Made In China Town.

13108813_780748525358624_97210042_ns

Przeciskając się przez wielobarwny tłum turystów, zbliżam się do wielkiej szklanej witryny. Przystaję i zauroczony wpatruję się w doskonale znany mi widok. Wystawę, na której wiszą piękne, lśniące, pieczone kacze tusze, poukładane w kilku, równoległych rzędach. Nęcą mnie. Nęcą mnie od kilku miesięcy. Odkąd pierwszy raz zobaczyłem je na umieszczonych w internecie widokówkach. Nęcą mnie teraz, gdy stoję wreszcie pośrodku Gerrard Street. Głównej ulicy londyńskiego China Town.

Widok, który rozpościerał się przed moimi oczami nie różnił się praktycznie w ogóle od wykutego w mojej pamięci obrazka. Te same barwy, ta sama kompozycja, ten sam doskonale skonstruowany przekaz. Wystawa sklepowa na żywo prezentowała się doskonale. Taką ją zapamiętałem. W całości poświęcona jednemu tylko towarowi, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To przecież właśnie dzięki niej w ogóle zainteresowałem się tą częścią Londynu. Tylko dzięki temu widokowi tak naprawdę zapragnąłem znaleźć się w tym miejscu.

Gerrard street i jej najbliższa okolica pozornie niczym nie rożni się od setek podobnych ulic, znajdujących się w tej części Londynu. Zbudowane tu wielkomiejskie, kilkupiętrowe kamienice, ich architektura, kolorystyka, układ, latarnie, charakterystyczne czerwone budki telefoniczne są niemalże identyczne jak w, sąsiadującym z China Town, Soho. Aby dostrzec koloryt i oryginalność tego miejsca nie trzeba się jednak specjalnie wysilać. Podobieństwa kończą się na ogółach. Nie trzeba ani zadzierać głowy, ani schylać się pod nogi, ani doszukiwać się śladów orientu w ciemnych zaułkach, czy niepewnych bramach. Nie ma konieczności zaglądać przez okna do prywatnych mieszkań czy szwendać się po zapleczach sklepów czy restauracji. Londyńskie China Town od pierwszych postawionych w jej obrębie kroków, chwali się swoją odrębnością, odsłania cały swój urok i odkrywa wszystkie nieskrywane tajemnice.

Pierwszym sygnałem wkraczania w inną strefę kulturową są rozpostarte ponad ulicą bramy. Otwierają one i zamykają dostąp do tej części stolicy imperium Brytyjskiego. Wykonane w całości z drewna, pomalowane na czerwono, nie pozostawiają wątpliwości dokąd i skąd prowadzą. Ich kształt jednoznacznie nawiązuje do charakterystycznego dla architektury chińskiej lekko zakrzywionych dachów. Ażurowa konstrukcja i zaczerpnięte z mitologii chińskiej zdobienia, zwieńczają tylko dzieło. Po przejściu pod jedną z nich rozpościera się zupełnie inna rzeczywistość. Witryny sklepów pokrywa wielobarwny towar, niemalże w całości zadrukowany chińskimi piktogramami, nazwy i menu wszystkich restauracji są dwujęzyczne, wszystkie lokale specjalizują się bowiem w rożnych odmianach kuchni dalekiego wschodu. Wejścia do nich zdobią lśniące szyldy, z wykaligrafowanymi w języku chińskim nazwami, a nawet rozdawane na ulicy darmowe gazetki, są dla przeciętnego Europejczyka po prostu nieczytelne. Gdzieniegdzie poutykano czerwone lampiony, ponad wozami strażackimi, zaparkowanymi na terenie wtopionej w rząd kamienic remizy, zwisa wielki papierowy smok, wejść do niektórych lokali strzegą misternie rzeźbione kamienne lwy. Kelnerzy, sprzedawcy, obsługa niemalże w całości składa się z osób pochodzenia azjatyckiego. Z dziesiątków lokali gastronomicznych wydobywa się silny, duszący, charakterystyczny zapach, mieszanka setek gotowanych tam potraw. Nie to jednak zrobiło na mnie największe wrażenie.

