Makaron Ex Machina.

12144193_434191973447787_707862950_ns

25 października obchodzony był Światowy Dzień Makaronu. Wspaniale. Wspominam o tym dlatego, że tego typu dni są, według mnie, doskonałym pretekstem do dobrej zabawy. Blogi i social media kipiały od sposobów na uczczenie tego dnia. Rozpisywano się o przepisach na dania z makaronem, dzielono się przepisami i inspiracjami, umieszczane mniej lub bardziej udane zdjęcia potraw i samego makaronu. Jednym słowem bawiono się wyśmienicie. Dla mnie ten dzień był natomiast bodźcem, do tego by wrócić pamięcią do pewnej historyjki, która nieco zmieniła moje podejście nie tyle do samego makaronu, co do sposobu jego pozyskiwania. 

Parę miesięcy temu zostaliśmy zaproszeni do przyjaciół na kolację. Jako główne danie podano potrawę, które składało się z makaronu i pewnego wyjątkowego sosu, skomponowanego z dużej ilości składników, o egzotycznie brzmiących nazwach. Nazwy samego sosu nie pamiętam. Nie to jest istotne. Doskonale pamiętam makaron. Długi, pocięty w nieregularne paski, sprężysty, jędrny, wyjątkowo smaczny i samodzielnie zrobiony przez mojego przyjaciela.

Dla mnie osobiście był to szok. Nie chcę tu ujmować ani umiejętności kulinarnych, ani zdolności manualnych, ani talentu mojemu przyjacielowi. Dla mnie po prostu przygotowywanie makaronu było czynnością zarezerwowaną przede wszystkim dla babć i to jeszcze tych, które żyły w epoce deficytu dobrego makaronu w sprzedaży. Nie raz bowiem słyszałem, że wielu mistrzyniom domowego makaronu nie chce się go już przygotowywać. Podobno kiedyś, ja tych czasów nie pamiętam, makaron sklepowy był tak obrzydliwy, że nie dało się go jeść. Podobno ten, który można kupić teraz, i nie mowa tu o najtańszych produktach z marketów, jest na tyle dobry, że szkoda tracić czasu i siły na własnoręczną produkcję. Czasu oczywiście nigdy nie szkoda przeznaczyć na samodzielne przygotowanie czegoś smacznego, gorzej z siłami.

Powszechnie wiadomo, że przygotowanie makaronu, zwłaszcza dobrego, to praca przede wszystkim rąk. Samo wygniatanie zajmuje trochę czasu i wymaga nieco siły. Następnie rozwałkowywanie przygotowanego ciasta. To dodatkowa żmudna praca. Nie twierdzę, że są to czynności przekraczające możliwości przeciętnej gospodyni domowej, ale pań w podeszłym wieku już raczej tak. W pewnym momencie dłoniom może po prostu braknąć siły. Ten sam wysiłek może skutecznie odstraszyć osoby młodsze. Czynność przygotowywania makaronu domowego w moim najbliższym otoczeniu w zasadzie zupełnie odeszła w zapomnienie. A tu? Taka niespodzianka!

Młody mężczyzna zakasał rękawy i korzystając z siły własnych rąk samodzielnie, na blacie szafki we własnej kuchni dokonał tego, czego bym się po nim nie spodziewał. Zrobił domowy makron. Zdarzenie godne podziwu. Ja osobiście nie mogłem wyjść ze zdumienia. Mnie zniechęcała sama myśl o tym, bym mógł powtórzyć ten wyczyn. A myśl o tym, że mógłbym go powtarzać systematycznie, zupełnie mnie obezwładniała. Sam widok wałka i stolnicy wywoływał we mnie dreszcz niechęci. Wiedziałem jednak, że klamka już zapadła. W chwili, w której zobaczyłem jak mój przyjaciel kroi rozwałkowane ciasto na paski, wiedziałem, że nie ma odwrotu.

Długo nie biłem się z myślami. Chęć podjęcia tego wyzwania ostatecznie zwyciężyła i po powrocie do domu, już następnego dnia, rozpocząłem poszukiwania przepisu. Niemalże w tym samym momencie nadeszło wybawienie. Przypomniałem sobie bowiem, że parę lat wcześniej, kupiliśmy z żoną nic innego tylko… maszynkę do robienia makaronu. Użyliśmy jej tylko raz i z niewiadomych mi powodów schowaliśmy na samo dno pawlacza. Teraz nadeszła jej chwila. Okazała się niezastąpioną pomocą. Nie załatwiała sprawy ugniatania ciasta, ale jego rozwałkowywania i  krojenia już tak. Nie wiem też czy skróciła czas przygotowania makaronu, ale na pewno oszczędziła mi dużo wysiłku. I od razu nie zawaham się użyć tego określenia, zbędnego wysiłku. Zupełnie rozwiązała mój problem niechęci do zrobienia mojej wersji domowego makronu.

