Nic Ciekawego.

12407571_117698141947895_267278556_n

Czasami nie dzieje się po prostu nic. Nic ciekawego. Po dniach wzmożonej aktywności nadchodzą dni spokoju, wyciszenia lub wręcz nudy. Najzwyczajniej w świecie nie ma co robić i nic nie przychodzi do głowy. Czy to źle? Oczywiście, że nie! Tak musi być. Na wysokich obrotach żaden silnik zbyt długo nie pociągnie.

Od kilku dni odczuwam brak natłoku pomysłów. Zastanawiałem się nad tematem kolejnego wpisu. Gorączkowo szukałem inspiracji do kolejnego wypieku lub wyrobu i muszę przyznać, że stanąłem przed murem braku weny twórczej. Nauczony własnym doświadczenie wiem, że w takich momentach walenie głową w ten mur nie ma sensu. Doszukiwaniem się na siłę pomysłów mogę sobie, co najwyżej, posiniaczyć czoło. Jedyne co mogę zrobić, to cierpliwie poczekać. Odpuścić. Pozwolić ogarnąć się nudzie, i czekając aż lody odpuszczą zrobić cokolwiek. Coś co nie pozwoli mi wyjść z wprawy i na chwilkę zajmie przynajmniej dłonie.

Z pomocą przyszła mi chwila nudnego zalegiwania przed telewizorem, którą parę dni temu spędzałem razem z synkiem. Nigdy tego nie robiłem, ale tym razem, nieco już poirytowany wrzaskiem rysunkowych pingwinów wyskakujących z ekranu, sięgnąłem po książkę kucharską. Zaproponowałem mu żebyśmy razem wybrali coś, co zrobię w najbliższy weekend. Synek w ogóle nie był zainteresowany tematem. Zwłaszcza, że książka zawierała jedynie przepisy na ciasta, których nie jest fanem. Jak mówi sam o sobie jest nieciastowy. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy na chwilę oderwał wzrok od telewizora i mimochodem rzucił w moim kierunku jedno słowo: To!.

Nie napiszę, że zachwycony intuicją i inteligencją mojego synka odzyskałem, utracony na chwilę, twórczy szał. Że nagle niczym strumień życiodajnego światła zalała mnie aura boskiego ognia. Że poczułem na sobie ciepły, kojący oddech nienazwanej dotąd Muzy z orszaku Apollina. Nic z tych rzeczy. Synek bowiem ze wszystkich wspaniałych, apetycznie wyglądających, stanowiących wyzwanie pomysłów zawartych w książce wybrał przepis na… muffiny. Przełknąłem w tym momencie ślinę i zatęskniłem za Snickersem, którego dopiero co w pocie czoła robiłem przez kilka godzin w pewien bardzo długi sobotni wieczór. Skąd więc natychmiastowa akceptacja pomysłu mojego synka? Z dwóch powodów. Po pierwsze zadecydowałem już, że głowę muru nie przebiję. Odłożyłem więc na bok ambicje oraz uprzedzenia i podporządkowałem się opartej raczej na spontanicznym skojarzeniu niż przemyślanych dywagacjach, propozycji mojego synka. Po drugie byłem ciekaw reakcji mojej żony. Mistrzyni wypieku muffin. Szczycącej się kilkunastoletnim doświadczeniem niestrudzonej eksploratorki i eksperymentatorki. Osoby, dla której ten temat nie ma żadnych tajemnic. Osoby, która sama tworzy te tajemnice.

Czy w takim kontekście, jak za dotknięciem magicznej różdżki, powrócił zapał i motywacja do działania? Czy zostałem natchniony nową wizją? Poczułem coś wyjątkowego? Dreszcz emocji? Zostałem wyrwany ze szponów zniechęcenia i nudy? Nadal nie. Nie poczułem przypływu emocji. Adrenalina pozostała na niemienionym, zaniżonym poziomie. Jedyne co odczułem, to zadowolenie z powodu planów na najbliższy sobotni wieczór. Nadal nie działo się nic ciekawego.

Z takim też nastawieniem zabrałem się do pracy. Nie robiłem nic wyjątkowego, spektakularnego, godnego wychwalania. Robiłem zwykłe, proste, niewyszukane muffiny, których w naszym domu od lat nie brakuje, na podstawie prostego, niekoniecznie ciekawego przepisu.

