Jej Wysokość Kanapka.

IMG_1694s

Lubię rutynę – to zdanie napisane przez Olgę, na jej blogu, rozwaliło mnie na łopatki. Być może czytałem je już wiele razy wcześniej, ale dopiero teraz wywarło na mnie aż takie wrażenie. Rutyna – pomyślałem – jak można uwielbiać rutynę? Uświadomiłem sobie jednak bardzo szybko, że ja też uwielbiam rutynę. Powtarzalność. Przewidywalność. Prostotę. Uwielbiam moją rutynę. W postaci mojej zwykłej, szarej codzienność.

Poniedziałek: na śniadanie kanapka, na kolację kanapki. Wtorek: na śniadanie dwie kromki chleba, na kolację skibka. Środa: na śniadanie połówka bułki, na kolację cała przekrojona na połowę. Czwartek: na śniadanie bagietka, na kolację kanapka. Piątek. Sobota. Niedziela. Poniedziałek. Tak od lat. Tak od dekad. Tak odkąd pamiętam. A nawet, podejrzewam, że odkąd nie pamiętam. W końcu moja pamięć nie zawsze rejestrowała tak wiele.

Kanapki towarzyszą mi stale i niezmiennie. Są tym elementem moich posiłków, który pojawiał się, pojawia i wszystko wskazuje na to, że będzie pojawiał w przyszłości. Początkowo robione przez moją mamę i babcię, zabierane w papierze śniadaniowym wszędzie tam, gdzie nie można było zjeść ciepłego posiłku. Wciśnięte w szkolny tornister, niejeden raz rozgniecione, oblepiając tłuszczem podręczniki i zeszyty. Zabierane na wycieczki, przełożone żółtym serem bułki, jedzone na kolanie w autokarach i pociągach. Nagryzane podczas przerw w nauce do matury, czy w chwilach wytchnienia pomiędzy wykładami. Później robione przez moją żonę, zawinięte w jednorazową plastikową torebkę, zjadane podczas wyliczonej co do minuty przerwy w pracy w hipermarkecie. Ułożone na prowizorycznym talerzyku z papieru i wpisane w odwieczny dylemat wyboru pomiędzy posiłkiem, a kawą z papierosem. Jeszcze później robione samemu, gdy po zmianie pracy poświęcałem im więcej czasu, podczas jednej z kilku przerw, na jakie mogłem sobie wtedy pozwolić. Stale obecne podczas domowych posiłków. Niemalże codziennie. Będąc synonimem ich nazw: śniadaniem, drugim śniadaniem, podwieczorkiem, kolacją. Zjadane w każdych możliwych warunkach. Byle i nie byle gdzie. Zjadane w towarzystwie i samotnie. W ruchu i podczas chwil przepełnionych wytchnieniem. W depresji i euforii. Na nizinach i ponad linią szczytów drzew. W pełnym słońcu i pod daszkiem przystanku PKS, chroniącym przed niekończącą się ulewą. Przy barowym stoliku i w samochodowym bagażniku, na parkingu po lasem.

Kanapki. Najprostszy znany mi i jednocześnie najbardziej genialny w swojej prostocie posiłek. Posiłek, który może być jednocześnie najbardziej nudnym i rutynowym, i jednocześnie najbardziej urozmaiconym i zaskakującym. Posiłek sam w sobie wykazujący wszystkie cechy powtarzalności i zwykłości, a jednocześnie tak bardzo nieprzewidywalny. Według definicji encyklopedycznej jest to prosta potrawa przyrządzana na bazie cienkich kromek (…) chleba, ewentualnie rozkrojonej bułki, posmarowanych masłem, okładanych (…) (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kanapka)… no właśnie. Trudno mi bowiem, nawet po głębszym zastanowieniu znaleźć produkt spożywczy, którym nie można by było obłożyć kanapki. Może poza lodami i innymi kanapkami. Zdecydowanie łatwiej jest zacząć wymieniać to, czym można kanapki urozmaicić. Począwszy od surowych roślin, poprzez surowe mięsa, aż po wędliny, sery, pieczenie, ryby, sałatki, nawet owoce. Zwłaszcza, że elementy składowe można oczywiście dowolnie łączyć. Można je wymieniać i dostosowywać do potrzeb i wymagań. Można wymieniać rodzaje pieczywa, jego kształt, grubość, długość używaną ilość. Możliwości jest praktycznie nieskończenie wiele. Drugą kwestią jest nazywanie kanapki potrawą. Dla mnie to nowość, ale przecież w pełni uzasadniona. Odpowiednie skomponowanie wszystkich elementów kanapki powoduje, że może stać się ona pełnowartościowym posiłkiem. Bogatym w składniki odżywcze, smacznym, przepięknie wyglądającym i do tego niezwykle interesującym.

Nie wyobrażam sobie dnia bez kanapek. Uwielbiam brać je w dłonie, dotykać lekko twardej skórki chleba, przegryzać się przez kolejne warstwy, czuć jak niekiedy skrajne smaki i struktury łączą się, tworząc jedyną w swoim rodzaju całość. Uwielbiam je komponować, eksperymentować z nimi, bawić się nimi jak artysta paletą barw. Uwielbiam skupiać się nad nimi i celebrować chwile ich zjadania. Uwielbiam ich wielość i jedność. Uwielbiam ich prostotę i złożoność. Nieograniczoność i zamkniętą formę. Uwielbiam to, że mogę do nich wracać. Powtarzać ulubione smaki i konsystencje oraz zapominać o nich, gdy już się nimi przesycę. Powtarzać. Codziennie. Bez znudzenia i z niesłabnącą radością.

Poniedziałek: na śniadanie kanapka z szynką, serem i pomidorem, na kolację z masłem, makrelą i świeżym ogórkiem. Wtorek: na śniadanie dwie kromki chleba z kiełbasą, pomidorem, rzodkiewką, pieprzem i solą, na kolację  z jajkiem na twardo, ogórkiem kiszonym i majonezem. Środa: na śniadanie połówka bułki z nutellą, druga z twarożkiem naturalnym i truskawkowym dżemem, na kolację kanapka z jajkiem sadzonym na bekonie, posypane startym parmezanem. Czwartek: na śniadanie kanapka z metką i ketchupem, na kolację bagietka z masłem, żółtym serem, sałatą, tuńczykiem i pomidorami. Piątek. Sobota. Niedziela. Poniedziałek. Uwielbiam rutynę. Uwielbiam jej powtarzalność, przewidywalność, prostotę. Uwielbiam wtulać się w nią i delektować poczuciem bezpieczeństwa i bezradności wobec jej potęgi. Uwielbiam ją w postaci mojej niezwykłej, wielobarwnej, cudownej codzienności. Tak prostej i ekscytującej jak kanapka.

Wpis ten nie zostanie zakończony przepisem, gdyż nie może go zawierać. Nie można bowiem stworzyć przepisu na kanapkę. To potrawa o tak ogromnych możliwościach, że choćby najmniejsza próba ujęcia jej w jakieś ramy graniczy z niemożliwością. Zależy bowiem od zbyt wielu czynników, z których dostępność składników jest równie ważna jak gust jedzącego. Kilka przepisów na moje ulubione kanapki podałem powyżej. Resztę niech dopisze pora roku, miejsce i osoba, która czyta te słowa.