Nienasycenie.

13248914_1195511037147273_1586389531_n (1)

Wyobraź sobie miejsce, w którym nie ma żadnych ograniczeń, a wszelkie zasady zostały stworzone dla Twojej wygody. Miejsce z wyborem przekraczającym Twoje doświadczenie i ilością przekraczającą Twoje możliwości. Miejsce, które daje Ci prawo wejścia, wyjścia, powrotu. W którym nie ma haczyków, drobnego druku. W którym kluczowe decyzje należą tylko do Ciebie. Nierealne? A jednak. Byłem w takim miejscu. Osobiście. W biały dzień.

Ta opowieść powinna teraz powoli rozwijać wątek odkrywania tajemnicy, ukrytej przed przeciętnością. Miejsca lub miejsc, skupiających członków elitarnej organizacji, oddających się w nieprzyzwoity sposób, nieprzyzwoitym rzeczom. Ukrytego w sieci niedopowiedzeń i wskazówek. Ukrytego przed moralnością, dobrym obyczajem, a może nawet prawem. Ja w tej opowieści powinienem odgrywać rolę znudzonego życiem, wścibskiego ale dociekliwego hedonisty, krok, po kroku, od jednego klucza do drugiego, odkrywającego tajemnicę, która kryje się za dwuznacznymi gestami, pociągłymi spojrzeniami, półsłówkami czy lubieżnymi spojrzeniami. Człowieka, który nie cofając się przed oszustwem czy kłamstwem, naginając lub łamiąc własne zasady, odnajduje w końcu to miejsce. Zagłębia się w nie. Skrywając swoją tożsamość, zapada w nienasycenie, niewolnicze wręcz poddanie własnym popędom, fantazjom, sposobom na osiąganie rozkoszy. Powinna, ale nie jest. Nie takie miejsce i nie taka osobę mam przecież na myśli.

Rzeczywistość jest na szczęście o wiele mniej skomplikowana i znacznie odbiega od wysnutej przeze mnie narracji. Nie odbiega jednak aż tak bardzo od poruszonego w niej wątku nienasycenia. Miejsce w którym się znalazłem nie dość, że doskonale wpisuje się w definicję tego pojęcia, to jeszcze dodatkowo je podsyca. Mam tu na myśli restaurację, bar, jadłodajnię, jak to zwał, tak to zwał, której działanie opiera się na prostej zasadzie: klient płaci za wstęp i podczas pobytu w niej, je tyle ile chce, wybierając ze wszystkich dostępnych w menu potraw. Nie ma żadnych ograniczeń. Talerz można napełniać dowolną ilość razy. Czas pobytu ustalają godziny otwarcia lokalu lub sugestie obsługi. W takim właśnie miejscu byłem. Aż do granic przyzwoitości.

Gdy pierwszy raz usłyszałem o istnieniu tej konkretnej jadłodajni, nie do końca wierzyłem w jej istnienie. Podobnych miejsc nigdy nie odwiedzałem. Słyszałem tylko o istnieniu jednego w moim mieście, o promocyjnych akcjach w niektórych restauracjach, ale nigdy nie miałem nawet ochoty z nich skorzystać. Odpychała mnie nie tyle perspektywa niekończącego się obżerania ile rodzaj dostępnych potraw. Jadłodajnia, którą odwiedziłem oferowała znacznie więcej niż grillowane mięsa, pieczone mięsa, duszone mięsa, ziemniaki, makarony, surówki i pizzę. Oferowała ponad 150 potraw, pochodzących z kuchni całego świata.

Gdy wchodziliśmy do niepozornie wyglądającego lokalu, wciśniętego w pokryty cegłą budynek przy Friar Street w Reading, wiedziałem że nikt z nas nie wyjdzie stąd żywy. Tuż za drzwiami czyhał huraganowy podmuch aromatów wszystkich przygotowywanych potraw. Było to tchnienie kosmopolitycznej mieszanki dań wszystkich kontynentów. Oddech głodu. Odurzający i zniewalający zapach smażonych, duszonych, pieczonych, gotowanych, grillowanych czy blanszowanych doświadczeń kulinarnych kultur z całego świata. Zapach, który nie niósł ze sobą żadnych skojarzeń, żadnego konkretnego odniesienia. Drażnił nozdrza i pobudzał zmysły. Którego jedynym efektem było zniewolenie naszej woli i świadomości oraz wzbudzenie jedynego uczucia, które było jedynym warunkiem przejścia w głąb lokalu: uczucia głodu.

