Od Nowa.

Nic nie zwiastowało katastrofy. Urządzenie pracowało przez ostatnie lata zgodnie z oczekiwaniami. Kokpit nie zawiódł ani razu, pokrętła się kręciły, lampki migały, zegarek pikał. Aż nagle, bez powodu, wszystko runęło. Jednostka centrala odmówiła posłuszeństwa i jak rozkapryszona dama stygła w najmniej oczekiwanym momencie. Czy coś gorszego może przydarzyć się kucharzowi tuż przed świętami? Chyba tylko zbuki i zakalec.

Tuż przed świętami zepsuł mi się piekarnik. Z planowanych pasztetów i sernika wyszły nici. Nie wspomnę o golonkach i kaczce, które mogły stać się czymś więcej niż tylko planem. Jakiekolwiek plany legły przez to w gruzach, zanim jeszcze stały się chociażby zarysem. Mogłem wprawdzie korzystając z uprzejmości rodziców lub przyjaciół podnająć na kilka godzin jakiś przytulny piekarnik, ale ostatecznie stanęło na zupełnie innym rozwiązaniu. Rozwiązaniu, które jak zwykle przyplątało się do mnie przez zupełny przypadek. I to z kilku źródeł jednocześnie.

Pascha, bo o niej tu mowa, to potrawa charakterystyczna dla północnych rejonów Rosji i obrządku prawosławnego, znana jest obecnie w wielu rejonach nie tylko tego wielkiego kraju, ale również Ukrainy i wschodniej Polski. Pomimo bliskości, do mnie dotarła drogą elektroniczną. Poprzez konta w social media, wizyty na innych blogach i ostatecznie prywatne rozmowy na komunikatorze. Czyli najbardziej możliwą okrężną drogą. Nigdy bowiem nie gościła ani na żadnym ze znanym mi stołów, ani w żadnej ze swoich wielu postaci. Nie robiła jej żadna znana mi osobiście osoba, ani nie trafiłem na nią w żadnym papierowym przekazie. Trafiła natomiast w moje ręce w najbardziej odpowiednim momencie. Jak koło ratunkowe w ramiona topielca. Dokładnie teraz. Dokładnie tu.

Pierwsze wzmianki o niej pojawiły się w mojej świadomości już rok temu, ale dopiero dziś stałem się pod każdym względem gotowy, by po nią sięgnąć. Dlaczego tak idealnie wpasowała się nie tyko w moją sytuację, ale również w okoliczności? Pascha to potrawa ściśle związana ze świętami Wielkiej Nocy. Potrawa droga, pracochłonna, zgodnie z tradycją i zdrowym rozsądkiem przygotowywana tylko raz do roku. Zwłaszcza, że jej skład i kształt związane były z symboliką tych najważniejszych dla wszystkich chrześcijan świąt. Robi się ją (bowiem) przede wszystkim z mleka i jajek, które kojarzone są z wiosennym odradzaniem się przyrody i od zawsze obciążone były religijnymi znaczeniami symbolicznymi (https://pl.wikipedia.org/wiki/Pascha_(potrawa)).

Potrawa idealna pod jeszcze jednym względem. Do jej zrobienia nie potrzeba piekarnika! Ani kawałka! Wystarczy tylko kilka podstawowych narzędzi kuchennych oraz ewentualnie sprawna kuchenka. Składniki tez nie są wyszukane. Nie znajduje się wśród nich nic czego nie można na chybił trafił znaleźć w większości przeciętnych domów. Jak większość tradycyjnych potraw świątecznych i ta to potrawa, której rodowód jest ściśle związany z obrzędami ludowymi. Dlatego stopień trudności jej przygotowania wiąże się tylko z mistrzowskim poziomem cierpliwości i pokaźnymi zasobami krzepy.