Elementem, który od razu powalił mnie na kolana i wywołał dreszcz emocji były właśnie duże wystawy, niemalże w całości pokryte jednym, jedynym towarem. Są one w rzeczywistości witrynami restauracji których głównym, popisowym daniem jest właśnie przyrządzana w pewien bardzo specyficzny sposób kaczka. Zanim tu dotarłem łudziłem się, że jest to jedyne danie w ofercie tych lokali, ale bogate napisana głównie w języku chińskim menu, rozwiewa wszelkie moje wątpliwości. Kaczka będąc jednym z setek dań, jest jednocześnie numerem popisowym tych restauracji. Daniem, które skutecznie przyciąga klientów, jak się okazuje z różnych zakątków nie tylko Anglii. Podobnych witryn na Gerrad Street naliczyłem jeszcze dwie. Nie miałem praktycznie żadnych wątpliwości gdzie dokonam zakupu. Kaczki na wszystkich wystawach wyglądały tak samo, tak samo się nazywały i tyle samo kosztowały…

Kątem oka raz jeszcze spoglądam na cennik… Przełykam ślinę. Biorę głęboki wdech i wchodzę. Wiem, że nie ma już odwrotu. W drżącej dłoni ściskam ściśle odliczoną kwotę i z wymuszonym uśmiechem zatrzymuję się przed śliczną, niewysoką kelnerkę. Krótka wymiana zdań. Kolejna chwila napięcia. Na szczęście sprzedawczyni, młoda Azjatka, włada wyjątkowo dobrze zrozumiałą dla mnie wersją języka angielskiego. Głośno i wyraźnie gestykulując, proponuje mi, wliczone w cenę, porcjowanie kaczki, za co uprzejmie dziękuję. Proszę o połowę porcji w całości. Kolejna wymiana uprzejmości, wymiana gotówki. Jeszcze więcej uprzejmości. Dokładnie odliczona kwota ostudza nieco jej zapał w okazywaniu uczuć, ale wystarcza abym wreszcie mógł wyjść na ulicę z jednorazową reklamówką w dłoni. Reklamówką, wypełnioną gorącą, parującą jeszcze, aromatyczna pieczenią. Pieczoną, chrupiącą kaczką. Najlepszą jaką dane mi było kiedykolwiek zjeść.

Nie było mi dane zrobić to jednak od razu. Na jej zjedzenie musiałem czekać jeszcze kilka dni. Teraz, gdy z perspektywy czasu, przyglądam się wydarzeniom tamtych dni widzę, że miałbym nie lada problem gdyby stało się inaczej. Kaczkę zjadłem bowiem dopiero po powrocie do Polski. Nie musiałem się więc, dzięki temu, borykać z problemem pragnienia powrotu do Londynu i kupienia kolejnej porcji. Jestem bowiem pewien, że gdybym choć spróbował tej kaczki podczas pobytu w Anglii, zrobiłbym wszystko, by kosztować ją tyle razy ile byłoby to możliwe, czyli do granic wytrzymałości mojego skromnego, przeznaczonego na wyjazd budżetu. A przygotowana w China Town kaczka warta była wszystkich pieniędzy jakimi dysponowałem. Jej smak, aromat, różnorodna konsystencja, chrupiąca, przypieczona skórka, soczyste, dostarczające nieziemskich rozkoszy mięso. Każdy jej kęs, każdy skrawek roasted, crispy duck, nadal wywołuje we mnie tęsknotę i niepohamowane pragnienie powrotu do wypełnionej kolorowym tłumem, przesiąkniętej niepowtarzalnym zapachem, uliczki londyńskiej chińskiej dzielnicy.

Nie wiem czy kiedykolwiek podejmę się próby samodzielnego zrobienia tej kaczki. Od powrotu do Polski przeglądam internet w poszukiwaniu przepisu i znajduję ich znów zbyt dużo. Mając świadomość tego, że danie to ma zapewne wiele odmian i wiele sposobów przygotowania, nie chcę chyba podejmować ryzyka zepsucia sobie tego pierwszego, czystego wrażenia. Kaczka, którą jadłem była zapewne sporządzona według konkretnej receptury, której odtworzenie jest po prostu niemożliwe. Być może, że wrócę do tematu przed kolejnym wyjazdem do Anglii. Jeżeli moje próba zakończy się klęską, łatwo i bezboleśnie powetuję sobie wtedy straty.