Oniemiały z zachwytu, zagubiony i zupełnie owładnięty instynktowi zaspokajania potrzeb, poddałem się całkowicie przewodnictwu mojej siostry. Odwiedzała ten lokal już wcześniej i wiedziała, że natychmiastowe rzucenie się na pojemniki z potrawami może być co niestety źle odebrane przez obsługę i pozostałych gości. Zanim dane mi było rozpocząć kulinarną podróż dookoła świata, musiałem zadecydować jakiego rodzaju napój chcę dokupić, poczekać aż zostanie ostatecznie ustalona liczba „talerzy”, czyli ilości jedzących osób i dopiero po dopełnieniu rytuału procedur mogłem zanurzyć się w otchłań rozkoszy podniebienia. Mogłem wreszcie rozpocząć spacer w gąszczu znanych mi, znanych z widzenie i zupełnie nieznanych potraw.

Przyznaję. Dałem się ponieść. Po godzinie błagałem moich bliskich by wynieśli mnie stamtąd, zostawili na ulicy, zabezpieczyli tak bym nie mógł po chwili wrócić i zawieźli do domu, gdy nieco dojdę do siebie. Te kilkadziesiąt minut, które spędziłem na pobieżnym zapoznaniu się z ofertą lokalu zupełnie mnie wykończyło. Oliwy do ognia dokładała nielimitowana, darmowa dolewka napojów gazowanych, które wyzwalały kolejna falę nienasycenia. Na domiar wszystkiego nie potrafię do końca, z nawet najmniejsza precyzją wymienić dań, które próbowałem. Trudno bowiem inaczej nazwać ten rodzaj konsumpcji. Mój talerz zapełniał się czterokrotnie, wypełniony za każdym razem niewielkimi porcjami kilku dań. Nie wiem ilu spróbowałem. To nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze jest to, że mogłem skonfrontować wiele znanych mi tylko z mojej własnej kuchni potraw oraz spełnić kilka kulinarnych marzeń.

Tych drugich, jak się okazało było mniej niż się spodziewałem. Byłoby zapewne więcej, gdybym znał wcześniej przynajmniej z nazwy zupełnie dla mnie nowe dania. Także ostatecznie teraz już wiem, że uwielbiam grillowane kalmary, pokrojone w talarki, chrupiące, delikatne i aromatyczne. Bardzo lubię gotowane krewetki, słodkie i aromatyczne. Przepadam wręcz za grillowanym kurczakiem satay oraz za warzywami w tempurze. Jestem też oczywiście fanem skrzydełek kurczaka z pieca tandoori. Wiem też, że nie przepadam za pieczywem naan oraz za większością podawanych tam dań z kuchni indyjskiej. W zasadzie poza wspomnianymi skrzydełkami i chicken tikka masala nic mi nie smakowało. Nie biorę tego jednak za zły omen. Tu z pomocą przyszło mi możliwość degustacji potraw, które sam już wcześniej robiłem.

Ta część wizyty w tym lokalu była dla mnie, wbrew pozorom, najciekawsza. Poświęciłem jej dużą część czasu, mojej uwagi, energii i pojemności mojego żołądka. Nie zawiodłem się. Okazało się bowiem szybko, że potrawy, które sam w domu przygotowywałem, a które robiłem na podstawie dostępnych w internecie przepisów, smakowały bardzo podobnie do tych, które miałem okazje tu spróbować. Mało tego. Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że te robione przeze mnie były smaczniejsze. Pierożki gyoza, sushi, peklowana pieczona szynka, chiken tikka masala, pizza, duszona pikantna wołowina czy wreszcie uwielbiane przeze mnie chili con carne. Dzięki nim zrozumiałem, że nawet jeżeli miałem jakikolwiek zastrzeżenia do innych potraw, to nie muszę przyjmować jako pewnik tego, że nigdy nie zjem ich w lepszej wersji. Nie smakowało mi przecież przygotowanie tych konkretnych dań, w tym konkretnym miejscu.

Tego wieczoru nie miałem siły już nic przełknąć. Przez kilka dni nosiłem w sobie wspomnienia tej kolacji, ale o dziwo nie był to wynik zakłóceń pracy układu pokarmowego. Nie odczuwałem żadnych poważnych dolegliwości. Jedyne co mi przeszkadzało, to ilość pochłoniętej żywności. Może to zbawienny wpływ nadmiernej ilości gazowanego ciemnego, wysoko słodzonego napoju. Może to zasługa ilości osób, jedzących w tym miejscu. Dania znikały błyskawicznie, obsługa w zawrotnym tempie uzupełniała ich braki. Potrawy nie miały czasu utracić swojej świeżości. Może to zasługa wysokiej jakości składników, oryginalnych przypraw, a może wilgotnego angielskiego powietrza. Są podobno przecież na kuli ziemskiej miejsca, w których można zjeść więcej i nie odczuwać z tego powodu zbyt poważnych konsekwencji… następnego dnia.

