Nie Taki Wegan Straszny.

img_5038

Weganizm jawił mi się jako coś strasznego. Uważałem, że traktuje żywność w sposób, który przeczy wszystkim moim upodobaniom. Który może odebrać mi nie tylko przyjemność, ale również komfort jedzenia. Ostatnio przekonałem się jednak, jak bardzo się myliłem. Żywność wegańska może być smaczna, przyjemna i łatwa w przygotowaniu. Można się z nią, wbrew pozorom, zaprzyjaźnić.

Sam nie do końca wierzę, że to napisałem. Jeszcze kilka lat temu stałem w pierwszym szeregu jej przeciwników. Wypełniony kpiną i szyderstwem negowałem sens tego sposobu odżywiania się. Jeszcze kilka miesięcy temu traktowałem jak dziwactwo, zasługujące na moją tolerancję, ale nie na zgodę. Jak odmienną orientację kulinarną. Jeszcze kilka tygodni temu widziałem tylko sposób odżywiania się mojej przyjaciółki, dla której stawiałem przed sobą kuchenne wyzwania. Dziś po kolejnym udanym eksperymencie jaki przeprowadziłem, stosując w swojej kuchni wegański przepis uznają, że nie do koca miałem rację. Dlaczego? Dlatego, że przy bliższym poznaniu kuchni wegańska nieco zmieniła w moich oczach swoje oblicze.

Weganizm, jak wiadomo jest stylem życia. Ten mnie nie interesuje. Interesuje mnie obecnie jedynie to, co z tym stylem nierozerwalnie związane. To kuchnia pozbawiona całkowicie składników pochodzenia zwierzęcego. Ale przecież to bardzo proste. Gdy pod koniec liceum, na kilka lat, zrezygnowałem z jedzenia mięsa odkryłem, że wyeliminowanie go z jadłospisu jest niewiarygodnie łatwe i daje możliwość odkrycia wielu nieznanych obszarów żywienia. Co mnie więc tak bardzo odpychało przez całe lata? To nadmierne komplikowanie sprawy.

Ksylolit, stewia, karob, chia, orkisz, proteina, jarmuż, roślinne mleko, oleje nietuzinkowe, mąki nietypowe. To wszystko brzmi jak przepis na połamanie języka i spontaniczny opór umysłu. Beztłuszczowa, bezglutenowa, niskowęglowodanowa, bezcukrowa wegańska żywność wręcz mnie przerażała. Z okresu, w którym nie jadłem mięsa pamiętam, że wszystko było znacznie mniej skomplikowane. Mój słownik wzbogacił się wprawdzie o nazwy kilku roślin strączkowych i przypraw, a nudy w kuchni nie było nigdy. Świat się jednak zmienia i dlatego, gdy kilka tygodni temu postawiłem przed sobą kolejne zadanie zrobienia czegoś wegańskiego dla przyjaciółki, straciłem na dłuższą chwilę grunt pod nogami. Wstępnie uznałem, że to zadanie przerasta moją odporność emocjonalną.

Podobnie było w ubiegły piątek. Ośmielony nieco pierwszym od lat wegańskim sukcesem kulinarnym, rozpocząłem poszukiwanie kolejnego sposobu na wykonanie pospolitego wręcz wypieku, ale w wersji pozbawionej składników pochodzenia zwierzęcego. Poprzedni jabłecznik, opisany w tekście Jesienny Wiatr, skłonił mnie do dalszej eksploracji tego właśnie terytorium. Wybór padł na drożdżówki. Bułeczki, które już wielokrotnie robiłem i których wykonanie nie stanowiło dla mnie żadnego, większego problemu. Żadnego poza przepisem.

Kilka pierwszych przepisów wykluczyłem od razu. Znów zawierały za dużo niezrozumiałych słów i składniki, których nie miałem i nie chciałem mieć w domu. Kilka innych, już znacznie prostszych, zakładało użycie mleka roślinnego, którego też nie miałem zamiaru kupować. Zwłaszcza, że wykorzystanie dwóch łyżek oznaczało w moim wypadku wyrzucenie reszty. Bezsensowna strata. Sprzeczna z moją nadrzędną zasadą: pozostawić w prostocie. Dlatego, gdy porzuciłem nadzieję i stanąłem u wrót kapitulacji, postanowiłem wykorzystać jeszcze jedną szansę. Poszukanie przepisu na zwykłe, niewegańskie drożdżówki i zmodyfikowanie go na własne potrzeby. To był strzał w dziesiątkę.

Przepis, z którego skorzystałem:

Ciasto:
3 szklanki mąki pszennej (tortowej, typ 500)
1/2 łyżeczki soli morskiej
3 łyżki cukru
1 szklanka letniej wody
30 g świeżych drożdży
1/4 szklanki oleju

Nadzienie:
1/3 szklanki margaryny roślinnej
1 i 1/2 łyżki cynamonu
1/3 szklanki brązowego cukru
1/2 szklanki żurawiny lub rodzynek
1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich lub pekan

