Per Aspera Ad Astra

W większości wypadków, gdy szukając inspiracji przeglądam przepisy oko zawieszam na tych, które zdobi piękna fotografia. Starannie wykonane zdjęcie, bardzo skrupulatnie dopieszczonego jedzenia. Tło, talerzyk, dodatki, żurawina dla ozdoby. Jestem zachwycony i głęboko przekonany, że jak tylko sam zabiorę się to pracy to moje będzie co najmniej tak wybitne. Przecież to żaden problem. A jednak! Finał zaskakuje nawet autora scenariusza.

Na początku było pytanie: co? Co zrobić? Co zrobić z torbą orzechów włoskich? Co zrobić ze stertą orzechów włoskich, które dostaliśmy w prezencie? Zakopać i poczekać aż wyrośnie mi piękny orzechowy gaj? Rozdać okolicznej florze? Wykorzystać jako broń przeciwko irytującym gołębiom? Każdy scenariusz wydał mi się niezwykle intrygujący, jednak instynkt blogera kulinarnego wziął górę nad pokusą.

Google podpowiedział mi bym nie tracił czasu i zajrzał od razu na mój ulubiony blog Kwestia Smaku. Nie raz powtarzałem, że przepisy które tam znajduję są doskonałe. Nie wymagają żadnych korekt, są łatwe i w dużej mierze opierają się na produktach, które znajduję we własnej kuchni. Najważniejsze jednak, że są skuteczne. Nigdy na żadnym się nie zawiodłem. Miałem więc pewność, że i tym razem tak będzie. Ale co to ma wspólnego ze zdjęciem? Już wyjaśniam.

Po wejściu na blog, zobaczyłem listę przepisów z wykorzystaniem orzechów włoskich. Żaden do mnie nie przemówił, poza jednym przedstawiającym kilkuwarstwowe, przykryte pierzynką kokosową i przyozdobione żurawiną Ciasto świąteczne bez pieczenia. Nie miałem najmniejszych wątpliwości. Machina ciekawości i zniecierpliwienia została uruchomiona. Znam siebie, wiedziałem więc co się dalej wydarzy. Spróbowanie tego cudu było tylko kwestią, kwestią czasu.

Przepis, z którego skorzystałem:

Krem budyniowy:

1 litr mleka
2 żółtka
3 pełne łyżki mąki pszennej
3 pełne łyżki mąki ziemniaczanej
3 łyżki cukru pudru
1 op. cukru wanilinowego
200 g masła (bardzo miękkiego)

oraz

400 g herbatników petit beurre
1 puszka ok. 500 g masy krówkowej
150 g powideł śliwkowych
1 łyżka przyprawy piernikowej lub korzennej
60 g orzechów pekan lub włoskich
60 g wiórków kokosowych
żurawina suszona do dekoracji

Krem budyniowy:

Odlać 1 szklankę mleka i dokładnie wymieszać je (np. rózgą) z żółtkami, mąką pszenną i ziemniaczaną oraz cukrem pudrem i wanilią. Resztę mleka zagotować (dokładnie, aż zacznie kipieć), następnie wlewać do niego mieszankę mleka, mąki i żółtek, jednocześnie energicznie mieszając. Zagotować. Po zagotowaniu gotowy budyń odstawić z ognia, przelać do czystej miski i całkowicie ostudzić (na wierzch można położyć folię spożywczą aby nie zrobił się kożuch) – budyń można przygotować wcześniej. Miękkie masło dokładnie ubić mikserem na puszystą masę (ok. 10 min), następnie dodawać po łyżce budyń ciągle ubijając (po 4 – 5 łyżkach dodanego budyniu dodawać go już w krótszych odstępach czasu). Do 1/3 otrzymanej masy budyniowej dodać masę krówkową i zmiksować. Resztę 2/3 masy budyniowej odłożyć. W ten sposób otrzymamy 2 masy – krówkową i budyniową.

Złożenie ciasta.

Formę 21 cm x 32 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Na dnie ułożyć pierwszą warstwę herbatników. Rozsmarować połowę otrzymanej masy krówkowej wymieszanej z drobno posiekanymi orzechami. Położyć drugą warstwę herbatników i posmarować ją powidłami, po wierzchu rozsypać połowę przyprawy piernikowej. Następnie wyłożyć połowę masy budyniowej. Ułożyć trzecią warstwę herbatników i rozsmarować pozostałą masę krówkową, posypać resztą przyprawy piernikowej. Ułożyć ostatnią warstwę herbatników i przykryć pozostałą masą budyniową, posypać wiórkami kokosowymi. Wstawić do lodówki na kilka godzin lub na całą noc.