Przepis, który przedstawiam, wydaje mi się bardzo wiarygodny. Jeżeli nie znajdę pewniejszego, powrócę właśnie do tego, gdy nabiorę chęci i odwagi do przygotowania tej kaczki.

Składniki:
1 cała kaczka z głową

Sucha marynata:
1 łyżeczki soli
½ łyżeczki przyprawy pięciu smaków
¼ łyżeczki mielonego pieprzu syczuańskiego

Mokra marynata:
1 łyżka oleju roślinnego
2 łyżki wyciśniętego czosnku
1 łyżka stołowa świeżego imbiru
3 cebule dymki (wraz ze szczypiorem), pokroić w pięciocentymetrowe kawałki
1 anyż, rozbity na kawałki
2 łyżki stołowe sosu hoisin
3 łyżki stołowe sosu sojowego
1 łyżka wina Shaoxing lub sherry
2 łyżki cukru

Płyn do blanszowania
7 litrów wody
1/3 szklanki miodu
2 łyżki stołowe sosu sojowego
¼ filiżanki wina Shaoxing lub sherry
¼ szklanki octu winnego

Przygotowanie:
Połączyć suche składniki marynaty w małej misce i natrzeć kaczkę z zewnątrz. Umieścić kaczkę na patelni. Przykryć i przechowywać w lodówce przez 2 godziny. Przygotować mokrą marynatę. Umieść wok lub szeroką patelnię na dużym ogniu, i mocno rozgrzać. Dodać olej, energicznie mieszając. Dodać czosnek, imbir, i cebulę. Smażyć, mieszając, około 5-10 sekund. Dodać pozostałe składniki marynaty. Zmniejszyć ogień i gotować przez 2 minuty. Ostudzić, a następnie wlać do pojemnika o objętości jednej szklanki (250 ml). Wlewać marynatę szklanką do wnęki z kaczki (jeśli brakuje głowy i szyi, zaszyć szczelnie górny otwór). Zaszyć otwór brzucha bardzo szczelnie, używając grubej igły. Można skorzystać z nici dentystycznych. Wymieszać składniki płynu do blanszowania w garnku i doprowadzić do wrzenia. Ostrożnie i delikatnie umieścić kaczkę we wrzącej, ale nie gotującym się płynie i blanszować ją przez 2 minuty. Wyjąć, osączyć i osuszyć. Powieś kaczkę w chłodnym miejscu, aż skóra będzie napięta i sucha na min 4 godziny lub przez noc. Rozgrzać piekarnik do 200°C. Umieść kaczkę, piersią do dołu, w brytfannie wyłożonej folią aluminiową lub na kratce. Piec w nagrzanym piekarniku przez 30 minut. Odwróć ostrożnie kaczkę, uważając by jej nie nakłuć. Piec przez 20 minut, polewając wytworzonym płynem. Odwróć kaczkę ponownie i nadal piecz przez 10 minut, aż skóra będzie rumiana i chrupiące. Podlewać od czasu do czasu wytopionym tłuszczem. Wyjąć kaczkę z piekarnika i odstawić na 10 minut. Przełóż do czystego naczynia. Wyjąć nici. Pokroić na kawałki wielkości porcji. Wytworzony podczas pieczenie tłuszcz odlać. Podawać na ciepło, podgrzaną tuż przed podaniem, polaną ciepłym tłuszczem.

Przepis znalazłem na stornie Peay Vineyards, we wpisie Vanessa’s Cantonese Roast Duck Recipe.

Jedzona przeze mnie kaczka była wprost niesamowita. Nie umiem opisać jej smaku, tak by nie popaść w skrajną egzaltację. Wystarczy dokładnie przeczytać listę składników marynat i płynu do blanszowania, by uzmysłowić sobie bogactwo doznań, jakie towarzyszą przy jej jedzeniu. To kwintesencja wszystkiego tego co wyobrażałem sobie kiedykolwiek na temat prawdziwej chińskiej kuchni: harmonia skrajnych smaków, ich wyjątkowa intensywność, przenikanie się. Połączenie soczystości, chrupkości i delikatności. Mięso, które ani nie rozpada się, ani nie rozpływa się w ustach. Jest idealnie twarde i wyraziste. Całość posiada wyraźny posmak pieczeni, oscylujący na krawędzi przypalenia. Na domiar wszystkiego, oszałamiający zapach absolutnie współgra ze smakiem. Jest jego odpowiednikiem, wyrażonym za pomocą innego rodzaju receptorów. Wtóruje mu i pogłębia go, będąc pełnowartościowym partnerem, pozbawionym znamion elementu uzupełniającego.

