Oko w Oko.

IMG_3477 (1)

Nie wiem dlaczego miałem opory przed rybami. Pływam przecież po głębokich wodach kulinariów, nie boję się nieznanych lądów nowych przepisów, zanurzam się w otchłanie nieodkrytych smaków, a ryb… unikałem. Piekę, gotuję, pekluję, wędzę, nawet ciasta robię, a ryb… jakby się bałem. W ramach przełamywania lęków i obaw postanowiłem w ubiegły weekend pokonać swój niepokój i od razu rzuciłem się na… jak się okazało, płytką wodę.

Nie czas tu i miejsce bym opisywał wszystkie swoje doświadczenia z rybami. W skrócie napiszę tylko jedno, że poza dosłownie kilkoma podejściami do tego tematu, nie mogę na tym polu poszczycić się żadnymi osobistymi sukcesami. Nie sposób zapomnieć oczywiście o Sushi czy Paprykarzu Szczecińskim. Traktuje jednak te sukcesy jako pracę z przetworzonym już, kupionym półproduktem. Na żywmym organizmie, nieprzygotowanej, surowej ryby jeszcze nie pracowałem.

Oczywiście plan ma kilku ładnych lat. Odkładany z roku na rok, podsycany sporadycznymi okazjami do zachwytu, ale jednak bez żadnego rezultatu. W przełamaniu się nie pomagało mi nawet sukcesu w wędzeniu. Myślałem, że jak zdobędę ośnieżone szczyty domowego wędliniarstwa i nauczę się przygotowywać i własnoręcznie wędzić szynki i to jeszcze przy kilkunastostopniowym mrozie, to nie ulęknę się już przed niczym. Niestety. Najsilniejszą zaporą jaką może sobie wytworzyć ludzki umysł jest strach. Tylko przed czym? Na to pytanie niestety nie umiem sobie odpowiedzieć. Zwłaszcza, że jak się w konsekwencji okazało miał on wielkie oczy.

Decyzję o sobotnim menu podjąłem w piątek wieczorem. Dlatego dopiero przed snem zerknąłem w internecie na kilka przepisów, wyrabiając sobie wstępną opinię – Nie ma tragedii. Większość przepisów opiera się na prostych przyprawach i dodatkach. Inne mnie zresztą nie interesowały. Odrzuciłem też wszystkie w których trzeba było używać jakichkolwiek innych narzędzi niż deska i nóż, wszystkie które wymagały przygotowania marynaty, ziołowego masła czy innych półproduktów. Już na tym etapie klarowała się we mnie chęć znalezienia jak najprostszego rozwiązania. Już w tym momencie opuszczały mnie rozterki i zanikał strach. Choć nie miałem nadal jasno sprecyzowanego sposobu czułem, że zbliżam się do celu.

Wszelkie wątpliwości zniknęły jednak ostatecznie dopiero w sobotni wieczór. Na chwilkę przed rozpaleniem grilla doznałem uczucia uwolnienia i ulgi. Strach odpadł ze mnie jak skorupa, a wątpliwości i rozterki spłynęły jak rzedniejąca mgła. Poczułem pewność siebie i w nagłym przebłysku odnalazłem odpowiedź na dręczące mnie pytanie – Jak? Wszystko wydarzyło się w jednej chwili, w momencie w którym rozciąłem plastikowe opakowanie, wyjąłem z niego ryby dotknąłem je własnymi dłońmi. Nie umiem nazwać tego uczucia. W tym momencie uświadomiłem sobie jak irracjonalne były moje lęki. Jak długo opierałem się przed czymś tak prostym i wspaniałym ryba. Daniem samym w sobie doskonałym.

Przecież ryba sama w sobie jest wypełniona doskonałym smakiem i aromatem. Jedynym zadaniem kucharza jest te walory tylko wydobyć. Nie zmieniać ich nie tłumić. Jedynie podkreślić naturalne piękno jakie w nich tkwi. Trzymając w dłoni to pachnące mięso czułem, że mam do czynienia z zakończonym dziełem. Czułem też, że na temat jego przygotowania zostało już powiedziane wszystko. Uznałem w końcu, że musiałbym się naprawdę postarać, żeby ostateczny efekt zepsuć. Zaakceptowałem fakt, że poruszając się wśród sprawdzonych składników i przypraw nie dam rady niczego zniszczyć. Wystarczy, że się podporządkuje. Efekt jakikolwiek by nie był, będzie co najmniej dobry. Czułem, że oddycham pełną piersią.