Przepis, z którego skorzystałem:

300 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
160 g cukru
1 opakowanie cukru wanilinowego
40 g kakao
100 g czekolady deserowej
250 ml mleka
125 g roztopionego masła (+ niewielka ilość do wysmarowania foremek)
2 jajka
1 opakowanie kremu czekoladowego

Formę do muffin wysmarować masłem. Jaja wymieszać mikserem z cukrem i cukrem wanilinowym na puszystą masę. Dodać roztopione masło i wymieszać. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, sodą i kakao. Przesiać do ubitych jajek. Delikatnie wymieszać i stopniowo dodać mleko. Dodać pokrojoną na drobne kawałeczki czekoladę i wymieszać. Ciasto przełożyć do foremki na duże muffiny. Formę napełnić do ok. 3/4 wysokości. Pieczemy ok. 25-30 min. w temp. 180°C, z termoobiegiem lub w temp. 195-200°C. bez termoobiegu. Wystudzone muffiny wyjąć z formy i szprycą do szprycowania napełnić kremem czekoladowym. Muffiny przyozdobić kremem czekoladowym, masą czekoladową, lukrem lub cukrem pudrem.

Przepis znalazłem w książce Cukiernia Lidla. Przepisy mistrza Pawła Małeckiego, s. 50.

Muffiny wyszły jak muffiny. Smaczne, puszyste, bardzo czekoladowe i przerośnięte. Większość masy wylała się na formę, co nie przeszkodziło w ich niekontrolowanej degustacji. Wspaniałomyślna żona z wyrozumiałością oceniła moja pracę na dostateczną. Synek nawet w ich kierunku nie spojrzał, zaabsorbowany wrzaskiem rysunkowych pingwinów. Ja na dziś mam dość słodkiego. Ot. Proza życia.

Czy ten wpis był nudny? Czy wiało z niego kanapowym spleenem i rozespaniem? Nie miał przecież pointy, momentów zwrotnych, rosnącego napięcia? Nie był atrakcyjny językowo, nie kipiał od nadmiaru wyszukanego dowcipu. Był nieciekawy? Tak. Tak ja go oceniam. Taki właśnie miał być. Zwykły i nieintrygujący. Może tylko trochę. Jak kolejne muffiny robione w naszym domu. Jak kolejny przepis na te małe ciasta. Stałe elementy naszej domowej, kulinarnej codzienności. Nuda i zwykłość przecież nie są niczym złym. Zanik mocy przerobowej jest niezbędnym uzupełnieniem tworzenia. Tak jak cień jest niezbędnym uzupełnieniem światła, cisza hałasu czy kłótnia związku. Bez nudnej kanapowej rozmowy nie byłoby przecież tego wpisu i pierwszych zrobionych przez mnie muffin.

Nie znoszę nudy. Nie lubię i nie umiem się nudzić. Nuda mnie niepokoi. Kojarzy mi się z nieróbstwem i trwonieniem energii. Wyczerpuje mnie niekiedy bardziej niż jakikolwiek wysiłek, Niekiedy jednak jestem wobec niej bezbronny. Nie umiem jej przezwyciężyć i choć sprawia mi to dużo trudności powoli, żmudnie uczę się ją akceptować. Nie widzę bowiem innego rozwiązania. Uczę się pozwalać by mnie wypełniała i siała spustoszenia. Robiła miejsce na nowe spojrzenie na te same rzeczy, na nowe podejście do tych samych spraw. Miejsce na zupełnie nowe pomysły i związane z nimi emocje.

  • Nudny wpis. No nudny taki, że ledwo do końca doczytałam. Nuuuuda, że większej nie było w blogosferze od stuleci. Phi, zwykle muffiny. Nuuuuda…
    Może dla Ciebie!!! 🙂 Dla mnie to kolejny ciekawy wpis, mimo że bez szalonych zwrotów akcji. Nigdy nie robiłam muffin, żadnych. O! Kiedyś miałam zrobić afrykańskie babeczki z przepisu z bloga Mara Time. Przypomnialeś mi.:-) A te Twoje muffiny tak sfotografowałeś, że jak zobaczyłam na insta… takie czekoladowe, że już bardziej nie można. Ale że Wasz syn nieciastowy? Adoptujcie mnie! Nie no, za stara jestem. Och! Idę poszukać czekolady na pocieszenie. 😉