Lukier:
cukier puder
kilka kropel soku z cytryny

Wymieszać przesianą mąkę, sól, cukier. Do wody dodać drożdże i mieszać przez chwilę aż się rozpuszczą. Wodę z drożdżami wlać do mąki razem z olejem. Wymieszać łyżką, następnie wyrabiać ręką lub hakiem do ciasta drożdżowego przez około 8 – 10 minut, aż będzie gładkie i nie będzie się kleiło. Wyjąć ciasto na stolnicę i wyrabiać przez minutę, uformować kulę, włożyć ją do czystej większej miski (ciasto podwoi objętość), wysmarowanej olejem, przykryć folią i wstawić do lodówki na jedną noc lub maksymalnie na 4 dni. W dniu pieczenia wyjąć ciasto z lodówki, wyłożyć na stolnicę i uformować kulę. Zawinąć w folię i odłożyć na 20 minut. Ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach około 30 x 35 cm, na grubość około 6-7 mm, podsypując w razie konieczności mąką. Wierzch posmarować roztopioną margaryną, posypać najpierw mieszanką cynamonu i brązowego cukru, a następnie rodzynkami lub żurawiną oraz orzechami włoskimi. Zwinąć ciasto w roladę, rozpoczynając od dłuższego boku. Pokroić na plastry o grubości 2,5 cm, ułożyć rozcięciem do góry w tortownicy lub bezpośrednio na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując około 3 – 4 cm odstępy pomiędzy bułeczkami. Wierzch posmarować oliwą i przykryć luźno folią spożywczą. Odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na około 2 godziny, aż bułeczki zwiększą objętość i połączą się ze sobą. Piekarnik nagrzać do 175 stopni C. Bułeczki piec przez około 20 – 22 minut, aż będą ładnie zrumienione. Zrobić lukier w ilości i gęstości dopasowanej do upodobań, ucierając cukier puder z sokiem z cytryny. Polać gotowe bułeczki. Bułeczki najlepsze są na ciepło. Po ostudzeniu warto trzymać je pod przykryciem. Po wystudzeniu podgrzewać przed podaniem, można zamrozić.

Przepis znalazłem na stronie Kwestia Smaku.

Jak widać na pierwszy rzut oka przepis ten niewiele rożni się od tego, który można znaleźć na stronie Kwestia Smaku. Zresztą sam oryginał zawiera wszystkie niezbędne wskazówki: wody lub mleka, oleju lub roztopionego masła. Wystarczy tylko dopasować odpowiednie elementy do siebie i układanka zaczyna tworzyć harmonijną całość. Pozostałe składniki to standard w mojej kuchni. Musiałem tylko niektóre uzupełnić. Nic już nie stało więc na przeszkodzie bym dopiął swego i stworzył ten wyjątkowy z mojego punktu widzenia precedens. Żadne wyrazy obcego pochodzenia, żadne nieznane dla mnie odmiany mąk czy drogie i obce mi zamienniki cukru. Proste i ogólnie dostępne składniki. Niewyszukany proces technologiczny i zdumiewający efekt.

A efekt przerósł wszystkie moje oczekiwania. Wegańskie drożdżówki, wykonane według tego przepisu, są doskonałe. Bez zbędnego wdawania się w szczegóły, są takie jak być powinny. Ważniejsze jest to, że dzięki nim udowodniłem sam sobie, że żywność wegańska nie musi być wcale nieco udziwniona i przerośnięta pod względem formalnym. Dania, wypieki, potrawy, słodycze wegańskie mogą być proste, smaczne i przyjemne w przygotowywaniu. Pozbawione przesadnej egzaltacji i wypełnione zwykłością. Mogą w sposób pozbawiony zbędnego wysiłku urozmaicać moją codzienną dietę i wywoływać wyraz zaskoczenia na twarzach znajomych. – Naprawdę?! Nie wierzę! Bo przecież nie o wiarę tu chodzi.

  • O matko-ile z nimi zachodu! Ale chyba warto bo na zdjęciach wyglądają obłędnie! <3
    ps.jak zrobić z tymi suchymi drożdzami?:)

    • Są obłędne! Przepyszne i wspaniałe 🙂 A instrukcję obsługi z suchymi drożdżami znajdziesz pod linkiem do Kwestii Smaku. Moja wersja ma drożdże bo takie miałem 🙂 😀 Pozdrowionka!

      • Jedyny minus że to tyle trwa, te lodówki i wyrastanie 😛

        • Magik nie zdradza swoich tajemnic, ale bloger tak 🙂 Nie wkładałem ciasta do lodówki na noc. Jak wyrosło to od razu na blat 😛 Tylko ciiiii 😀

          • Buhehe! No to teraz przepis zyskał w moich oczach 😀

  • Ja tych ciast „do lodówki” nie wkładam do lodówki 😀 to tylko taka ściema 😀 można zrobić normalnie i od razu upiec. A lodówka się przydaje, jak chcę zrobić dnia poprzedniego i upiec z rańca, żeby mieć ciepłe bułki na rano. Ja tak kiedyś wianek drożdżowy robiłam, ale tylko raz 😀 PYYYYCHA!

    • Też tak myślę, że to głównie chodzi o przechowywanie. Choć przepis na ciasto, na pizzę neapolitańską zakłada bardzo wolne rośnięcie, które jest możliwe dzięki małej ilości drożdży i lodówce. Dlatego wymyśliłem, że chodzi o elastyczność ciasta. Jak na mej drodze stanie kiedyś zawodowy piekarz to zapytam 😛 Pozdrowionka!

  • Drożdżówki- słodkość, która wciąż u mnie widnieje na liście „przepisy do wypróbowania”. Może się w końcu doczekają? 🙂 Dorobilam się porządnego piekarnika, więc szansa jest. 🙂