Living On The Edge.

12446110_1756743781221686_53905662_n

Podejmowanie wyzwań nie leży w moje naturze. Nigdy nie leżało. Jestem typem ewolucjonisty. Przedkładam spokój ponad radykalne rozwiązania. Wolę jeździć na rowerze i biegać po parku niż skakać na bandżi czy spadać w kolejce górskiej. Nie inaczej sprawa ma się w kuchni. Nie doprawiam moich dań adrenaliną i nie serwuję ich z dodatkiem zbędnych emocji. Tym razem jednak stało się zupełnie inaczej. Postanowiłem podjąć ryzyko. Wykonać o jeden krok za daleko. Pomimo tego, że dostrzegłem widmo porażki, podjąć ryzyko i stanąć na krawędzi.

Parę dni temu dostałem na Instagramie wiadomość, którą przesłała mi Olga z Livingonmyown. Po jej przeczytaniu nie miałem wątpliwości, że życie postawiło przede mną kolejne kulinarne wyzwanie. Poczułem, narastającą ekscytację. Dreszcz emocji i ciekawość. Wprawdzie dopiero co zakończyłem walkę z Marchewkowym Piernikiem, Domowym Ptasim Mleczkiem i Sernikiem Stracciattella, ale to co zobaczyłem wywołało we mnie głód mocniejszych wrażeń. Wręcz oniemiałem ze zgrozy i zachwytu, gdy odkryłem o co jej dokładnie chodzi i w co się pakuję. Wiadomość prowadziła do linku, który z kolei prowadził do strony, na której umieszczony został przepis na najtrudniejszy wyrób cukierniczy, jaki do tej pory wykonałem. Był to składający się z pięciu warstw, wykonany z ponad dziesięciu składników, łączący w sobie kilka technik, wykonywany wielofazowo Snickers.

W porównaniu z poprzednimi ciastami typu wlej, wsyp, wymieszaj ten wydawał się jakby pochodził z innej galaktyki. Sam tylko przepis musiałem czytać kilka razy, by wstępnie załapać o co w nim chodzi! Listę składników analizowałem paręnaście, by czegoś nie przeoczyć. Snickers nie tylko wymagał ode mnie więcej wysiłku i skupienia, ale również przekroczenia moich własnych umiejętności. W sumie nie wiem dlaczego od razu nie złożyłem broni i nie napisałem w komentarzu, że dziękuję za propozycję ale może następnym razem, zmęczony jestem, boli mnie noga, coś tam, coś tam. Może to męska duma pchnęła mnie do zgody? Może chęć aprobaty? A może po prostu pragnienie poczucia jak działa adrenalina? Poczucia smaku ryzyka, dreszczyka emocji? Otarcia się o niebezpieczeństwo? Poczucia utraty gruntu pod nogami? Oczywiście na miarę moich potrzeb i możliwości. Na miarę mojej małej blokowej kuchenki. To już teraz bez znaczenia. Wyzwanie podjąłem i ciasto zrobiłem.

Przepis, z którego skorzystałem:

Kruche ciasto:
100g mąki
50g masła
75-80g  cukru
1 łyżka zimnej wody

Dodatkowo:
ceramiczny groszek do pieczenia kruchego ciasta (można go zastąpić grochem lub fasolą)

Czekolada:
200g czekolady mlecznej
½ szklanki masła orzechowego

Krówka:
50g masła
1 szklanka cukru pudru
¼ szklanki mleka skondensowanego
1 i ½ szklanki waniliowych pianek marshmallows
¼ szklanki masła orzechowego
¾ szklanki posiekanych solonych orzechów ziemnych

Karmel (można użyć gotowej masy):
¾ szklanki daktyli namoczonych przez noc w szklance wody
20g masła
¼ szklanki mleka skondensowanego
¼- ½* szklanki waniliowych pianek marshmallows
Orzeszki ziemne solone do posypania

Przygotowanie:
1. Nastaw piekarnik na 180°C, grzałka górna i dolna.
2. Przygotuj dwa arkusze papieru do pieczenia. Jednym wyłóż formę – możesz, przygotować same okręgi.
3. Mąkę, cukier i  masło włóż do miski, a następnie wszystko dokładnie posiekaj nożem.
4. Zagnieć ciasto, tak by z łatwością odchodziło od dłoni. Odstaw je na bok na 3-4 minuty. Uformuj z ciasta kule.  Jeśli jest na to zbyt lepkie, dosyp trochę mąki. Do zbyt suchego, dołóż odrobinę masła.
5. Wylep ciastem przygotowaną formę. Ja je dodatkowo wałkuję w tortownicy, by było równe i naprawdę cienkie. Następnie przykryj ciasto drugim arkuszem papieru do pieczenia i wysyp na niego groszek.
6. Piecz ok. 30 minut.
7. Z upieczonego ciasta usuń obciążenie i pozostaw na kratce do całkowitego wystudzenia. Wystudzone ciasto wyjmij z tortownicy.
8. Przygotuj pierwszą warstwę czekolady.
9. 100g czekolady rozpuść w kąpieli wodnej, następnie do płynnej już czekolady dodaj masło orzechowe. Dokładnie połączone składniki wyłóż równo do foremki.
10. Na jeszcze ciepłą warstwę czekoladową połóż wcześniej upieczone kruche ciasto.
11. Ciasto włóż do lodówki ok. 30 min do zastygnięcia czekolady.
12. Po tym czasie przygotuj masę „krówka”.
13. Roztop w rondelku masło. Dodaj cukier i mleko cały czas mieszając. Doprowadź do wrzenia i gotuj przez 5 minut mieszając żeby masa się nie przypaliła.
14. Następnie dodaj pianki i masło orzechowe. Mieszaj do uzyskania gładkiej masy.
15. Dodaj posiekane orzechy, wymieszaj dokładnie i wyłóż na kruche ciasto.
16. Po ostygnięciu włóż ciasto do lodówki na ok. godzinę.
17. Kiedy krówka stężeje, przygotuj drugą warstwę czekolady (punkt 10).
18. Po tym czasie przygotuj karmel.
19. Odlej ok. 1/3 wody z daktyli a następnie je zblenduj na gładką masę.
20. Masło roztop w rondelku. Dodaj mleko cały czas mieszając. Kiedy masa nieco zgęstnieje dodaj przygotowane daktyle. Gotuj mieszając ok 5 min.
21. Następnie dodaj marshmallows. Mieszaj do całkowitego rozpuszczenia, ok 3 min.
22. Gotową masę wyłóż na ciasto i posyp orzeszkami solonymi.
23. Wstaw ciasto do lodówki na kilka godzin –  najlepiej na całą noc.