    • Dziękuje Ci bardzo serdecznie! Jak zwykle bardzo mi miło 🙂 Poprawię się następnym razem i nie będę Cie niepokoić takimi spaniałymi słodkościami 🙂 Obiecuję poprawę i napakuję blog jakimś zdrowym, pozbawionym węglowodanów i tłuszczu mięsem 😀 Albo zielonym koktajlem 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      • Co byś tu nie napakował, to wygląda oblędnie. I wywołuje sliniotok. Jak nie tu to na instagramie. A ja lubię wszystko, i słodkie, i słone, i kwaśne. O! Gorzkiego nie lubię. 🙂 Jak wstawisz coś gorzkiego to się nie zachwycę. 😀

  • … a mnie się podoa, mów sobie co chcesz :p
    Muffiny są przecież świetnym tematem na wpis 😀

    Miłego dnia! 🙂

    • Dziękuję bardzo 🙂 Muffiny to… temat ocean. Zacząłem od najprostszych, ale faktycznie muszę chyba nieco podnieść poprzeczkę. Może połączę dwie strony tego mojego medalu? Muffiny z boczkiem! Już jadłem, ale dawno. Może wrócić do tematu? Dzięki za podpowiedź i pozdrawiam! 🙂 🙂 🙂

  • Jaka nuda, jakie nic ciekawego… przecież to jest właśnie to na co mój żołądek czeka dniami i nocami:D

    • Uuuu! Faktycznie. Czekanie może być obrzydliwie nudne… Albo może być niezmiernie ciekawe 🙂 Domyślam się, że to jakiś szerszy kontekst i głębszy sens z tym czekaniem? Jeżeli tak to życzę wytrwałości! No i pozdrawiam 😀

  • Zuza | Zaczytana Susan

    Brak weny.. jakże doskonale znany nam wszystkim! Wtedy właśnie nie trzeba się poddawać 😉

    • To prawda. Poddawać nie wolno się nigdy. Trzeba po prostu czasami zdać się na instynkt. Bezwład twórczy jest przecież objawem przepracowania intelektualno emocjonalnego. Umysł, który jest częścią organizmu tez potrzebuje wypoczynku, ograniczonej aktywności, nudy, nudy i jeszcze raz nudy 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      • Zuza | Zaczytana Susan

        Tak jest, odpoczynek – szczególnie ten intelektualny – też się każdemu należy 🙂

  • kurcze, jak ty nienudnie o tej nudzie piszesz! i muffiny się robią ciekawe. a przeciez muffiny nie takie znowu złe, zawsze smakują i zawsze to dobry pomysł 🙂

    • Dzięki 😀 No właśnie gdzie tu miejsce na emocje i nerwicę jak od razu wiadomo, że wszystko wyjdzie… nuda 😀 Piękna, cudowna, kolorowa nuda 🙂 Pozdrawiam!

  • Bardzo dobrze. Siadaj. Trója.

  • Bo są blogi, które się czyta dla sposobu, w jaki są pisane, niż dla puent i zaskoczeń. 😉
    Nuda bywa twórcza!

    • Bardzo dziękuję za słowa otuchy i uznania 😀 Jest mi niesamowicie miło, gdy natrafiam na osoby o podobnym sposobie myślenia. Fajerwerki i wybuchające samochody zostawmy amerykańskim superprodukcjom. Ja skupiam się na tym co umiem robić najlepiej 🙂 Pozdrawiam!

  • Może dla Ciebie nudny ale dla mnie prawdziwy i bardzo dobry wpis! Taki reset czytaj nuda potrzebna jest w życiu każdemu żeby nabrać dystansu, odpocząć i nabrać energii na dalsze twórcze działanie. Dzień „nudy” jest tak samo nieodzowny i potrzebny jak dzień „chuja” (za przeproszeniem-czyli taki totalnie do dupy) żeby docenić to co mamy. Taka swoista sinusoida- nie da się być cały czas nabuzowanym i energetycznie produktywnym- reset jest niezbędny :). Ja też nie umiem się nudzić-ale się uczę ;). Dzięki za kolejny świetny wpis! A muffinki wyglądają obłędnie 🙂
    ps. Ja liczę na jakiś tłustoczwartkowy post z inspiracjami na coś około pączkowego 😉

    • Otóż to! Sinusoida 😀 Genialna metafora 🙂 Dziękuję za uznanie i za perfekcyjne zrozumienie 🙂 Bardzo się cieszę. A co do tego tłustego czwartku to… no cóż. Będzie wena będzie wpis 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      • Czekam zatem na wenę pączkową 😉

