Japoński Bajzel.

Wena może dopaść dosłownie wszędzie. Jest jak strzała Amora. Nie ma przed nią ucieczki, ale nie bierze się przecież znikąd. Czy zdziwiłem się, gdy ostatnio pomysł na kolejny wpis znalazłem na przystanku tramwajowym? Nie. Przecież od kilku dni w głowie mam coś więcej niż pustkę: zmianę sposobu żywienia.

Historia jak zwykle zatacza oczywiście nieco większe kręgi. Jest w nią wplątane znacznie więcej osób i zaczyna się w zupełnie innym miejscu i czasie. Wszystko zaczęło się gdy parę tygodni temu próbowałem treningowo przebiec kolejny półmaraton. Dla mnie obecnie to nadal duży wysiłek, ale już nie lada wyczyn. Tym razem nie udało mi się. Ledwo dobiłem do 14 kilometrów, kończąc trening marszem przerywanym biegiem. Nie załamałem się, ale wróciłem do domu z podkulonym ogonem.

Historia powtórzyła się po kilku treningach. Kolejne 21 kilometrów, kolejne odcięcie, eskalacja coraz gorszego samopoczucia. Wiem, że był upał, wiem że biegłem chwilowo za szybko, ale przez ostatnie 3 lata nie raz już biegałem w skwarze i poza granicą zdrowego rozsądku. Chwila zastanowienia, krótka analiza przyczyn i bolesna refleksja. Jeżeli nada będę się odżywiał tak jak do tej pory, nic się nie zmieni. A przynajmniej niewiele.

Komunikaty z zewnątrz też nie pozastawiały złudzeń. Ewa, Kamila, Paweł, Grzesiek, Michał, Jacek. Coraz dłuższe dystanse, coraz lepsze wyniki, coraz lepsza kondycja i doskonałe samopoczucie. Niby nie przeszkadzało mi, że biegam wolno i ospale, ale odstawałem coraz bardziej od najbliższych mi osób. Niby nie porównuję się do innych. Niby nie przeszkadza mi to. A jednak.

Ciążyły mi litry wypitej koli, kilogramy cukru, czekolady, ciastek, zjadane późnym wieczorem kolacje, potężne obiady, braki śniadań. Świadomie i z ogromną przyjemnością zapracowałem sobie na napęczniały żołądek i ciężki oddech. Aż do tej pory nie dość, że mi to nie przeszkadzało, to wymyśliłem sobie że taki brak stylu jest powodem do dumy. Nie muszę się odchudzać skoro nie tyję. W tym szaleństwie jest metoda.

Krok pierwszy: szukanie. Głównie poprzez rozmowy. Z nich zawsze wynika coś dobrego. Interent już coraz rzadziej do mnie przemawia. Lubię czerpać inspirację od tych, którzy wyglądają na ludzi sukcesu. Szczupły, dobrze zbudowany, opalony lub nie, wytatuowany lub nie, wyglądający jak ja w moich własnych marzeniach. Pierwsze wnioski to powtarzanie oklepanych komunałów: śniadanie to podstawa, dużo wody, mniej cukru, nie na noc ale od rana. Kolejne to słuchanie własnego organizmu i reagowanie na jego potrzeby.

Krok drugi: akceptacja. Zmiany nie mogą być rewolucyjne. Zmiana sposobu myślenia jest najważniejszą, kolejne są jej konsekwencją. Skacząc na głęboką wodę można się utopić, wchodząc do niej powoli co najwyżej ostudzić zapał. A tego właśnie było mi potrzeba. Zdrowego rozsądku, a nie skakania w przepaść. Nie schudnę w ciągu jednego dnia. Nawet nie powinienem, ale drobne zmiany mogę wprowadzać od zaraz. Zmieniać je na nawyki. Tak by nowość stawała się codziennością.

Krok trzeci : działanie. Bez tego ani rusz. W teorii wszystko jest genialne. W starciu z praktyką już nie do końca. Odstawienie kolacji okazało się jeszcze niewykonalne. Wieczorna walka z lodówką skazuje mnie od razu na porażkę. Śniadania, rezygnacja ze słodyczy, słodzonej kawy, większa ilość wody. To już bardziej realne. Urozmaicenie posiłków. Większy nacisk na surowe owoce i warzywa. Jak najbardziej. Jeszcze nie przeszedłem na weganizm.

W takim stanie dopadła mnie reklama na przystanku. Zachwyciła mnie miska wypełniona białym ryżem, surowym łososiem, surowymi, pociętymi w paski warzywami, kiełkami i kawałkami nori. Obok stała miseczka z sosem sojowym i wasabi. To było sushi, ale w stanie całkowitej dekompozycji. Genialne.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Powoli Po Prostu. (@powolipoprostu.pl)

Przepis z którego skorzystałem:

1 szklanka ryżu do sushi
4 łyżki octu ryżowy
4 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki soli
ulubione dodatki do sushi
płaty nori

Ugotować ryż według przepisu na opakowaniu. Do niewielkiego garnka wlać ocet, dodać cukier i sól. Podgrzać i gotować, mieszając aż cukier i sól się rozpuszczą. Do ugotowanego ryżu dodać marynatę do smaku i delikatnie całość wymieszać. Pozostawić do ostudzenia. przygotować dodatki. Pokroić je w paski, kostkę, według upodobań. Paski nori poszarpać na małe kawałki lub pociąć w paski lub kostkę. Włożyć do miski ryż i poukładać na wierchu dodatki lub wymieszać je z ryżem. Skropić całość sosem sojowym. Jeść z wasabi.

Nie będę się rozpisywał na temat dodatków na tego dania. Nie ma o czym pisać. Wszystkie informacje o sushi zamieściłem już we wpisie Encyklopedia Sushi. Najprościej rzecz ujmując, należy dodać do ryżu to co aktualnie najbardziej lubisz, doprawić całość sosem sojowym i jeść z wasabi, przegryzając marynowanym imbirem.

Wypisz wymaluj sushi, ale w zupełnym nieładzie. Doczytałem, że nawet ten sposób podania kwaśnego ryżu Japończycy nazwali i usystematyzowali. To chirashi-zushi czyli rozrzucone sushi. Danie jest o tyle ciekawe, że nie wymaga żadnych umiejętności i może się składać dosłownie z wszystkiego. Charakteryzuje je brak jakichkolwiek ograniczeń. Ja do swojego dodałem wędzonego łososia, ogórka, omlet tamago, szczypiorek, pokrojone nori, nektarynkę i surową marchew. Jadłem pogryzając dodatki w dowolnej konfiguracji, łącząc je w najbardziej wymyślne zestawienia.

Taki lunch box jest doskonale skomponowanym, pełnowartościowym posiłkiem, który ma nieograniczone wręcz możliwości. trudno nawet stwierdzić czy może się znudzić. A nawet w razie jakby to w zanadrzu mam jeszcze miseczki Buddy z wpisu Czysta Sprawa.