Zapis punktowy pozostawiłem, gdyż nie wyobrażam sobie, by połapać się w tym przepisie bez wyraźnego podziału na czynności i kolejność ich wykonywania. Przepis zaczerpnąłem z bloga Moody Foodie Me, z wpisu Bezglutenowy Snickers. Tam też można znaleźć dokładny zapis fotograficzny wykonania ciasta i przepis w wersji angielskiej.

Oczywiście jak tylko mogłem, to nie nadużywałem zwrotów ryzyko oraz niebezpieczeństwo podczas mojej pracy. Do wykonania ciasta przygotowałem się, jak to ja, metodycznie. Zgromadziłem niezbędne składniki. Jeszcze przed rozpoczęciem pracy podzieliłem je, odmierzyłem, odważyłem, przygotowałem tak, by były w zasięgu ręki. W jednym miejscu zgromadziłem wszystkie niezbędne narzędzia. Uzbroiłem się w czas oraz spokój niezbędny do skupienia i przystąpiłem do pracy. Nie będę tu ze szczegółami opisywał wszystkich czynności. Przepis dostarcza wszystkich niezbędnych informacji. Napiszę tylko jedno. To było coś!

Nie mogę napisać, że robieniu tego ciasta towarzyszy wyjątkowo zawrotne tempo. Więcej czasu spędziłem na czekaniu niż na działaniu, ale i tak co chwila dziękowałem sobie, że każdy jego element znajdował się w zasięgu ręki. Przy każdej kolejnej warstwie wartość na krzywej moich emocji skakała o kilkaset procent. Czułem się jakbym rzeczywiście balansował ponad przepaścią, mieszając gęstniejące skondensowane mleko z piankami i masłem orzechowym. Czułem się jakbym tracił kontrolę nad prędkością spadania, przelewając czekoladową masę z parzącego naczynia. Czułem się jakbym cudem uniknął zderzenia z rozpędzoną górą, wykładając z tortownicy na blat upieczone kruche ciasto. Każda kolejna warstwa dostarczała mi niewyobrażalnych wprost dla mnie doznań smakowych. Każda z ich mogłaby być niezależnym tworem. Ostatecznie stwierdzam, że było warto. Dzięki temu z ogromną radością sięgnąłem rano do lodówki, by spróbować zrobionego przeze mnie domowego batona Snickers.

Przepis dostarcza wszelkich niezbędnych informacji. Nie dostarcza natomiast jednej niekoniecznie niezbędnej, ale według mnie najbardziej wartościowej. To nie jest ciasto. Ten wyrób smakuje jak oryginalny baton rodem z amerykańskiego koncernu spożywczego. Jest nawet, moim zdaniem, znacznie od niego lepszy! Jest jego bardziej szlachetną wersją. W tym tkwi jego siła i w tym odnajduję też jego słaby punkt. W mojej rodzinie ciasto, które nosi tą samą nazwę co baton, robi się od wielu lat. Jest to jedno z moich ulubionych ciast. Puszyste, słodkie, wielowarstwowe, pokryte orzechami. Pyszne, ale z oryginalnym Snickersem ma niewiele wspólnego. Wyprodukowany przeze mnie wyrób, jak już wspomniałem, ma i to dużo. Problem niestety polega na tym, że ja oryginalnego Snickersa nie lubię. Wręcz nie cierpię. Podejmując się wykonania zadania zaproponowanego mi przez Olgę, byłem święcie przekonany, że zrobię inną wersję znanego mi placka, a nie domową wersję nielubianego przeze mnie batona. I za to jej dziękuję!

Czy odniosłem sukces? Nie wiem. Ciasto nie wyszło ani idealne, ani takie jak się spodziewałem. Popełnione przeze mnie drobne błędy są widoczne na pierwszy rzut oka: spód wyszedł za twardy, nie wszystkie warstwy się połączyły, wierzch jest zbyt płynny, a sam Snickers smakuje jak… Snickers. Czy czuję z tego powodu rozczarowanie? Nie! Jestem wręcz zadowolony i czuję wdzięczność! Podjąłem ryzyko. W ciemno wszedłem na kompletnie mi nieznany grunt. Wtopiłem niemało czasu i pieniędzy nie po to jednak, by odnieść pełen sukces. Taki scenariusz wpisany jest w każdy sport ekstremalny. Nie każdy trick kończy się bezpiecznym lądowaniem. Nie zawsze wiatr wieje we właściwą stronę. Potknięcia są niezbędnym elementami rozwoju. Sposobami na poszukiwanie lepszych i skuteczniejszych rozwiązań. Rozwiązań, które nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie ryzyko. Gdyby nie podejmowanie wyzwań. Gdyby nie próby wykonywania zadań wykraczających poza wszelkie istniejące granice. Poza zasady, uprzedzenia czy strach. Jednym słowem, poza krawędź.