Kuchnia Po Łódzku.

12394040_1531099047201645_22986368_n

O historii Łodzi można by pisać całe tomy. A konkretnie cztery tomy. Historia mojego miasta, to bowiem historia czterech koegzystujących ze sobą nacji. Czterech języków, czterech religii i czterech kultur: polskiej, rosyjskiej, niemieckiej i żydowskiej. Współistniejącej ze sobą, pomimo oczywistych różnic, przez ponad wiek. Na płaszczyźnie nie tylko ekonomicznej, obyczajowej czy kulturowej, ale również kulinarnej.

Dzisiejsza Łódź nie jest już aż tak wielobarwnym, wielokulturowym i wielorakim miastem. W dzisiejszej Łodzi trudno odnajdywać ślady tamtej wielości. Dwie wojny, kilkadziesiąt lat gospodarki planowej, kolejne dekady gospodarki rynkowej niemalże zrównały z ziemią odmienność mojego miasta. Szczątki gwarnej, fabryczno-jarmarcznej Łodzi można odnaleźć jedynie w tym, co zostało z architektury tamtego miasta. Nadal można podziwiać fabryki, których właścicielami byli magnaci przemysłowi rożnego pochodzenia. Nadal można posłuchać prawosławnego chóru w czynnej cerkwi czy koncertu organowego Bacha w działającym kościele ewangelicko-augsurskim. Nadal pomimo starań dwóch reżimów działają dwie synagogi, jedyne jakie ocalały z kilkuset istniejących przed wojną. Nadal jednak trudno, pomimo starań wielu lokalnych inicjatyw, znaleźć łódzką restaurację z prawdziwego zdarzenia. Restaurację, która kontynuowałaby dumnie wielonarodową łódzką tradycję.

Mieszkam w Łodzi prawie od urodzenia i nie znam żadnej tradycyjnej łódzkiej potrawy. Czegoś co byłoby dla mojego miasta tak charakterystyczne jak ser koryciński dla Korycina. Powodów może być wiele. Najważniejsze jest jednak to, że nie w moim mieście jedynej charakterystycznej, wyjątkowej kuchni. Żadna z zamieszkujących tu nacji nie pozostawiła tu po sobie żadnego konkretnego dania. Umiejscowienie Łodzi w centrum Polski spowodowało wymieszanie się wpływów rożnych kuchni. Miasto jest na tyle młode, że w porównaniu z innymi miastami nie wytworzyło lokalnej, tradycyjnej kuchni. Na co dzień objawia się to tak, że znani mi Łodzianie jedzą różnie, różnorodnie i eklektycznie. Łatwiej napisać, czego się nie jada, niż o tym co się jada. Ja sam potrafię z większą precyzją odnieść się do kuchni mojej babci z Wielkopolski niż do kuchni mojej mamy z Widzewa.

Takim światełkiem w tunelu, które nie tylko przypomina o czasach świetności mojego miasta, ale również uświadamia istnienie wielonarodowościowej łódzkiej kuchni jest wydana w tym roku książka Łódzka kuchnia czterech kultur. Książkę tę dostałem pod choinkę, a jej wydanie zbiegło się z rozmową jaką kilka tygodni wcześniej przeprowadziłem z przyjacielem na temat, którego ta książka dotyczy. Uczestniczył on bowiem w spotkaniu firmowym, którego głównym gościem był manager wysokiego szczebla, pracujący w tej samej korporacji. Cudzoziemiec z krwi i kości. Po kilku zdaniach, opisujących wieczór, doszliśmy do wniosku, że nie ma w Łodzi miejsca, które mogłoby z chlubą reprezentować łódzka kuchnię. Mało tego, my sami nie umielibyśmy zrobić nawet jednego dania, które by oddało ducha naszej rodzimej kuchni. Cudownym zbiegiem okoliczności stałem się po kilku tygodniach posiadaczem tej książki.

Nie będę się zajmował ani jej streszczeniem, ani jej recenzją. Książkę można sobie samemu kupić i wyrobić własną opinię. Od siebie napiszę tylko, że książka ta bardzo mnie zaskoczyła. Na jej kartach przygotowano przepisy charakterystyczne dla kuchni każdego z czterech narodów, który miał wpływ na kształt Łodzi. Od najbliższej mojemu talerzowi kuchni polskiej, poprzez nieco mniej znane mi kuchnie rosyjską i niemiecką, aż do absolutnie dla mnie egzotycznej kuchni żydowskiej. Kartkując tę książkę, jako rodowity łodzianin nie wierzyłem własnym oczom. Z trzydziestu zawartych tam przepisów potrafiłem bezbłędnie, bez zająknięcia, skojarzyć nazwę ze smakiem aż jednej potrawy. Dosłownie jednej. Zalewajki. Ale już jej szczegółowy opis i sposób podania zupełnie zbiły mnie z tropu.

Oznacza to tylko jedno. Książka spełnia swoje zadanie. Nie przeprowadzałem jeszcze szczegółowych badań na moich znajomych i szczerze powiem, że nieco się boję. Okazać się może, że jestem niechlubnym wyjątkiem. Jestem jednak pewien, że żadna ze znanych mi osób nie utożsami kuchni swojej mamy lub babci z większą ilością dań, których przepisy znajdują się w tej książce. Oznacza to tylko jedno. Książka spełnia swoje zadanie. Nie ma w nas, rodowitych łodzianach, świadomości ogromnego bogactwa naszej własnej lokalnej historii kulinarnej, ale jak się okazuje taka potrzeba jest.

W kolejnych wpisach postaram się przebrnąć przez kilka przepisów z tej książki. Wybrać te z nich, która albo jakoś mi się kojarzą lub te, które wywołują we mnie jedynie nieposkromiony apetyt. Postaram się sięgnąć nieco głębiej, przygotowując kolejne dania. Zahaczyć o ich tło, rys historyczny czy odmiany. Postaram się zrobić to wszystko, by móc za jakiś czas twierdząco odpowiedzieć na pytanie, czy znam choć jedną regionalną łódzką potrawę? Mam również nadzieję, że wiedza ta pomoże Wam nieco inaczej spojrzeć na moje miasto. Tak by przy kolejnej wizycie nie kojarzyć go z tylko z kebabem z Piotrkowskiej, z hamburgerem z Placu Wolności, sajgonkami z resztek China Town, belgijskimi frytkami z Andrzeja czy z flatwhite z Manufaktury.

Na zakończenie pragnę dodać, że wpis nie zawiera lokowania produktu. Książkę dostałem z własnej woli. Sam też ja kupiłem i podarowałem w prezencie szwagrowi oraz partnerowi mojego przyjaciela. A to, że moja żona koleguje się siostrą współautorki, to kolejny cudowny zbieg okoliczności. No i bonus dla mnie w postaci pięknej dedykacji na samym jej początku.

P. S. Po kilku dniach, dzięki Dotee, doszukałem się w książce jeszcze jednego łódzkiego przepisu, który znam. Mam na myśli knedle ze śliwkami, podawane z gotowaną kapustą. Okazuje się, że ten oczywisty dla mnie i mojej rodziny, sposób podawania klusek z owocami jest charakterystyczny właśnie dla mojego miasta. Nie mogę się nadziwić 🙂