na temat tej specyficznej herbaty lub raczej specyficznego napoju herbacianego. Pierwszy raz trafiłem na informacje o nim na blogu Ani Chojnowskiej Domologia Stosowana, we wpisie Herbata Yoga – Magia Jesieni Zaklęta w Filiżance. Początkowo ani jej nazwa, ani przepis, ani sama herbata nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania. W zasadzie każdy z tych elementów bardziej mnie odpychał niż wzmacniał magnetyzm.

Joga to wyraz, który wraz z wieloma innymi, drzemie w rupieciarni mojej pamięci jak dawno nieużywany mebel. Nie wywołuje żadnych emocji, żadnych silnych wspomnień, żadnego bólu. Poza jednym. Wspomnieniem bólu pleców i mięśni wszystkich kończyn. Kiedy przed kilkunastoma laty, zauroczony kilkoma przeczytanymi stronami z przestarzałej broszury, zaserwowałem sobie, o czwartej rano, serię nieudolnie wykonanych ćwiczeń. Nie przegapiłem okazji, by więcej tego błędu nie powtórzyć. Nie przepadam też za tematem duchowości w żywieniu. Łączenie elementów kulinarnych z filozofią wprawia mnie bardziej w osłupienie niż w zachwyt. Będąc pełen szacunku dla tych, posiadających wielowiekową tradycje koncepcji, na ten moment, mam wobec nich stosunek obojętny.

Elementem wpisu Ani, który nie poruszył również ani jednej struny w mojej wewnętrznej emocjonalnej filharmonii był przepis. Ania podaje jedynie wersję, wykonaną z gotowej, zakupionej mieszanki. Nie wspomina o możliwości wykonana jej samodzielnie. Nie jest to dla mnie oczywiście żadną przeszkodą. W większości wypadków staje się wręcz dodatkowym bodźcem, pcha mnie do szperania. W tym wypadku niestety jeszcze nie. Zwłaszcza, że skromy przepis Ani zawierał dwa elementy, które dodatkowo wzmocniły mój opór: mleko i miód. Słowa tabu, które niewiele znacząc samodzielnie z trzecim, kluczowym, odwracają o sto osiemdziesiąt stopni najmniejsze ślady mojego zainteresowania. Ty wyrazem jest oczywiście herbata. Wolę nie rozwijać tematu. Wolę oczywiście rozwinąć temat przepisu.

Co więc tak naprawdę poruszyło mnie we wpisie Ani? Co spowodowało, że nie wykasowałem go z historii przeglądarki? To było jedno kluczowe zdanie, które zmieniło wszystko: Doprowadź do wrzenia, a następnie gotuj na małym ogniu przez 40 minut. 40 minut! Zniknęły uprzedzenia i domysły. Poczułem jakby z oczu opadła mi woalka z mgły. Pojawiła się emocja która zadecydowała o moich kolejnych krokach. Jak szpila wbita w puch mojej obojętności, jak haust inkaustu wypluty w krystaliczną toń lazurowej wody: podrażnienie. Najsilniejszy, obok stresu, stymulator moich działań. Wiedziałem, że od tego momentu herbata nie da mi spokoju. Za chwilę pojawi się pragnienie, potem ciekawość, później niepokój i tak aż do momentu, zanurzenia ust w filiżance gorącego napoju.

Ostateczny przepis, ten z którego skorzystałem, znalazłem na stronach anglojęzycznych. Głównie amerykańskich, i indyjskiego pochodzenia. Szukaniem, zaspokajałem moje pragnienie kontaktu z tą herbatą. Mogłem sobie oczywiście pozwolić na pójście łatwiejszą drogą i zakupić gotową mieszankę. Nie byłbym jednak sobą. Nie umiem odbierać sobie przyjemności świadomego kontaktu z tak silnymi emocjami.

Oprócz przepisu znalazłem też istotną informację, o tym że herbata ma bardzo silny związek z jogą, ale jej nazwa już nieco mniej. Herbata nazywa się bowiem Yogi Tea, a nie jak myślałem Yoga Tea nie bez powodu. Człowiekiem, który według tradycji jest odpowiedzialny za jej powstanie jest indyjski mistyk, wielki mistrz jogi Harbhajan Singh Khalsa, zwany również jako Siri Singh Sahib lub po prostu Yogi Bhajan.

Przepis, z którego skorzystałem:

1-1 / 3 filiżanki wody
3 całe goździki
4 całe zielone strąki kardamonu, pęknięte
4 całe ziarna czarnego pieprzu
½ laska cynamonu
1 do 2 plasterki świeżego korzenia imbiru
¼ łyżeczki lub 1 mała torebka czarnej herbaty
½ filiżanki mleka

Doprowadzić wodę do wrzenia i dodać przyprawy. Przykryć i gotować 15 do 20 minut, a następnie dodać czarną herbatę. Odstawić na kilka minut i dodać mleko. Zagotować. Nie pozwolić, by wykipiało. Po osiągnięciu wrzenia, zdjąć z ognia. Słodzić miodem lub syropem klonowym.

Przyprawy można wykorzystać drugi raz, ale z mniejszą ilością wody.

Przepis znalazłem na stronie Hari Singh, w artykule pt. Yogi Tea by Yogi Bhajan.

