La Dolce Vita.

917127_1042897455772668_850629325_n

Gdy parę miesięcy temu zaczynałam tworzyć tego bloga planowałem, że będę na nim dzielił się swoimi doświadczeniami z produkcji żywności. Ściślej mówiąc, tworzył przepastne opowieści w oparciu o wyrób wędlin, serów czy przetworów. Taki był zamysł. W życiu bym nie podejrzewał, że przez ten czas cokolwiek się zmieni. Cztery miesiące temu nie planowałem, że w wolnych chwilach zamiast peklować szynki, napychać kiełbasy czy sznurować balerony będę… ubijał białka, ucierał żółtka, zagniatał ciasta. Że zamiast wędliniarstwem czy serowarstwem zajmę się… cukiernictwem.

Doprawdy nie wiem co się stało i trudno mi to wyjaśnić. Zacznę więc może od końca. Przed godziną włożyłem do lodówki kolejny, zrobiony przeze mnie wyrób cukierniczy. Nie wiem który z kolei. Wiem, że drugi w ciągu ostatniego tygodnia, trzeci lub czwarty w ciągu ostatniego miesiąca, nasty w ciągu ostatniego półrocza. Statystycznie rzecz ujmując obserwuję więc progres. Gdybym zastosował metodę porównawczą w analizie analogicznego okresu z lat poprzednich to dojrzałbym kolejną prawidłowość. Ten rok, a ściślej mówić trymestr nie ma sobie podobnych do żadnego okresu w moim życiu. Jest, mówiąc językiem prawiecznym, bezprecedensowy.

Takiego stanu rzeczy, nie planowałem. Wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. W latach poprzednich, w tym samym okresie, naszą lodówkę wypełniały pojemniki z peklującym się mięsem, a nie tortownica. Weekendy wypełniałem robieniem kiełbasy słoikowej, białej we flaku, mielonki z szynkowaru, a nie sernika. Nie zwracając uwagi na pogodę i temperaturę jeździłem na działkę. Spędzałem tam całe dnie, wędząc szynki, żeberka i boczki. W przerwach pomiędzy wędzeniami robiłem pasztety, pasztetowe, paprykarze, konserwy mięsne. Taki sam plan miałem na ten rok.

Wszystko dobrze się układało. Parę kilo białej kiełbasy nadal czeka w zamrażarce na wykorzystanie. Parę kilo słoikowej wręcz pochłonęliśmy, w międzyczasie. Parę kilo rożnego rodzaju sera zostało zjedzone w entuzjastycznym pośpiechu. Kilka foremek pasztetu wieprzowego nadal urozmaica nasze codzienne kanapki. Jednakże intensywność tegorocznych wyrobów wyraźnie się zmniejszyła. Na korzyść domowych słodyczy. Spomiędzy tych stałych elementów programu zaczęły się niczym przebiśniegi wyłaniać kiełkujące zalążki nowego. Częściej zawieszałem wzrok na tortach niż na szynkach parmeńskich, przyglądając blogi czy konta w mediach społecznościowych. Planując zajęcia na piątkowe czy sobotnie wieczory, częściej zaglądałem na strony z wypiekami niż na fora wędliniarskie i serowarskie. Aż nagle okazało się, że bilans kilogramów żywności zawierających węglowodany w zestawieniu z kilogramami żywności zawierających białko wypada, w tym roku, na korzyść tego pierwszego.

Po tym pasjonującym wstępie, mogę wreszcie zadać pytanie, które jest według mnie kwintesencją tego wpisu: jak się z tym czuję? Jak się czuję ze świadomością, że pochłania mnie bez reszty nowa pasja. Jak się czuję ze świadomością zaniedbywania nie tak dawno odkrytej innej pasji? Jak się czuję robiąc ciasta, placki, batoniki? Wyroby niekoniecznie kojarzone, przynajmniej w moim otoczeniu, z zajęciem dla mężczyzn? Jak się czuję podążając w zupełnie innym kierunku niż zaplanowałem? Odpowiem na te pytania tylko jednym bardzo ważnym dla mnie słowem. Czuję się, po prostu… sobą.

Zmiany jakie zachodzą w moim życiu są nieuniknione. Niezależnie od tego z jaką częścią mojego życia się wiążą, były, są i będą. Mogą odbywać się gwałtownie i zmieniać wszystko w ciągu chwil. Mogą też trwać latami i być zauważalne dopiero z perspektywy dekad. Jednakże nie da się zaprzeczyć ich istnieniu. Wszystko jest zmienne. Wszystko podlega ciągłej przemianie. To banały. Trywializmy, których uczy się każde dziecko i które w ciągu swojego życia każdy człowiek słyszy miliony razy. Ale czy słyszenie jest jednoznaczne ze zrozumieniem? Lub idąc dalej. Czy zrozumienie jest jednoznaczne z akceptacją. Lub, idąc jeszcze dalej, czy akceptacja oznacza zgodę? To zagadnienia trudne i ich rozpatrywanie jest sprawą indywidualną, jest uzależnione od ogromnej ilości czynników. Ja mogę stwierdzić tylko jedno. Obserwując siebie i zmiany jakie zaszły we mnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy, mogę śmiało i z pełną odpowiedzialnością powiedzieć: rozumiem, akceptuję i godzę się ze zmianami, których doświadczyłem. Mało tego. Uważam, że skoro się wydarzyły, to znaczy że były niezbędne. Mało również tego drugiego. Sprawiają mi dużo radości, doskonale dzięki nim się bawię, świetnie się z nimi czuję. Odnajduję w nich wytchnienie, spokój, gdyż traktuje je jako naturalny element mojego osobistego rozwoju. Nie tylko kulinarnego. Traktuję je jako kolejny sposób na odnajdywanie spokoju i wytchnienia w rozpędzonej rzeczywistości.

