Piekło W Gębie.

Jesienią w naszym domu przybywa wiele przedmiotów. Owoców, warzyw. Wszystkiego tego czego przybywa na stoiskach. Tym razem nie było jak zwykle. Przedmioty nie zostały zakupione i przyniesione, ale same wyrosły! Normalnie. Na balkonie. W czerwonej doniczce. Takie małe. Zielone. Ostre jak chirurgiczny skalpel.

Historia ma swój początek jak zwykle znacznie wcześniej, ale nie jest tym razem specjalnie skomplikowana. W maju Ewa dostała w prezencie od naszych dobrych znajomych, Pauli i Jacka, doniczkę z ziemią. Pulchną, czarną, tłustą, życiodajną ziemią, z której wystawała łodyga z dwoma niewielkimi listkami. Zarówno łodyga, jak i urocze listki nic nam nie mówiły. Nie przypominały niczego co byśmy znali, albo może inaczej. Przypominały zbyt wiele. Nie zapowiadały też drzemiącej w tej roślince siły.

Z Paulą i Jackiem nie znamy się zbyt długo, ale zdążyliśmy się przekonać, że oprócz ogromnej serdeczności jaką wokół siebie roztaczają, obdarzeni są niezwykłym poczuciem humoru. Okazało się bowiem, że z filigranowej łodyżki miała wyrosnąć niebawem całkiem spora roślina o melodyjnej nazwie Capsicum annuum ‚Peter pepper’, czyli Papryfiutek. Skąd ta nazwa? Rosną na niej piękne, niezbyt duże papryczki, w kształcie niewielkiego penisa. Tak. Małe fallusiki, okazale prezentujące swoje wdzięki spomiędzy ładnych zielonych listków. Istne dzieło sztuki klasycznej. Tak też po kilku miesiącach się stało.

Ewa zaopiekowała się roślinką fachowo, odpowiednio ja nasłoneczniając, podlewając i nawożąc. Ona odwdzięczyła jej się wypuszczając niewielkie kwiatki, które z kolei opadły, by stworzyć miejsce dla papryczek. Paprykowe penisy nie tylko cieszyły wzrok, ale również wzbudzały nasz szczery zachwyt i brak chęci ich zmarnowania. W grę nie wchodziło pozostawienie ich, ku ozdobie, na krzaczku. Zerwanie i ususzenie w celach ozdobnych też wykraczało poza rejon naszych zainteresowań. Rozdanie nie przeszło nam nawet przez myśl. Największym problemem było to, że jedynym rozwiązaniem, jakie braliśmy pod uwagę była ich konsumpcja.

Problem oczywiście nie dotyczył rozstrzygnięcia tego, czy papryczki mają być zjedzone, ale jak. Moja żona ostrego raczej nie lubi, a ja wręcz odwrotnie. Pikantne fallusy przypadły mi od początku do gustu. Nie chciałem jednak ich tak po prostu dodać do jakiegoś dania. Było ich zbyt mało. Za mało, by zmarnować w sosie. Za mało by zmarnować w pieczeni. Za mało, by wysuszyć. Wystarczająco dużo, by zamarynować..

Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, to że nie wiem, nie umiem, że nigdy tego nie robiłem. Nie próbowałem zatrzymać czasu i zachować naturalną świeżość jakichkolwiek roślin. Byłem święcie przekonany, że to zadanie ponad ludzkie możliwości. Balansowanie na krawędzi czarnej magii. Dopiero po chwili, przypominam sobie że prawda jest zupełnie inna. Przecież już to robiłem! Za pomocą przepisu, obróbki termicznej i kilku prostych składników zaklinałem rzeczywistość. Bez zaklęć, ezoterycznych obrzędów, obrzydliwych składników i teatralnej miny marynowałem grzybki.

