Kawa Po… Prostu.

14719131_1800612710157050_8522853881510625280_n

We Lwowie byłem dwa razy. Prawie dwadzieścia lat temu. Pamiętam wiele, ale najbardziej utkwiła mi w pamięci kawa, którą piłem w jednej z tamtejszych kawiarenek. Kawa po ormiańsku, w ormiańskiej kafejce, w malowniczym zakątku lwowskiego starego miasta. Na malowniczej ulicy Ormiańskiej.

Smaku samej kawy nie pamiętam. Zapachu też. Pamiętam natomiast czar tego miejsca oraz sposób, w jaki kawę w nim przygotowywano. Gorący, aromatyczny napój parzony był w nadgryzionych zębem czasu tygielkach, podgrzewanych w dużym metalowym pojemniku, wypełnionym piaskiem. Nigdzie i nigdy, ani wcześniej, ani później nie widziałem, by ktokolwiek inny robił kawę w ten sposób. Kawa po ormiańsku, gdyż tak ją w tym miejscu nazywano, to zjawisko samo w sobie.

Z tamtych wyjazdów poza wspomnieniami nie zostało mi już nic. Z rzadka odkurzany album ze zdjęciami i wypełnione nutką tęsknoty zdanie podczas rozmowy z przyjaciółmi. Kawa parzona w piasku postanowiła sama jednak o sobie przypomnieć. Kilka tygodni temu temat tej konkretnie kawy wrócił do mnie w najmniej spodziewanym momencie. Poznałem kolegę, który systematycznie odwiedza Lwów, nasza rozmowa musiała więc w końcu zejść na Ormiankę. Blask w oczach kolegi. Blask w moich oczach mówiły same za siebie. Rozmawialiśmy o najlepszej podawanej we Lwowie kawie i niestety na rozmowie tylko się skończyło.

Żaden z nas nie poznał do tej pory szczegółów jej przygotowywania. Kolega wspomniał jednak o innym, podobnym sposobie parzenia kawy, który zna i praktykuje jego znajoma. To gotowanie kawy. Parzenie jej w podobny sposób, ale bez konieczności posiadania rynny z piaskiem. Nie muszę pisać, że kilka następnych wieczorów spędziłem na szukaniu bliższych informacji. Przeleciałem dziesiątki stron i znalazłem tyle samo przepisów i sposobów. Okazuje się, że nie ma jednolitej metody postępowania. Każdy przepis różni się jakimś szczegółem od pozostałych. Nie ma też jednej nazwy tego sposobu parzenia kawy: po serbsku, po gruzińsku. Do mnie najbardziej przemawia nazwa, która wskazuje jednocześnie na najważniejszy element wspólny wszystkich przepisów. Kawa po prostu, w tygielku.

Aby wykonać kawę w tygielku niezbędny jest ów tygielek, lub naczynie do niego podobne. Metalowy rondelek, kubeczek, mały garnek. Wszystko w czym można by było kawę zagotować i podgrzewać ją kilkakrotnie przez kilka minut. Nic wyszukanego. Żaden drogocenny skomplikowany przedmiot. Oczywiście doświadczenie pokoleń dowodzi, że tygielek jest najwygodniejszy, ale doświadczenie kolejnych pokoleń dowodzi, że można go z powodzeniom zastąpić. W końcu ochota na kawę jest zawsze. Kształtny tygielek już nie.

Swoją pierwszą kawę z tygielka, lub raczej z metalowego kubka, przygotowałem według przepisu jaki znalazłem na kanale Magdaleny Grzegorczyk SkutecznieTv. Jestem zwolennikiem prostoty od razu wyeliminowałem więc z przepisu wszystkie przyprawy. Reszta pozostała bez zmian. Długi, wymagający skupienia ale bardzo nieskomplikowany proces od razu przypadł mi do gustu.

Kilka dni później Monika z bloga Prawa Ręka Szefa zdradziła mi jeszcze inny, znacznie prostszy sposób przygotowywania kawy z tygielka. Przepis Magdaleny jest doskonały, ale gdy kawę proponuje najlepsza znana mi, zawodowa asystentka nie mam ochoty zastanawiać się ani chwili dłużej. Od tego momentu kawę w tygielku przygotowuję właśnie według sposobu Moniki.

Przepis, z którego skorzystałem:

200 ml wody
2 łyżeczki zmielonej kawy
2 łyżeczki cukru

Do tygielka dodać kawę i cukier. Zalać zimną wodą. Całość gotować na wolnym ogniu aż do chwili, w której kawa zacznie wrzeć. Wlać do wywaru jedną łyżeczkę zimnej wody i ponownie całość zagotować. Gdy kawa zacznie ponownie wrzeć odstawić ją na kilka minut, by kawa opadła. Przelać do filiżanki.

Ilość kawy, cukru i wody można oczywiście dowolnie modyfikować. Kawę można parzyć bez cukru. Można ją wzbogacać dowolnymi przyprawami.

Szczerze przyznam, że kawa przygotowywana w ten sposób niewiele rożni się od uwielbianej przeze mnie sypanej, zalewanej wrzątkiem. Nie jestem wybitnym specjalistą i smakoszem więc wcale mnie to nie dziwi. Kawa w tygielku ma w sobie jednak coś wyjątkowego. To oczywiście sposób jej przygotowania. Cały składający się na nią proces.

W żadnym innym znanym mi sposobie nie trzeba parzeniu kawy poświęcić aż tyle czasu i uwagi. To wspaniałe. Związane z nią czynności można śmiało nazwać ceremonią. Kawie trzeba bowiem poświęcić się od samego początku jej robienia aż do samego końca. Nie można ją zostawić i sobie odejść. Nie można zaprogramować jakieś maszyny, która działa po naciśnięciu kilku guzików. Kawę trzeba wsypać do tygielka i wymieszać z cukrem i wodą. Tygielek trzeba podgrzewać cały czas pilnując, by w odpowiednim momencie odstawić go, by kawa nie zaczęła się gotować. Czynność należy powtórzyć. Czasem nawet kilkukrotnie. Na koniec kawie trzeba dać odpocząć. Pozwolić by opadła i nieco przestygła. Dopiero wtedy jest gotowa. Oddaje to wszystko, co ma w sobie najlepsze. Smak, zapach, barwę, chwilkę wytchnienia, spokój.

Uwielbiam pić kawę, jednak chwile z nią spędzone trwają zawsze za krótko. Parząc kawę w tygielku otrzymuję szanse przedłużenia tego stanu o dodatkowy czas i wrażenia. Kawa od samego początku oddaje z siebie aromat, pozwalając cieszyć się sobą na długo przed pierwszymi łykami. Dla mnie to kwintesencja sensu jej picia. Nie efekt pobudzenia, ale sposób na zwolnienie tempa.

Nadal nie umiem parzyć kawy w sposób w jaki parzy się ja we Lwowie. Nadal nie mam w planach powrotu do tego pięknego miasta. Teraz mam jednak sposób na stworzenie tu, w moim niewielkim mieszkanku, tej specyficznej, wręcz magicznej atmosfery malowniczej ulicy Ormiańskiej. Wydobycie z filiżanki tego samego aromatu, który snując się wśród zakamarków zabytkowych kamienic, tworzy niezatarte wspomnienia tego jedynego w swoim rodzaju miejsca. Bo przecież nie do końca chodzi to gdzie parzy się mielone ziarna kawowca. Nie do końca chodzi o szczegóły receptury. Chodzi przede wszystkim o to jak się to robi. A jak? Powoli. Po prostu. Z naciskiem na bez pośpiechu. W bardzo zwolnionym tempie.