Bawię się więc w rożnego rodzaju wypieki, słodkości, cukiernicze cudeńka. Brownie jaglane, szarlotka jaglana, ciasto marchewkowe, bułeczki drożdżowe z budyniem, bułeczki drożdżowe z powidłami, tort caprese, batoniki owsiane, batoniki z masła orzechowego, serniki: na zimno, z samodzielnie wykonanego sera oraz, przedstawiony na zdjęciu powyżej, sernik stracciatella – według przepisu znalezionego na blogu Smakołyki Bereniki. Moje życie w przenośni i dosłownie stało się ostatnio słodsze. Okazuje się bowiem, że do mojego małego, osobistego, lokalnego, osadzonego w teraźniejszości szczęścia potrzebuję naprawdę niewiele. Otwarty umysł i akceptacja zmian są jednak tego absolutna podstawą. Nie wyobrażam sobie borykać się z jakimikolwiek dylematami, dotyczącymi podjęcia decyzji o zrobieniu lub nie zrobieniu sernika czy owsianych batoników. To porównywalne, w moim wypadku, do walki szlachcica Don Kichote z La Manchy z wiatrakami. Działanie wbrew mojej intuicji z jednej strony i wbrew zdrowemu rozsądkowi, z drugiej. Czyli tak czy inaczej, wbrew sobie. A przecież nie na tym opiera się, w moim ujęciu, definicja szczęścia. Definicja słodkiego życia opartego na miłości, spokoju i fascynacji.

Żeby nie było aż tak słodko i różowo, to nie mogę nie przyznać się do niemałej porażki jaką zakończyła się moja ostatnia próba osłodzenia życia sobie i moim najbliższym. Zdjęcie poniżej mówi więcej niż najtrafniej dobrane słowa. oto przestawiam państwu Domowe Ptasie Mleczko, które zrobiłem według przepisu zamieszczonego na blogu Ania Gotuje. Wygląda jak wygląda, ale smakuje wyśmienicie!

Przepis z którego skorzystałem:

Składniki:
4 białka jajek
0,5 szklanki cukru pudru
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki żelatyny w proszku
20 ml wody

na spód: biszkopty, herbatniki lub czekolada

Polewa czekoladowa:
30 g masła – 2 łyżki
15 g cukru pudru – 2 płaskie łyżki
2 żyłki kakao
3 łyżki kremówki 30-36 %

Żelatynę namocz w 20 ml wody w małym garnuszku/rondelku. Podgrzewaj lekko do całkowitego rozpuszczenia żelatyny co chwila mieszając płyn. Nie gotuj! Odstaw do ostygnięcia.Przygotuj blachę (np. 30 x 30 cm)- najlepiej taką z odpinanym dnem – i wyłóż jej dno biszkoptami lub herbatnikami. Nie trzeba niczym smarować blachy. Białka ubijaj w suchej misce mikserem na najwyższych obrotach. Gdy będą już lekko sztywne zacznij dodawać cukier puder. Ubijaj, aż białka będą świecące i całkiem sztywne. Do białek wlej ostudzoną żelatynę oraz sok z cytryny. Szybko wymieszaj mikserem na małych obrotach. Przelej masę do blachy i wstaw całość do lodówki do stężenia na minimum dwie godziny. Do zrobienia śmietankowej polewy czekoladowej przygotuj mały rondelek. Umieść w nim masło, kakao i cukier. Podgrzewaj na małej mocy palnika do rozpuszczenia masła ciągle mieszając. Po dwóch minutach dodaj śmietankę. Zamieszaj do całkowitego połączenia składników. Odstaw do ostudzenia. Uwaga: Ptasie mleczko lepiej polać czekoladą każde z osobna, już pokrojone na kawałki. Jeśli wylejesz polewę na cały blok, to podczas krojenia czekolada z góry pozostawi smugi na białej piance.

Zachęcam do dowiedzenia bloga Ania Gotuje, by przekonać się jak powinno wyglądać to ptasie mleczko.