Mogłem wreszcie ze spokojnie zabrać się do pracy. W mojej głowie wyklarował się sposób, oparty na wszystkich przepisach jakie czytałem. Wiedziałem już, że muszę użyć określonych dodatków, określonych ziół i przypraw, natomiast ich ilość i proporcje nie maja większego znaczenia. Najważniejsze jest by wyeliminować pojęcie przesady i pamiętać o tym, że najważniejsza jest ryba i jej smak. Nie wolno o tym zapominać i należy kierować się przede wszystkim zasadą umiaru. Żaden element nie może dominować. Żaden poza samą rybą.

Przepis, z którego skorzystałem:

4 świeże, patroszone pstrągi
kilka gałązek natki pietruszki lub rozmarynu
masło
czosnek
cytryna
pieprz i sól

Ryby dokładnie umyć z zewnątrz i od środka. Wysuszyć papierowym ręcznikiem. Oprószyć z zewnątrz i od środka sola i pieprzem. Do środka włożyć po jednej lud wie małe gałązki natki lub rozmarynu, ząbek lub dwa czosnku pokrojonego w plasterki, dwa plasterki masła, cienkie plasterki cytryny. Od zewnątrz można oprószyć ziołami i położyć plasterki cytryny. Zawinąć w w folię aluminiową i włożyć do lodówki na około godzinę. Dokładnie oczyścić ruszt i posmarować go olejem. Po wyjęciu kłaść na bardzo mocno rozgrzany ruszt i piec z obu stron po 7-10 minut.

Ryby są bardzo delikatne, więc podczas przekładania lub zdejmowania z rusztu mogą się rozlecieć. Należy skorzystać więc ze szerokich łopatek, szczypiec z szerokimi końcówkami lub, najprościej, specjalnej kratki do ryb.

Ilość przypraw dobranych w przepisie i ich wykorzystanie to kwestia bardzo indywidualna. Po tym pierwszym, testowym doświadczeniu, wiem że będę stopniowo ograniczał ilość dodatków. Kolejny raz z robię przyprawiając rybę tylko pieprzem i solą, pozostawiając jedzącym decyzję o użyciu cytryny czy masła.

Jak się okazało przygotowanie ryby nie wymaga żadnych specjalnych umiejętności, nie wymaga żadnych specjalistycznych narzędzi, nie wymaga też żadnych wyszukanych przypraw czy dodatków. Wymaga jedynie zakupienia świeżej ryby, podjęcia decyzji o jej ostatecznym smaku, rozpalenia grilla i połączenia tych trzech elementów. Niczego więcej. Wszystko inne było tylko tworem mojego umysłu. Barierą lęku i wątpliwości. Gdy wyłączyłem je z procesu tworzenia tego dania, otrzymałem w zamian zdumiewający efekt, którego się nie spodziewałem. Doskonale przyprawioną, przepełnioną rybim smakiem i zapachem, soczystą potrawę, której niczego nie brakowało. Może było w niej zanadto dodatków, ale to już kwestia wyboru. Wyboru, którego nie miałem spętany okowami strachu i oczekiwań.

Świadomie pomijam w przygotowaniu ryby na grill etapu ich zabijania i patroszenia. Nie ma takiej konieczności. Sam nigdy tego nie robiłem i nie pcham się, żeby zacząć to robić. Nie jestem uprzedzony do kontaktu z wnętrznościami jednakże sama myśl o wykonaniu tych czynności nie napawa mnie entuzjazmem. Mając możliwość wyboru wolę dopłacić i kupić ryby pozbawione kontrowersyjnych dodatków oraz wszelkich oznak życia. Po prostu.

  • Ze strachem to zazwyczaj tak jest, że jest wytworem naszego umysłu. Najlepsza metoda na jego pokonanie, to zrobić to czego się boimy, co zresztą uczynileś. 🙂 Uwielbiam ryby, jedyne co mnie w nich przeraża to ości, te zdradliwe igiełki, które czyhają nawet w rybie która jest oprawiona i teoretycznie ich pozbawiona.
    Pięknie to opisałeś. Po prostu czuję ten smak, ten zapach,a do tego zdjęcia… poezja…

    • Dziekuję Basiu 🙂 Mnie w tybach przeraża tylko już teraz ilość jaka jestem w stanie pichłonąć 🙂 Dosłownie wpadam w nie bez opamiętania 😀 Nawet w oleju 😛 Pozdrawiam Cię!