Przepis, z którego skorzystałem:

50 dkg dobrego, najlepiej tłustego białego sera
5 żółtek
20 dkg cukru pudru
1 cukier wanilinowy
15 dkg masła ekstra
200 ml śmietanki 18%
po 5 dkg: orzechów włoskich, migdałów, skórki pomarańczowej, rodzynkow
skórka otarta z 1 cytryny
tabliczka gorzkiej czekolady

Ser zmielić. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na białą puszystą masę, najlepiej w garnku. Pod koniec ucierania połączyć ze śmietanką i dodać masło. Garnek postawić na małym ogniu i stale mieszając podgrzewać nie doprowadzając do zagotowania, po czym zdjąć z ognia i wystudzić. Migdały sparzyć, obrać i posiekać. Orzechy i skórkę pokroić dość drobno. Dodać zmielony ser do wystudzonej masy i wszystko razem utrzeć na gładka masę. Wszystkie bakalie wraz z rodzynkami i posiekaną czekoladą wymieszać z masą. Całość wyłożyć na sito wyścielone wilgotną gazą, gazę związać i dociążyć. Po kilku godzinach wyłożyć i udekorować orzechami.

Wersja bez ociekania:
Do całości dodać na koniec dwie łyżki żelatyny rozpuszczone w połowie szklanki ciepłego mleka. Masę przelać do miski wyłożonej folią spożywczą i włożyć na noc do lodówki.

Przepis otrzymałem w bezpośrednim, prywatnym przekazie od Rudej Paskudy.

W pierwszej kolejności należy podkreślić, że pascha, jako potrawa tak popularna jak same Święta Wielkiej Nocy, nie ma oczywiście jednego określonego przepisu. Przy jej wyrobie należy kierować się jednak pewnymi określonymi ramami. (…) przygotowywana (jest) z twarogu lub z mleka, śmietany, masła, zwykle z dodatkiem żółtek, cukru, wanilii i innych składników, również bakalii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Pascha_(potrawa)). Dlatego podstawa jest jedna, ale już rodzaj i ilość użytych bakali czy nawet proporcje głównych składników, zmieniają się w zależności od autora przepisu. W niektórych wersjach można spotkać nawet czekoladę oraz alkohol i to w wyrafinowanej niekiedy postaci. Oryginalny przepis, który otrzymałem od Rudej Paskudy, zawiera np. koniak.

Nie wiem jak powinna smakować pascha, ale wiem jak dobra jest ta, którą zrobiłem. Autorka przepisu podkreśliła, że korzysta z niego od 10 lat. W ogóle się nie dziwię. Pascha zrobiona według niego jest doskonała, nawet pozbawiona jednego składnika. Sycąca, bardzo sycąca, wypełniona po granice swojego kształtu serem, bakaliami. Lekko kwaskowa i bardzo słodka. Treściwa, wręcz zbita. Niezbyt jednak. Jednolitą, nieco ciężką masę, urozmaicają chrupiące kawałki orzechów i migdałów. Słodkie punkty w postaci rodzynków kontrastują z gorzkimi skrawkami czekolady.

Wbrew pozorom paschy można zjeść naprawdę dużo. Ja w ciągu dwóch dni pochłonąłem już połowę. Dlatego obawiam się, że po czterech dniach nie będzie po niej śladu. Jestem jednak chlubnym wyjątkiem. Większości osób wystarczył jeden skromny kawałeczek. Pascha zaspokaja apetyty na cukier na wiele godzin, a przynajmniej do kolejnego łyku gorzkiej herbaty. Pascha z założenia ma przecież symbolizować dobrobyt i bogactwo, którego objawem może być tez przesyt.  Taka też właśnie jest. Do tego stopnia, że nie wiem czy wrócę do niej w tym roku. Zapewne gdy naprawimy piekarnik, sięgnę po nią tylko w przypadku kolejnych Świąt. Zgodnie z tradycją. Raz w roku.

To co się wydarzało w moim domu może spotkać mnie jeszcze wiele razy. Urządzenia elektryczne są zawodne. Tak samo jak urządzenia elektroniczne. Na szczęście dwie te katastrofy nie spotkały mnie jednocześnie. Spotkał mnie za to przywilej skosztowania potrawy, która w domu mojej znajomej gości od lat. To niebywała, cały czas odkrywana przeze mnie, zaleta sieci. Zagoszczenie w naszej domowej tradycji, tradycji innego domu.

Ten wpis nie ma żadnej głębszej pointy. Wydarzenia ostatnich dni nie wywołały we mnie głębszej refleksji. Są naturalną konsekwencją innych zdarzeń. Poprzedzających je dni, tygodni, miesięcy. Ważną ich konsekwencją jest natomiast poszerzenie mojej i moich bliskich świadomości kulinarnej. Odkrycie potrawy, która w innych miejscach znana jest do wieków. Nie pierwszy i mam nadzieję nie ostatni raz.