  • Nie było suspensu. Już od pierwszych linijek po sposobie pisania widać, że wkładasz w cukiernictwo masę pozytywnych uczuć. A kiedy doszedłeś do akapitu pełnego pytań, które miały wzmóc ciekawość czytelnika, użyłeś słowa „pasja”. Cóż, mój drogi, może jeszcze tego nie wiesz, ale przepadłeś. Jesteś stracony dla świata i beznadziejnie zakochany… w pieczeniu (no dobra, TWORZENIU, bo przecież nie wszystkie się piecze) ciast. Poza tym, tak jak Ci napisałam na Instagramie, dla mnie ptasie mleczko wyszło pierwsza klasa – jak śnieg w czekoladzie. Nie widzę w nim nic brzydkiego ani niezamierzonego (mówi się, jak się coś komuś nie uda, to nie powinien o tym mówić, bo inni mogą wcale nie zauważyć – coś w tym jest!). Nie przepadam za ptasim, a to bym zjadła. Wystarczający dowód? 🙂 Teraz poproszę coś z dedykacją dla mnie, a raczej dla Rubi. Jeszcze nikt nie podjął się stworzenia produktu z podobieństwem lub z inspiracji chihuahua. Podejmiesz rękawicę?

    • Po pierwsze i najważniejsze bardzo serdecznie Ci dziękuję! Brak mi słów by wyrazić moje zaskoczenie Twoim uznaniem! Nie podejrzewałbym, że to moje „ptasie mleczko” wywoła u Ciebie aż taką aprobatę! No cóż, człowiek strzela a ktoś tam lub coś tam kule nosi 😀 Tak samo z budowaniem napięcia w tekście. Dziękuję Ci za pierwszy na tym blogu rzeczowy komentarz dotyczący mojego stylu 🙂 Przyznam, że moje intencje były zupełnie inne i wydawało mi się, że skutecznie operuję językiem emocji. A tu nie do końca. Dzięki wielkie Olgo 🙂 Bez rzeczowej krytyki nie ma rozwoju. Czekam na więcej! Od razu pasuję i nie podejmuję wyzwania stworzenia produktu z inspiracji Rubi lub z jej podobieństwem. Będę miał natomiast tę myśl w głowie i nie omieszkam się jej użyć przy nadarzającej się okazji 🙂 Poczekam cierpliwie na przebłysk geniuszu! Pozdrawiam Cię serdecznie! 🙂

  • Dlaczego to wygląda tak niesamowicie kusząco? Nie można tworzyć takich rzeczy!

    • To niesamowite! Naprawdę zdumiewające! Bardzo Ci dziękuję 🙂 Nie spodziewałem się, że aż tak pozytywnie można ocenić zdjęcia tych… moich prób i błędów 🙂 Cieszę się niezmiernie! Pozdrawiam 😀

  • Zmiany zazwyczaj wychodzą na dobre i są nieuniknione.
    Ja się bardzo cieszę że znalazłeś nową pasje która pochłania Cię i oczyszcza umysł jednoczenie.
    Co z tego będzie? Czas pokaże. A póki co dziel się z nami przepisami na słodkości bo życie należy sobie osładzać ;).
    ps. Zdjęcie sernika-zacna klasyka gatunku, ale paradoksalnie to nieudane ptasie mleczko przykuwa wzrok i wywołuje ślinotok! 🙂

    • Dzięki wielkie 🙂 Jak się uda, to pewnie sam jeszcze siebie nie raz zaskoczę 🙂 I to jest wspaniałe 😀 Niby nie odstępuje siebie nawet na krok, a czasami się łapię na kontakcie z kimś kogo nie poznaję 😀 Wczoraj wędliny, dziś słodycze, jutro…! Kto wie. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • A może kiedyś własny program kulinarny ” Powoli i słodko” ? 😀

  • Też uwielbiam robić desery, chyba najbardziej ze wszystkiego. Nie ma jak dobry deser 🙂 A to zdjęcie Twojego ptasiego mleczka wygląda po prostu super apetycznie.

    • Dziękuję za uznanie 🙂 Bardzo mi miło. Desery zawsze wywoływały we mnie „niezdrowe” zainteresowanie, ale nigdy nie przypuszczałem, że samo ich robienie może być tak fascynujące. A tu proszę 🙂 Deser za deserem. Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • Ja nie mogę tu wchodzić, po prostu bo moje plany dietowe idą w cholerę o! Kusicielu ! 😀 ps. wygląda obłędnie

    • Dziękuję serdecznie 😀 No i zapraszam po posiłku, a nie przed 🙂 Pozdrawiam!

  • Co tam dieta, żegnajcie zdrowe nawyki chcę do piekła słodkości 🙂 Najpierw na IG zadręczasz pytaniami, potem na FB chwalisz się wynikami, a teraz jeszcze tu kusisz? 🙂 Domagam się porcji na wynos 😀

    • W obliczu tak wspaniałego komplementu nie mogę się opierać i ulegam Twojemu życzeniu! Niestety na jego realizację będziesz musiała poczekać do następnego razu. Co niestety nie wiem kiedy nastąpi, gdyż dzięki Oldze jestem aktualnie na etapie przygotowań do kolejnej nieziemsko wspaniałej słodkości 😀 Nic więcej nie zdradzę, ale już się nie mogę doczekać realizacji tego karkołomnego pomysłu 😀 Pozdrawiam Cię serdecznie i dziękuję za słowa uznania 😀