Nie chcę tego wpisu pozostawić bez pointy kulinarnej. Ze wszystkich potraw, które jadłem w tym wspaniałym miejscu najbliższe, nie tylko mojemu sercu, ale również sercom pozostałych członków mojej rodziny, jest chili con carne. Robimy je w domu systematycznie od kilku lat i jest jedną z niewielu potraw kuchni spoza naszego kontynentu, która zyskała w naszych oczach takie uznanie. Mało tego. Wracamy do niej chętnie, stosunkowo często i nadal, pomimo upływ czasu, nie potrafimy się nią nasycić. To potrawa pożywna, intensywna, bardzo sycąca, ale również niezwykle wciągająca. Łatwo, dzięki użytym w niej przyprawom zapomnieć na chwilkę o ilości i skupić się na jej jakości. Poddać się raz na jakiś czas jej fatalnemu urokowi, dać się wciągnąć i zatopić w jej niezwykłym smaku i aromacie. Bezwolnie, niebezpiecznie, do granic przesytu, na krawędź nienasycenia. Naginając własne zasady i łamiąc wewnętrzne ograniczania. Wykraczając poza dietetyczną moralność i zdroworozsądkowy umiar.

Przepis, z którego korzystam:

Składniki:
1 łyżka oliwy z oliwek
1 duża cebula, pokrojona w kosteczkę
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
1 łyżeczka przyprawy chili
1 łyżeczka przyprawy kmin rzymski (kumin) w proszku
1 łyżeczka suszonego oregano
1 łyżeczka startego świeżego imbiru
450 g mielonej chudej wołowiny
1/2 puszki pokrojonych pomidorów bez skórek (200 g)
0.5 l bulionu wołowego
1 duża czerwona papryka, bez gniazd nasiennych, pokrojona w kostkę
5 suszonych pomidorów
1 puszka czerwonej fasoli w zalewie (400 g), odsączonej z zalewy

Dodatki (dowolnie):
gotowe kukurydziane placki tortilli
biały ryż
kwaśna śmietana
sałatka z awokado.

Przygotowanie:
Na dużej patelni z przykrywką rozgrzać olej i zeszklić cebulę, dodać czosnek, chili, kmin rzymski i oregano i mieszając smażyć przez 1 minutę. Stopniowo dodawać zmieloną wołowinę, mieszając zrumieniać z każdej strony. Dodać pomidory z zalewą i pół puszki pozostałego soku pomidorowego (w razie potrzeby uzupełnić wodą). Dodać bulion wołowy i doprawić solą oraz pieprzem, ewentualnie kolejnym bulionem. Przykryć i gotować przez 20 – 25 minut, w zależności od delikatności mięsa. Dodać paprykę i suszone pomidory i gotować pod przykryciem aż papryka będzie prawie miękka, przez około 15 minut, od czasu do czasu mieszając. Na koniec dodać fasolę i chwilę razem pogotować. Podawać na gorąco z białym ryżem, chipsami z tortilli lub plackami tortilli, ewentualnie z dodatkiem kwaśnej śmietany i sałatki z awokado.

Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał kilku słów o moich własnych subiektywnych odczuciach. Chili Con Carne nie tylko lubię jeść, ale również przygotowywać. Ta potrawa żyje do samego początku. Bardzo szybko i skutecznie wypełnia przestrzeń dookoła siebie i tworzy specyficzną, intensywną atmosferę. Robienie Chili Con Carne zaczynam zawsze od przygotowania przypraw. Miażdżę kumin, obieram i trę imbir, siekam czosnek, rozcieram w dłoni oregano. Bogate aromaty tych składników od samego początku dają przedsmak finałowego efektu. Później kroję cebulę, podsmażam ją i od razu dodaję przyprawy, które dzięki temu  uwalniają pełnie swoich możliwości. Prawdziwa orgia aromatów zaczyna się jednak dopiero po dodaniu pozostałych składników i dalszym ich gotowaniu. Powoli, w ciągu kilkudziesięciu minut wypełniają kuchnię, pozostałe pomieszczenia, całe mieszkanie. Niedyskretnie zaznaczają swoją obecność poza nim. Pod koniec gotowania całe piętro i część mieszkań dookoła niego nie ma wątpliwości, co będzie u nas na obiad.

Smak jest tylko zwieńczeniem dzieła. Doskonale skomponowana mieszanka przypraw, idealnie dobrane składniki, tworzą potrawę jedyną w swoim rodzaju. Genialne jednogarnkowe danie, które podane z ryżem czy nawet makaronem zaskakuje przy każdym kęsie. Pikantne, słodkie, słone, świeże, pyszne. Za pierwszym razem. Za drugim. Za trzecim. Za każdym razem, gdy pojawia się na naszych talerzach. Aż do granic nienasycenia.