Herbata przygotowana w ten sposób jest bardzo aromatyczna, niezwykle intensywna ale akceptowalna przez moje podniebienie. Podkreślam ten fakt, gdyż ilość i rozmach użytych przypraw początkowo mnie oszołomił. Intensywny zapach jaki wydziela się podczas gotowania również nie wpłynął kojąco na mój układ nerwowy. Za to gotowa herbata, jej nieagresywny ale bardzo wyrazisty charakter już tak. Według autora przepisu wpływu na to nie miał oczywiście każdy użyty w nim element. Były nim goździki. Skąd ta pewność? Z wiedzy, wielowiekowego doświadczenia i mądrości adeptów indyjskiej sztuki kulinarnej.

Goździki wspierają układ nerwowy.
Kardamon wspomaga pracę układu pokarmowego.
Ziarna pieprzu oczyszczają krew.
Cynamon wzmacnia kości i układ odpornościowy.
Imbir zwiększa energię, wzmacnia system odpornościowy.
Czarna herbata łączy przyprawy.
Mleko pomaga je przyswoić.

Yogi Tea by Yogi Bhajan

Smak i aromat Yogi Tea nie ma sobie równych. Nie umiem go zestawić z żadnym innym napojem, które na co dzień pojawiają się w moim jadłospisie. Przyprawy łączą się w procesie dosyć długiego gotowania, co powoduje że żadna z nich nie dominuje nad pozostałymi. Bogaty aromat zachęca do napicia się jej na długo przed zanim jest już gotowa. Całość, dzięki mleku, wygląda bardzo kusząco, a duża porcja miodu nie pozwala oderwać się od filiżanki, aż do ostatniej kropli napoju. Dzięki temu Yogi Tea jest bardzo sycąca. Doskonała zarówno na wieczorne wyciszenie po męczącym dniu, jak i jego dobry, pełen energii początek.

Początek, którego by nie było gdyby nie jedno kluczowe zdanie i wrodzona niestabilność układu nerwowego… Pieprzona herbata.

  • Czytając tekst, czułam boski aromat goździków i kardamonu… Z przepisu na pewno skorzystam:)))

    • Bardzo się cieszę! A podzielisz się wrażeniami? 🙂 Będę bardzo długo Ci za to dziękował 🙂 Pozdrawiam!

  • Kardamon kojarzy mi się wyłącznie Anią. Ona już wie dlaczego 😉

    • Kardamon wbrew pozorom nie dominuje w tej herbacie. Żadna z przypraw nie dominuje 😀 To jest w niej najciekawsze. Pozdrów Anię 😀 Dzięki za wizytę :*

  • Mmmm, przepis idealny, przypomina herbatę, którą piłam w Nepalu, masala chai. W chłodne wieczory często pijam herbatę z imbirem, goździkami, miodem i cytryną, a Twoje dodatki brzmią niezwykle aromatycznie. No ale czas parzenia, wow! Mam nadzieję, że cierpliwość popłaci i będę mieć takie same smakowe odczucia, jak Ty. 🙂

    • Dziękuję 🙂 O masala chai nic jeszcze nie wiem 🙂 Raz, gdzieś jakiś reportażyk tyko widziałem. Szykuje się nowy wnerw? Mam nadzieję! Cieszę się, że przepis Cię zainteresował. Jestem bardzo ciekawy Twojej opinii. Będę wdzięczny, jak się nią podzielisz 🙂 Pozdrawiam!

  • Można w sposób pełen emocji podać przepis na herbatę;).

    • Odp: można 😀 Wystarczy włożyć w jej zrobienie dużo serca i cierpliwości 😀 Reszta wyjdzie sama! 🙂 Pozdrawiam!

  • Anna Bogdan

    Zdaje się, że ten napój piłam w zeszłym roku w Niemczech. Dzięki za przypomnienie mi o nim i zaplanowanie najbliższego popołudnia 🙂

    • Ale ten świat pokręcony 🙂 Nie trzeba się ruszać z domu, żeby wypić herbatę z drugiego końca świata. To bardzo inspirujące. Prawda? Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam!

  • Wow, ależ ten wpis przemawia do mnie 🙂 W Indiach wszędzie piją taką aromatyczną herbatę z mlekiem, też tak długo ją gotują. Do tego bardzo dużo słodzą. Piłam wiele razy, ale jakoś w domu nie robiłam. Może pora spróbować:) dzięki!

    • Zdecydowanie pora! Zaraz zrobi się za ciepło i trzeba będzie pić ją zimną 😛 😀 Jestem ciekaw czy ten przepis jest choć trochę zbliżony do tego co piłaś w Indiach. Czekam na recenzję! Tylko bez litości proszę 😀

  • Chwytliwy tytuł! 😀

    • Hahahaha 😀 Uwielbiam przykuwać uwagę 😀 Dzięki i pozdrawiam!

  • Uwielbiam czytać tytuły Twoich postów:)

    • Dziękuję bardzo! Staram się jak mogę 😀 W końcu tytuł to podstawa!

  • Anna Szlosek

    Nigdy nie słyszałam o tej herbacie. Nigdy też nie widziałam, żeby ktoś tak pisał o jakiejkolwiek herbacie… super !:)

    • Dziękuję 🙂 To bardzo miłe słowa 😀 Herbata jest rzeczywiście wyjątkowa. Nie sposób o niej zapomnieć już po pierwszym łyku 😀 Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • ten tytuł! <3 😀