Przepis znajduje się na blogu Kwestia Smaku, we wpisie Ciasto świąteczne bez pieczenia.

Tylko żeby się nie pomylić, tylko żeby się nie pomylić. Ciasto miało być poczęstunkiem imieninowym, więc nie mogło się nie udać. Budyń, masło, masa kajmakowa, herbatniki, kokosowa posypka i volia! Mistrzowski przekładaniec trafia do lodówki!

Od pierwszych chwil dało się zauważyć doskonałość przepisu. Prowadzony przez jego autorkę jak dziecko we mgle z oczywistym niepokojem wykonywałem kolejne czynności. Jakość ich efektu odebrała mi jednak jakąkolwiek szansę na wątpliwości. Przy każdej kolejnej warstwie czułem się jak finalista jednego z kulinarnych mastershows. Ostateczny efekt pobił oczywiście wszelkie moje oczekiwania.

Przepis zakłada samodzielne wykonanie warstw budyniowych. Oznacza to, że budyń składa się nie z kupionej torebki z gotowym proszkiem, ale z mleka, cukru, mąk i aromatu wanilinowego. To z kolei oznacza, że można go dowolnie personalizować. Dosłodzić mniej lub więcej, zagęścić, podrasować lub nie aromatem. Efekt będzie więc za każdym razem zdumiewający, gdyż dopasowany do kucharza przez kucharza, a nie sztab specjalistów od marketingu. Me gusta!

Prawdziwy kulinarny orgazm można jednak przeżyć na zupełnie nowym dla mnie etapie. Nigdy wcześniej nie ubijałem bowiem masła. Nigdy wcześniej nie miałem okazji przekonać się jaki jest tego cel. Cała operacja jest bardzo prosta i wymaga jedynie cierpliwości. Mnie dziesięciominutowa przerwa w życiorysie nie przeraża. Nawet jeżeli wiąże się z trzymaniem miksera w dłoni, a zwłaszcza jeżeli wiąże się uzyskaniem doskonałego pod każdym względem budyniowego kremu.

Tak. Krem, który powstaje po zmieszaniu masła z własnej roboty budyniem jest doskonały. Puszysty, aksamitny, idealnie gładki, delikatny. Ucieleśnienie snu o kremowej pusztości, delikatności i łagodności. Krem nie traci jej zresztą po dodaniu masy kajmakowej. Zyskuje jedynie inny smak i barwę. Konsystencja pozostaje ta sama. Pomimo tego, że ciasto nie należy do najłatwiejszych i nie przygotowuje się go szybko, zasługuje na każda minutę pracy i uwagi. Po schłodzeniu uzyskuje zwięzłość natomiast nie traci puszystości i delikatności. Nawet nieco zmrożone nadal pozostaje doskonałe.

Jego smak to harmonia skrajności. Jego struktura to układ uzupełniających się elementów. Słodkie masy budyniowa i kremowa doskonale współgrają z warstwą kwaśnych powideł, a wiórki kokosowe dodają nieco zaskakującej goryczy. Warstwy nie mieszają się. Nieco twardsze herbatniki stawiają przyjemny opór podczas krojenia, a miękkie części pozwalają cieszyć się oporem herbatników. Pozwala to podwoić doświadczenia smakowe. Struktura przecież ma ogromne znaczenie.

Warto ciasto zjeść nie następnego dnia po zrobieniu, ale nawet kolejnego. nie potrafię tego wytłumaczyć, ale zachodzi w nim jakiś proces, który powoduje, że nieco kwaśnieje. W tym wypadku jest to ogromna zaleta. Nabiera dzięki temu nieco sernikowatego posmaku. Idealnie. Za słodkiego nie da się za dużo zjeść. Z kwaskowym jest już zupełnie inaczej.

Jak widać na zdjęciach moje ciasto nie wyszło idealnie fotogeniczne. Nieco się rozpływa i koślawi. Daleko mi do ideału autorki przepisu. Nie umiem jeszcze precyzyjnie porcjować takich ciast, nie mam tez cierpliwości, żeby zbyt długo powstrzymywać się od jego zjedzenia podczas zdjęć. Pomimo tego jestem pewien, że w smaku nie różni się od tego, które prezentuje się na zdjęciach w internecie. Przecież przepis nie pozwoli, żeby było inaczej.