Podczas podroży do Anglii doświadczyłem tego co mogę śmiało nazwać spełnieniem marzeń. W londyńskim China Town, odnalazłem to czego szukałem od kilku dekad, kiedy wiele lat temu po raz pierwszy spróbowałem zupek chińskich. Nie mam zamiaru oczywiście porównywać tego wytworu produkcji masowej z wyrafinowanym, pracochłonnym i olśniewającym daniem. Mam na myśli kontakt z absolutnie skrajną egzotyką. Z tym elementem odległej rzeczywistości, który nie ma odpowiednika w żadnym elemencie mojej. Chrupiąca, pieczona kaczka dostarczyła mi pełni doznań, o których tak naprawdę nie miałem najmniejszego pojęcia. Najwspanialsze jednak jest to, że nie są to doznania nieodtwarzalne. Anglia leży teraz bliżej niż dwie dekady temu. Londyn jako jej stolica, przesunął się na mapie mojego świata niemalże na wyciągnięcie ręki. A przecież tam znajduje się namiastka, leżącego po drugiej stronie naszej planety, państwa. Niejedna wielka, przeszklona witryna, wypełniona po brzegi lśniącymi, powieszonymi w kilku równych rzędach, pieczonymi, chrupiącymi kaczymi tuszami – made in China Town.

  • Poeta! <3
    Artur- kolejna wyprawa obowiązkowo do Chin! 😀

    • Dziękuję :* Do Chin to tylko przeprowadzka 🙂 Tam by mnie rozerwało z wrażeń 😛 Nie umiałbym się ogarnąć przez kilka lat po powrocie do domu! Na razie tęsknota za jedna ulicą w jednym mieście w zupełności mi wystarczy 🙂 Pozdrawiam!

      • Wiesz co by było nieziemskim połączeniem: Kulinarne podróże z Arturem!! Takich emocji nie ma nikt inny w sobie! Jesteś jedyny w swoim rodzaju a Twoja pasja zaraża 😀

        • Ekstra pomysł 😀 No to piękne by było… 😀 Dziękuję Agniesiu! :*

          • Nie byłoby tylko A CZEMU NIE? ! 😀

        • Świetny pomysł. 🙂 I prawdziwe słowa. 🙂

          • A my z Basią bedziemy Arturowymi gruppies 😀

  • Kat

    O matko! U mnie koło domu jest taki chiński sklep i zawsze jak tam jestem to widzę te kaczki ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy zeby je spróbować! Zaraz biegnę do sklepu! No to mnie załatwiłeś 😉

    • Aaaaaaaa! Nie chcę tego czytać!!!! Jak to jest możliwe! To niesprawiedliwe! Jeżeli kiedykolwiek, gdziekolwiek napisałem, że niczego nikomu nie zazdroszczę, to właśnie się okazało, że kłamałem! Napisz proszę koniecznie jak Ci smakowała 🙂

  • Ten wpis… o kaczce… przy obecnej władzy, no nie wiem czy Ci tego nie zdejmą. 😛
    Że niby te kaczki z Chin lepsze? Nasze polskie kaczki są najlepsze! No może z wyjątkiem jednej. 😉
    A wpis jak zwykle boski. Tak jak mięso kacze. Bardzo lubię. 🙂

    • Dziękuję Basiu 🙂 Nie wiem co to znaczy „władza” 😛 Jeżeli w ogóle lubisz kaczki, co nie jest takie oczywiste, to ta na pewno by Ci smakowała. Mam nadzieję, że będziesz miał okazją ją spróbować. Może spróbujesz zrobić? Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Jadłam tylko kaczę pieczoną przez moją mamę. Była zajesmaczna. 🙂 Myślę, że taka też bardzo by mi smakowała. Może kiedyś przetestuję. 🙂