  • Bardzo Ci dziękuję za przepis na CCC 😀 Ach… znowu stworzyłeś kolejny poemat kulinarny. Tak tylko a propos napojów, w pewnym europejskim mieście podczas podróży służbowych chodziliśmy do knajpy chińskiej. Ryż z „cusiami” bardzo bardzo ostry. Ale jedyny napój to była coca cola w maleńkich buteleczkach (chyba 0,25?). No i był kabaret bo na stołach więcej miejsca zajmowały te buteleczki niż talerze 🙂

    • CCC 😀 Hahahaha 😀 Jesteś genialny! Od lat robię to danie i nie zauważyłem tego skrótu. Dziękuję 🙂 Będzie mi bardzo miło jak CCC zrobisz i dasz znać jak Ci smakowało 😀 W tej restauracji ostrych dań było niewiele. jedynie CCC właśnie i pojedyncze z innych kuchni. Natomiast ja sam osobiście uparłem się, żeby spróbować marynowane jalapeno. Jeden krążek, zjedzony na raz wydrążył w moim mózgu lej wielkości Wezuwiusza. Gorejąca jamę! Próbowałem w pierwszym odruchu ratować się nalewakiem z cola, ale na szczęście mnie powstrzymano. Ciastko z kremem załagodziło pożogę i uratowało dalszą część kolacji. 😀 Pozdrowionka!

  • Mam wrażenie, że ja bym się tak zasiedziała i nażarła w tej knajpie, że mogłabym tam koczować przez całą noc;) To niebezpieczne i ryzykowne, gratuluje odwagi i chylę czoła, ze przestałeś jeść…istnieje szansa, że mnie mogliby wywieźć w kaftanie 🙂

    • Uwierz, że w pewnym momencie zdrowy rozsądek wraca na swoje miejsce 🙂 To efekt wyporności. Najpierw opada na dno żołądka, potem w miarę jedzenia unosi się, aż w krytycznym momencie wskakuje w czerep 🙂 Powrót do rzeczywistości nie jest jednak tak prosty 😀 Pozdrawiam!

  • Miałem napisać coś mądrego, ale tylko jęknąłem… I muszę dodać to miejsce do kategorii „choćbym błagał i przekupić próbował, nie wpuszczać mnie tam” 🙂

    • Nie popełniaj Jacku tego błędu! Tam trzeba zajrzeć! Trzeba tego doświadczyć! Trzeba sięgnąć po każdy znajdujący sią tam zakazany owoc! Trzeba… Bo na szczęście można wyjść 🙂

  • Dobre wprowadzenie .. głodna jestem

    • Dziękuję bardzo serdecznie 🙂 Cieszę się, że zgłodniałaś 😀 😀 Pozdrawiam!

  • Anita Katarzyna Dąbrowska

    Mmmm smakowite 🙂

    • Genialne! Długo tej wizyty nie zapomnę. Na szczęście mam szanse wrócić tam w najbliższym czasie. No może w ciągu roku 😛 Pozdrawiam serdecznie!

  • super się czyta 🙂

    • Dziękuję! Naprawdę bardzo mi miło 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

  • Ale dawno nie jadłam chili con carne! Czas zrobić mając najzacniejszy z możliwych przepis- dzięki! 🙂
    Kolejny rewelacyjny wpis! Są emocje, jest podróż i jest jedzenie! Cały Ty 😀
    ps. JA też nie lubię kuchni indyjskiej 🙂

    • Dziękuję :* Dziękuję :* Dziękuję :* Bardzo mi będzie miło jak zrobisz CCC 🙂 według tego przepisu 😀 Ciekaw jestem jak CI będzie smakować. Mogę Ci w tajemnicy podpowiedzieć, że bulion wołowy można z powodzeniem zastąpić kostka wołową rozpuszczoną w pół litrze gorącej wody… Ale cicho. Top secret 😀

  • O matko! Toż takie miejsce to raj dla zmysłów i piekło dla żołądka. Dziękuję za nowy smakowity przepis. Żarełko dodaję do listy „dania do ugotowania z przepisów mistrza Artura”. A te zapachy obiadowe.. są obłędne, ale czasami nie chcą sobie pójść. 🙂

    • Dziękuję serdecznie! To dla mnie ogromny zaszczyt jeżeli taka lista istnieje 🙂 Jeśli zrobisz CCC wg tego przepisu to będzie mi miło jak napiszesz o wrażeniach. Pozdrawiam Cię Basiu serdecznie!

      • Ależ oczywiście że dowiesz się o każdym wykorzystanym przepisie, o tym co mi wyszło i jakie były wrażenia smakowe. 🙂