Wiem z doświadczenia, swojego i innych, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Nie miałem więc najmniejszego zamiaru klonować przepisu na marynowane grzybki i wykorzystywać go do zamarynowania papryczek. Szybko, po dosłownie kilku minutach poszukiwań znalazłem idealny przepis. We wpisie o jednoznacznie brzmiącym tytule.

Przepis, z którego skorzystałem:

15 papryczek jalapeño pokrojonych w plasterki i pozbawionych środka
250 ml octu
250 ml wody
2 ząbki czosnku
4 łyżki cukru
2 łyżki soli

Umieścić w garnku czosnek. Dodać wodę, ocet, sól i cukier. Doprowadzić do zagotowania, mieszając dopóki sól i cukier się nie rozpuszczą w zalewie. Dodać papryczki i docisnąć je do dna garnka, żeby pokryły się płynem. Zdjąć garnek z ognia i trzymać w nim papryczki ok. 10-15 minut. Oddzielić jalapeño od zalewy. Przełożyć papryczki do słoików, zalać je zalewą i pozostawić do wystygnięcia. Zakręcić słoiki i włożyć je do lodówki.

Przepis znalazłem na blogu Stonerchef, we wpisie Marynowane Jalapeno.

W mojej wersji nie były to oczywiście jalapeño tylko Capsicum annuum, ale nie ma to większego znaczenia. Przepis wykorzystałem tez do zamarynowania papryczek, które ochrzciłem chilli, co wzbudziło niewielkie zażenowanie ze strony Jacka. Chilli, to tak jakbyś powiedział piwo jasne – podsumował pod zdjęciem na Instagramie. Ale do rzeczy.

Papryczki zamarynowane według tego przepisu są po prostu genialne. Dzięki temu, że poddane są zaledwie kilka minut działaniu wysokiej temperatury, nie tracą praktyczni nic ze swojej naturalnej chrupkości. Zachowują soczystość, aromat i co najważniejsze pikantność. Są tak samo ostre jak w chwili zerwania z gałązki.

Zyskują natomiast słodko kwaśny posmak i delikatny czosnkowy aromat. Zyskują długi okres zachowania pierwotnych cech. Zyskują dodatkowe zastosowanie. Wszystko razem sprawia, że ich przygotowanie to najlepiej zainwestowane 25 minut, o jakim słyszałem. To doskonały dodatek do dań ciepłych i zimnych, bez potrzeby poddawania ich jakiejkolwiek obróbce termicznej. Doskonały składnik nie tylko zaostrzający potrawę, ale również wzbogacający ją o bardzo wyrazistą nutę marynowanej żywności. Osobiście uwielbiam posypać poszatkowanymi kawałkami kanapkę z wędliną lub dodać kilka plasterków do gulaszu. Możliwości jest oczywiście o wiele więcej.

Z prostej łodygi, przyozdobionej dwoma mizernymi listkami, z prezentu, który pozornie miał służyć głównie poprawieniu humoru, z pięknego gestu naszych dobrych znajomych powstała nowa idea, która stworzyła zupełnie nową wartość w naszym domu. Ewa nie przepada za pikantnymi potrawami. Dla niej te papryczki to sporadyczny dodatek. Dla mnie natomiast spełnienie marzeń.

Parę lat temu mój serdeczny przyjaciel Łukasz zaczął hodować papryczki. Osiągnął pełen sukces. Szybko zostałem obdarowany przez niego doniczkami z ziemią, z których wyrastały filigranowe łodygi z dwoma mizernymi listkami. Wtedy nic z tego nie wyszło. Urosła jedna papryczka, którą od razu dodałem do pierwszego lepszego dania.

Teraz wiem, że wtedy nie byłem gotowy na ten prezent. Nie byłem gotowy na plon. Dzięki prezentowi Pauli i Jacka, nauczyłem się w pełni korzystać ze smaku i aromatu tych wyjątkowych roślinek. Przy kolejnym prezencie od Łukasza nie zmarnuję ani jednego plasterka. Znam już magiczny sposób. Wiem jak zatrzymać czas.