      • Mówią, że ryby są zdrowe, ale to zależy od tego gdzie pływają. 🙂 A z ilością uważaj. Umiar to podstawa dobrego życia. Wiem, czasami jest trudno. 😀

  • To prawda – dobra, świeża ryba i proste dodatki i nic więcej już nie trzeba … 🙂

    • No właśnie! Szukałem rozwiązania, a okazało się że ryba jet rozwiązaniem samym w sobie 🙂 Po prostu 😛

  • Najważniejsze to świeża ryba, z dobrej hodowli lub połowu (którą teraz niestety coraz trudniej znaleźć), a reszta idzie z górki tak jak mówisz 😉

    • To fakt. Na szczęscie w okolicy mojej działi są stawy hodowlane. O dziwo nie mają drożej niż w marketach, a można kupić rybę dosłownie z wędki 😛 Od wędkarzy albo od hodowców. Muszę zapytać czy majątez inne ryby niż pstrągi. Pozdrawiam!

  • Uwielbiam rybę w takim wydaniu. Lekko, zdrowo i smacznie. Chociaż ryb najbardziej podchodzi mi w sushi.

    • A ja włąsnie pomimo, że uwielbiam robić sushi nie przepadam za tym daniem :0 Nie chodzi tu o surową rybę, bo te bardzo lubię. To chyba kwestia sumy elementów. Natomiast przetworzona ryba… w kazej postaci! 😀

  • Nikt inny nie potrafiłby tak pięknie napisać o banalnym pstrągu z grilla 🙂 Bo to chyba najprostsze i naprawdę doskonałe danie. Od pstrąga właśnie zaczynałam moją przygodę z rybami.

    • Dziękuję 😀 Bardzo mi miło 😀 A czy mogę zatem skorzystać z Twojego doświadczania? Jaka jeszcze rybę, dostępna w Polsce polecasz? Wpadłem w temat po uszy i nie chciałbym wywarzać otwartych drzwi 😀 Będę wdzięczny za każdą poradę. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Jeśli chodzi o słodkowodne ryby, to pstrąg jest jedyną chyba, którą przygotowuję. Oprócz karpia – ale ten moim zdaniem nie jest zbyt smaczny i smakuje tylko w Wigilię. Moja mama przyrządza jeszcze amury, bo takie czasem z wędkowania przywozi mój brat. Z morskich lubimy dorsza i morszczuka, no i z tych bardziej tłustych – łososia.

        • Dziękuję 🙂 Własnie o łososiu teraz myślę 🙂 Pozdrawiam!

  • Niesamowite 🙂 Niczym opowiadanie psychologiczne 😉
    Jest chwila grozy, przemyślenie, zawahanie, skupienie i osiągnięcie celu 😀
    Smacznego celu 😀

    • Dziękuję 😀 Kulinarna Proza Grozy 😀 To byłby bestseller! Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • Taką rybkę to bym wstrząsnęła jednych uchem:) Uwielbiam czytać Twoje teksty, Ty nawet o rybie piszesz w taki sposób, że mam ochotę się przed Tobą pokłonić:)

    • Dziękuję, ale komentarz w zupełności wystarczy 😀 Bardzo się cieszę, że CI się nadal podobają 🙂 Pozdrawiam!

  • Król blogów kulinarnych. Pierwsze miejsce, a za nim długo, długo nic:-)

    • Oniesmielasz mnie 🙂 Dziękuję za wspanaiałe słowa uznania 😀 Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Jedyny blog kulinarny, para-kulinarny, do którego stale wracam, żeby nakarmić nie tylko ciało, ale i duszę:-)
        Zwykłe przepisy znajdę wszędzie, ale u Ciebie są jedyne:-)

  • troche mnie razi fakt że je się rybę z głową oczami itp. Może jestem pogięty (nawet na pewno) ale jakoś jednak wolę nie.

    • Oczu jeść nie trzeba 😀 Choć pewnie znajda się smakosze takich specjałów. Ryby mozna też przyrządzać bez głów. Wtedy problem z głowy… eee 😀 Pozdrawiam!