  • Dla 90% społeczeństwa moje życie jest nudne, ale nie dla mnie. Nie dość, że większość czasu zajmuje mi blog, to jeszcze zdarza się, jak sam napisałeś, że chwile przestoju i odpoczynku tchną w nas siły i pomysły do dalszego działania. Nie muszę codziennie skakać na bungee i odkrywać nowych światów. Wystarczy mi to, co znam i kocham, by być szczęśliwą i nieznudzoną. Przez ostatni okres np., w związku z problemami na blogu, przenoszeniem się na inny serwer i uczeniem do egzaminów (pierwszy jutro, dziś będę cały dzień ryła), nie dodawałam niczego nowego. Tak tęsknię za całym dniem poświęconym blogowi, że to niemal boli. Po egzaminie siądę i… kurde, miałam napisać, że nic mnie nie oderwie, ale mam kilka zobowiązań. Ale potem już siądę i zapuszczę korzenie!

    • Dziękuję Ci za Twoje słowa. Jak już pisałem zawsze chciałem być pisarzem, ale nigdy nie chciałem tego robić naprawdę. A prawda jest zgoła inna niż mi się wydawało. Pisanie, to przecież szczytowy moment aktu tworzenia. Większość rozgrywa się pomiędzy wersami. Na początku jest niepokój, niepewność, podenerwowanie, brak akceptacji. Dopiero po jakimś czasie pojawiają się zalążki zdań, akapitów. A nuda, bezczynność, bezład jest czymś co to wszystko spaja i nadaje kształt. Im więcej emocji i ekscytacji podczas pisania, tym większa pustka powstaje po. Satysfakcja i zaspokojenie jest dla mnie nie nagrodą po zakończeniu, ale efektem dystansu i spokoju podczas. Tego nie da się rozdzielić… Pozdrawiam serdecznie!

  • Cotakpachnie?

    A ja czasami lubię, i chciałabym się ponudzić. Ale jestem osobą, która im więcej ma na głowie, tym więcej mam energii i siły do działania! Post jest dostosowany do twojego nastroju i przepisu jak sam napisałeś i właśnie to jest w nim takie niesamowite i fajne! No bo czy codziennie trzeba robić coś wielkiego? Czasami cieszą nas właśnie takie małe rzeczy 🙂 Czytanie o takim nudzeniu się jest niezwykle interesujące Arturze! Naprawdę! A babeczki wyszły Ci rewelacyjnie, nie każdemu wyrastają, uwierz. 🙂
    Aż pomyślałam teraz co by było jakby mój mąż upiekł muffinki! Przeraziła mnie ta wizja i myśl, o tym w jakim stanie zastałabym później kuchnię… apropo synka, to z niektórymi dziećmi już tak jest, u mnie starsza babeczki uwielbia, a młodsza… hmm no właśnie, słodkiego nie uznaje właściwie wcale.. właśnie siedzi pod moim krzesłem i wcina bagietkę czosnkową 🙂

    • Dziękuję Ci za miłe słowa 😀 Bardzo mi miło 🙂 🙂 Nuda okazuje się jest naprawdę niezbędna i stwarza doskonałe warunki do nabrania rozpędu. Trudno mi to nadal zaakceptować, ale dzięki takim komentarzom jak Twoje uczę się ją doceniać 🙂 Jeżeli chodzi o stan kuchni po moich kulinarnych wyczynach to… milczenie jest złotem 🙂 Wolę nie wywoływać wilka lasu 😀 Ja jestem pewien, że zostawiam ład i porządek. W oczach mojej żony sprawa wygląda zupełnie inaczej. Nasz synek tez woli bagietkę czosnkową od ciasta 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Ostatnio, podczas studenckiej przerwy świątecznej, miałyśmy z koleżankami zajmować się pewnym projektem. Tworzymy czteroosobowy, już całkiem zgrany zespół. Umówiłyśmy się, że 28 grudnia zasiądziemy przed komputerami i omówimy plan działania. Jedna z koleżanek nie odezwała się ani wtedy, ani później. W sumie, nie odezwała się aż do momentu, kiedy wracałyśmy na uczelnię. Napisała, że musiała zrobić sobie „reset”. Po przeczytaniu Twojego wpisu uświadomiłam sobie, jak często sami próbujemy sobie wmówić, że ciągle musimy działać, że nasze życie musi być pełne wrażeń. Olać to, zróbmy muffiny! Gnijmy godzinami przed telewizorem! Zapełniajmy marginesy głupimi historiami! Kurczę, tak rzadko sobie to mówimy.