Jesienny Wiatr.

img_4984

Z czym Wam się kojarzy jesień? Ze spodkiem temperatury, krótszymi dniami, z przeziębianiem? A może z jabłkami, śliwkami, ciepłym kocykiem i kubkiem gorącej herbaty? A może z alejkami wysłanymi kobiercami wielobarwnych liści i promieniami słońca? Ja przyznam się szczerze, że mi z niczym się nie kojarzy. To znaczy z niczym dobrym. Z niczym do czego dziś chciałbym powracać.

Wbrew pozorom jest to bardzo komfortowa sytuacja. Po wypełnionym wspomnieniami lecie następuje spokojna i nieco nudna jesień. Ciągnąca się w nieskończoność pora roku, która choć piękna i intrygująca nie wzbudza we mnie zbyt intensywnych emocji. Nie zawsze tak było, ale do tego nie chce już wracać. Dziecięce lęki wywołane powrotem do szkoły, depresja zagubionego w pragnieniach nastolatka, kryzysy dorosłości. Umysłu opętanego pragnieniem ucieczki od rzeczywistości. Jesienny wiatr wraz z feriom barw i zapachów przynosił też zniechęcenie, nudę, trwogę i brak celu. Wielki, niedający się wypełnić wewnętrzny brak.

Dziś jestem wypełniony brakiem. Brakiem wspomnień, do których chciałbym wracać. Brakiem osób i zdarzeń, za którymi mógłbym tęsknić. Brakiem powodów, by nie cieszyć się taką rzeczywistością w jakiej funkcjonuję. To wspaniałe uczucie. Jestem przekonany, że nie wzięło się ono znikąd. Jest efektem doświadczenia wielu rozczarowań. Doskonale pamiętam wypełniające mnie emocje. Niekończące się wieczory, dni przepełnione brakiem akceptacji. Gdyby nie tamte trudne i bolesne chwile nie umiałbym, być może, dziś na głębokim oddechu odczuwać radości z tego co mam.

Dziś wieczory nie dłużą się w nieskończoność, a dnie wypełniają się spokojem, którego zawsze mi brakowało. Dom stał się miejscem wypoczynku i wytchnienia, a praca przestała przekraczać jego próg. Wszystko co się dzieje jest takie, jak być powinno. Synek odrabia lekcje pochylony nad swoim biurkiem, żona prowadzi jedną z niekończących się rozmów z przyjaciółkami. Nad biurkiem wisi kalendarz z zaznaczonymi datami biegów, w których będę w ciągu najbliższych tygodni startował. Moje potrzeby są minimalne, a moje wymagania nie wykraczają poza możliwości. Gdy jest chłodno ubieram się cieplej, gdy świeci słońce zakładam przeciwsłoneczne okulary, gdy czuję nadciągającą chandrę gotuję, lub piekę. Lub robię jedną z wielu innych rzeczy.

Dziś chłodny poranek i wypełniony przenikliwym ziąbem wieczór spinają klamrą kolejny dobry dzień. Dziś noc otula ciepłem puchowej kołdry. Dziś krople deszcze, smaganego siłą wichury dudnią kojąco w metalowy parapet. Dziś spacer trwa krok za krokiem i uśmiech. Wśród gubiących liście drzew i mgły. Ten, który pojawił się i trwa. Sam nie wiem od kiedy i sam nie wiem dlaczego. Który nie znika nawet wtedy, gdy jabłecznik rozlatuje się podczas krojenia, a z kruchego ciasta wyszedł mdły piasek.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 kg jabłek
4 łyżki cukru
1 łyżeczka cynamonu
0,5 łyżeczki kardamonu mielonego

200 gr orzechów włoskich
5 łyżek cukru

200 g mąki pszennej
100 g tłuszczu roślinnego
2 łyżki zimnej wody
2 łyżeczki cukru

Jabłka pokroić w drobne kawałeczki, delikatnie poddusić je z przyprawami i cukrem. Orzechy grubo posiekać. Rozpuścić cukier w garnku i dodać do niego orzechy. Prażyć aż bakalie się karmelizują. Szybko wysypać je na papier do pieczenia. Składniki ciasta wymieszać w misce na gładką masę. Zawinąć w folię i włożyć na pół godziny do lodówki. Wysmarować tłuszczem formę do pieczenia lub naczynie żaroodporne do tarty i wyłożyć ciastem dno formy lub dno i brzegi naczynia do tarty. Powierzchnię nakłuć widelcem. Piec w temperaturze 200 stopni Celsjusza przez 20-25 minut. Wyjąć ciasto i wyłożyć farsz jabłkowy. Piec kolejne 10 minut. Wyjąć i posypać wierzch cukrem, na to wysypać równomiernie karmelizowane orzechy. Piec 10 minut. Wyjąć i poczekać aż ostygnie.

Poszczególne elementy przepisu znalazłem w: Kuchnia-kuchnia.pl (masa owocowa), Slowly Veggie.pl (karmelizowane orzechy), Puszka.pl (ciasto).

Do tego jabłecznika podchodziłem dwa razy. Nie jestem jednak, póki co, do końca zadowolony z efektu. Ciasto za pierwszym razem wyszło fatalne. Piaskowa plastelina. Za drugim jest zdecydowanie lepsze. Kruche, słodkie i dobrze utrzymujące kawałki placka. Sam pomysł na ten jabłecznik był efektem chęci zrobienia jabłecznika wegańskiego. Dlatego upieram się przy tym źródle przepisów na ciasto. Jestem przekonany, że zrobiony na każdym innym cieście będzie smakował równie dobrze.

Pomimo tych potknięć uważam, że ciasto jest wielkim sukcesem i wiem, że będę do niego wracał często. Jest proste, łatwe w wykonaniu i przepyszne. Dodanie do masy jabłkowej kardamonu powoduje, że zyskuje ona wyjątkowy egzotyczny posmak. Doskonale współgra z cynamonem, cukrem i oczywiście samymi jabłkami. Orzechy wieńczą dzieło. Ich obecność od początku wydała mi się tak oczywista, że dziwię się jakim cudem do tej pory takiego połączenia nie jadłem. Doskonale wręcz harmonizują z masą jabłkową na każdej płaszczyźnie: smakowej, zapachowej i pod względem konsystencji. Delikatnie chrupiąc, przenikają w kwaskowy miąższ jabłkowych cząstek.

Dziś w moim niedużym mieszkaniu unosi się zapach jabłecznika z cynamonem, kardamonem i karmelizowanymi orzechami. Jesienny wiatr unosi go wraz ze złotymi liśćmi i w promieniach słońca wplata w moje wspomnienia. To tu i teraz tworzy się w mojej pamięci warstwa jesiennych wspomnień. Ciepłych, aromatycznych i niezwykle bogatych pod względem smakowym. W doskonałej symbiozie współgra ze spokojem jaki gości dziś w moim domu i sercu. Spokoju, który otula mnie jak ciepły podmuch jesieni.