Paprykarz Wart Wspomnień.

Wspomnienie lata, czar minionej epoki, smak dzieciństwa… Synonimów Paprykarzu Szczecińskiego, bo o nim tu mowa, słyszałem aż nadto. Sam nie zapomnę tych wspaniałych chwil, gdy podczas sobotnich poranków oglądaliśmy wraz z siostrą 5-10-15 i zajadaliśmy się ogromnymi bułkami z masłem i paprykarzem. Aż skóra cierpnie. Kilka lat temu, chcąc odświeżyć smak dzieciństwa, sięgnąłem po charakterystyczną puszkę i na szczęście…  przeżyłem jedno z większych w moim życiu rozczarowań. Naprawdę nie wiem czym się tak kiedyś zachwycałem!

W zasadzie, mając na uwadze to co napisałem, nie wiem skąd wziąłem pomysł na samodzielne przygotowanie paprykarzu. Chodziło chyba tylko o zaspokojenie ciekawości. Atmosfera w domu nie sprzyjała, w żadnym stopniu, tej inicjatywie. Ja żywiłem jeszcze jakiś tam sentyment do smaku oryginalnego wyrobu Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich, ale ani moja żona ani dziecko już nie. Dorosłej kobiety nie próbowałem przekonać, a dziecku wolałem zaoszczędzić jakiegokolwiek kontaktu z wyrobami tego typu.

Jak można przeczytać na stronach Wikipedii, skład surowcowy paprykarzu nie nastraja do sentymentalnych wzruszeń. Początkowo produkowany był rzeczywiście w oparciu o znośne dla gatunku ludzkiego normy: 50% mięsa rybiego, pochodzącego z wybranych gatunków, pomidory, przyprawy. Ale to się oczywiście z czasem zmieniło. Już w czasach mojego dzieciństwa, w latach osiemdziesiątych, składał się głównie z karmy dla domowych pupili. Zawierał bowiem: łuski, fragmenty płetw, ości, głowy i kręgosłupy rybie. Uroczo. Jak sytuacja wygląda dziś? Tego nigdy się nie dowiem i raczej nie chcę wiedzieć. Nikt o zdrowych zmysłach nie zdradzi mi przecież tajemnic produkcji tej konserwy. Ja póki co nie mam zamiaru zgłębiać tematu. Optymizmem nastrajać może fakt, iż w 2010 roku wpisano Paprykarz Szczeciński na listę produktów tradycyjnych. Może dzięki temu, z czasem, odzyska on utraconą przez dekady zaniedbań jakość i zaufanie konsumentów takich jak ja.

Ze znalezieniem przepisu w Internecie nie było oczywiście problemu. Nie spędziłem też zbyt dużo czasu na analizowanie tematu. Wybrałem pierwszy lepszy, który jak się okazało do prostych nie należy. Nie było bowiem tu mowy o żadnych skrótach. Pokrojenie cebuli czy ugotowanie ryżu nie stanowiło oczywiście żadnego problemu. Gorzej było z rybą. Makrelę musiałem bowiem pozbawić ości. Ręcznie. Cierpliwie, centymetr po centymetrze. Nie brałem przecież w ogóle pod uwagę metod maszynowych, jak chociażby mielenia ryby na możliwą do przełknięcia papkę. W ostatecznym produkcie miało się przecież znaleźć jedynie czyste mięso. Najdrobniejsze niedopatrzenie było niedopuszczalne.

Efekt? Zdumiewający! To co zrobiłem w zasadzie nie miało nic wspólnego z konserwą, którą wspominałem z dzieciństwa. Mój paprykarz, intensywny pomidorowo-paprykowo-rybny, nieco pikantny i słodkawy, aromatyczny i smaczny, nawet barwą różnił się od Szczecińskiego. Nie tylko we mnie wzbudził zachwyt. Żony nie trzeba było dwa razy namawiać, a reszta rodziny i znajomi okrzyknęli mnie mistrzem! Nie mi oczywiście należą się brawa.

Cała tajemnica smaku, zapachu i wyglądu tkwi jak zwykle w składzie. Wykorzystałem tylko dobre jakościowo surowce, dzieliłem je na części nadające się do spożycia i na te, które się do tego nie nadają, traktowałem odpady zgodnie z ich przeznaczeniem co zaowocowało wyśmienitym dodatkiem do kanapek czy smaczną przekąską. W moim paprykarzu nie było miejsca na ości, kręgosłup, łuski, płetwy i skórę. Te wylądowały oczywiście w koszu na śmieci. Na talerze trafił więc ostatecznie produkt, składający się tylko z elementów jadalnych, a nie nietrujących, co wbrew pozorom nie jest takie oczywiste.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 duża makrela wędzona
1 cebula
3 -4 łyżki oleju
100g koncentratu pomidorowego
100g ryżu długoziarnistego
szczypta chilii
po 1 łyżeczce sproszkowana papryka słodka i ostra
sól, pieprz
odrobina cukru

Ugotować ryż i przestudzić. Makrele obrać i pozbawić ości. Na oleju szklimy cebulę, posypujemy szczyptą cukru, następnie dodajemy do niej koncentrat pomidorowy. Mieszamy z ryżem i makrelą. Doprawiamy do smaku i dodajemy 2-3 łyżki oliwy. Paprykarz można przełożyć do słoiczków, wlać na wierzch łyżkę oleju, zakręcić i przechowywać w lodówce przez 2 tygodnie. Sprawdzonym przeze mnie sposobem na przedłużenie terminu przydatności paprykarzu do spożycia jest pasteryzacja lub jej przedłużona wersja, tyndalizacja. Wbrew pozorom ostateczny wyrób nie traci nic ze swoich walorów smakowych i zapachowych.

Przepis znalazłem na blogu Pyszne Jedzonko.

Na zakończenie dodam, iż paprykarz można wykonać w oparciu o różne gatunki ryb. Ja wybrałem makrelę bo jest tania i ogólnie dostępna. Poza tym względnie łatwo się ją pozbawia ości. Osobiście robiłem jeszcze jeden paprykarz z dorsza. Wszystko jest kwestią wyboru opartego na guście, zasobności portfela i cierpliwości w wydłubywaniu ości.