Makaron, który zrobiłem, wyszedł wyśmienity. O jego walorach smakowych nie będę się rozpisywał. Wyśmienity wyszedł też następnym razem, i kolejnym  i jeszcze paroma razami. Wyśmienity wychodzi za każdym razem. Mało tego. Za każdym razem z chęcią wracam do tej czynności. Wykonuję ją z radością i świetnie się przy tym bawię. Bez, powtórzę, zbędnego wysiłku. Nie ma przecież nic złego w ułatwianiu sobie pracy dzięki narzędziom tego typu. Choć w domu moich babć używano tylko wałka i stolnicy, to nie uważam żeby decydowały one o smaku makaronu czy były częścią jakieś tradycji. Zresztą jestem przekonany, że gdybym cofnął się w czasie i podarował babci maszynkę do robienia makaronu, zaoszczędził bym jej wiele wysiłku, a może też i czasu.

Z premedytacją nie podaję tu żadnego przepisu na makaron. Sieć pęka od nich w szwach. Zresztą ja swojego nie szukałem w internecie. Zacząłem od książek kucharskich, których kilka mam jeszcze w domu, ale dziś wiem, że nie jest to jedyna droga. Przepis na domowy makaron, tak jak przepis na dziesiątki i setki pysznych dań, zapisany jest w zupełnie innych księgach kucharskich. To pamięć mojej babci, moich cioć, mojej mamy i kilku pań sąsiadek. Aż do teraz nie zdawałem sobie sprawy z tego jak cenny skarb znajduje się nadal w moim zasięgu. To osoba, która sama przerobiła ten i inny przepis setki razy. Jej bezcenne doświadczenie i własne niepowtarzalne sposoby na zwykłe potrawy. To osoba, która zdziwi się, że w ogóle jest coś takiego jak przepis na makaron. Która z rozbrajającym uśmiechem na prośbę o podanie ilości i proporcji odpowie… Ot tyle, żeby było dobrze. Tak z wyczuciem.

A internet? Jest jak maszynka. Tylko ułatwia. Nieco przyspiesza. Ale nie wykona za nikogo, żadnej pracy i nikogo nie zastąpi.

  • Jak moja Babcia: na pytanie ile tego lub tamtego mówiła no tak szczyptę na oko wnusiu 🙂

    • Artur

      „na oko”… miara wszech czasów 😀

  • Oj tak 🙂 moja babcia ciągle mi powtarzała na oko kochanie, moja mama to samo. I wiesz co ja często tez tak mówię – na oko 🙂

    • Artur

      😀

  • Taaa, tyle żeby było dobrze, tak z wyczuciem, na oko. Nie cierpię tych określeń. Na oko to chłop w szpitalu umarł. Jestem zawiedziona. Tak, właśnie z Twojego przepisu chciałabym zrobić ten makaron. Może nawet przesunełabym go na liście Twoich przepisów oczekujących na realizację, na sam przodek. Ale nie! Przepisu nie chciało się zamieścić, lepiej narobić smaku i napisać szukajcie sobie. I zostawić na pastwę czeluści internetowych. Wiesz, że jak zaczynam szukać przepisu w necie to kończę po kilku godzinach na słuchaniu muzyki na YT albo na buszowaniu po fejsie, oczywiście zapominając czego szukałam. Wiesz ile w tym czasie zrobiłabym makaronu, nawet bez maszynki? Ty niedobry!!
    #kottubył 😛

    • Chcesz przepis? Naprawdę chcesz przepis? Naprawdę wiesz w co się pakujesz? Jak jakiś znajdę to Ci tak go przyślę, z będziesz gumką z ekranu ten komentarz wymazywać! Kobiety….! #kottubył – riposta 😛

      • Gumką z ekranu wymazywać komentarz? 😀 Skręciło mnie ze śmiechu. 😀 Wyglądam teraz jak makaron świderek. 😛 Tak chcę przepis. Twój przepis, a nie jakiś z internetu. 😛

  • Przyłączam się do zdania Basi. To jest szczyt złośliwości a wręcz Himalaje podstępu! Cała strona opisu smakowitości, które wychodzą i dobrze do paszcz konsumentów wchodzą i … ani śladu przepisu! Takiego najprostszego! Internety uginają się od niesprawdzonych przez piszących przepisów, zgodnie z zasadą: nie znam się, nie robiłem ale podam dalej złośliwie modyfikując przepis. Nie teak dawno podziwiałem jak jeden zmałpowany przepis był na 3 blogach, wszędzie jako „własny” ale oczywiście pochodził z książki któregoś znanego kucharza. Po czym poznałem, po układzie pewnych 3 słów 🙂
    Dobra, ale ja nie o tym – GDZIE DO KURKI ZIELONEJ JEST PRZEPIS?? #KOTtubyl

    • Przy tak miażdżącej krytyce muszę się więc ugiąć… Chylę czoło i szykuje dopisek. Będzie przepis. Pro publico bono! 🙂

      • No! I info na fejsiku proszę zamieścić, gdy już przepis będzie. 🙂