Jak Przebiegłem 5 Kilo.

Odpowiedź na to pytanie zawiera się w nazwie tego bloga. Przebiegłem po prostu. Bez rywalizacji, z przyjemnością ale nie z dnia na dzień. Przygotowywałem się do tego wyczynu przez kilka miesięcy. A jak? Pierwszy raz w życiu… powoli.

Wszystko zaczęło się parę lat temu gdy postanowiłem zrewolucjonizować swój dzienny schemat odżywiania i kosztem porannych posiłków powiększyłem posiłki wieczorne. Skutki nie były odczuwalne, ani widoczne od razu. Tak samo jak nie da się schudnąć w ciągu kilku dni, tak też żeby przytyć trzeba się o to wręcz postarać. Mi się udało. Skutecznie. Przez kilka lat cierpliwie i nieustępliwie pracowałem nad przyrostem swojej masy, dbając jednocześnie o spadek kondycji i całkowite wykluczenie z mojego planu dnia jakiejkolwiek formy aktywności fizycznej.

Przez kilka lat nic z tym oczywiście nie robiłem. Nie znaczy to, że nie próbowałem. Oczywiście, że próbowałem i to wiele razy. Żadne moje działanie nie zakończyło się jednak trwałym sukcesem. Problemem nie było brak zaangażowania, brak wiedzy, brak czasu czy brak możliwości. Problemem był pospiech i niekontrolowany, słomiany zapał. Poruszony jakimś ekscytującym pomysłem, bez namysłu rzucałem się w wir wydarzeń, dawałem ponieść fali nieskrępowanego entuzjazmu i wypalałem szybciej niż nastolatek za pierwszym razem. Wspomnę tylko o jednym epizodzie. W ciągu 6 miesięcy, niesiony na skrzydłach idei, schudłem parę kilogramów. Odzyskałem je w ciągu kolejnych trzech, bez większego wysiłku. Praktyka czyni mistrza.

Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu. Pewnego wieczoru nieopatrznie stanąłem bokiem do lustra. Zdarzało mi się to wiele razy wcześniej, ale przedtem tylko patrzyłem. Teraz zobaczyłem. W końcu musiał nadejść ten pierwszy raz i jak to czasami z pierwszymi razami bywa… bolało. Ogrom moich zaniedbań przerósł nie tylko moje wyobrażenia ale i mnie. Stanąłem w obliczu rzeczywistości, albo raczej starłem się z jej wielkością. Użycie wagi było, w tym wypadku, zbędną formalnością. Potwierdziło tylko niezbite fakty. Jako, że mężczyźni nie rozmawiają o liczbach nie podam ani ich rzędu, ani nawet przybliżonej wielkości. Powiem tylko jedno. Gdybym nieopatrznie pośliznął się na basenie, stracił przytomność i wpadł do wody, to niejeden ratownik miałby problem z wykonywaniem swoich zawodowych obowiązków.

Nauczony kilkoma bezskutecznymi doświadczeniami postanowiłem nieco inaczej podejść do problemu. Wiedziałem już, że skupianie się na odległym celu w moim wypadku po prostu nie działa. Bardzo jednak chciałem coś zmienić. Znaleźć sposób, motywację, plan, który pozwoli mi osiągnąć trwałe rezultaty. Zmiany nie tylko fizyczne, ale również zmiany psychiczne, w stylu życia i sposobie myślenia. Mając na uwadze moje dotychczasowe osiągnięcia, mogłem mieć tylko nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Momentem przełomowym była zupełna zmiana mojego nastawienia. Wiedziałem już, że muszę mierzyć siły na zamiary i nie zakładać zbyt odległego celu. Ale dopiero teraz uświadomiłem sobie, że muszę tak naprawdę zupełnie zmienić cel. Postanowiłem więc, że nie mam zamiaru się w ogóle odchudzać.

To był kamień milowy w moim podejściu do tematu. Zupełnie zmieniło to moje samopoczucie. Z barków spadł mi ogromny ciężar. Wreszcie niczego nie musiałem. Nie musiałem przechodzić na dietę, nie musiałem zmieniać nawyków żywieniowych, nie musiałem odmawiać sobie słodyczy ani owoców, nie musiałem regulować godzin posiłków, nie musiałem pić tylko wody i jeść baniek mydlanych, nie musiałem, nie musiałem i jeszcze raz nie musiałem. To jednak nie wszystko. Gdyż, wypowiadając ten magiczny zwrot na jednym wdechu wypowiadałem też inne zaklęcie: chciałem. Zapragnąłem wręcz, niczego nie musząc, coś chcieć. I zachciałem zacząć biegać. Metodycznie, w oparciu o określony plan, uzbrojony po zęby w niezbędny ekwipunek, zacząć uprawiać bieganie. Aktywować się fizycznie i robić to bez żadnego innego celu. Zachciałem by celem mojego biegania było tylko bieganie. Nic więcej.

Wszystko zaczęło się w lutym tego roku. Odłożyłem parę złotych i kupiłem parę butów do biegania. Buty to podstawa. Nie były to buty sportowe, w których mógłbym biegać. Były to specjalistyczne buty biegowe, przeznaczone do biegania po asfalcie dla osób z tendencją do pronacji. Buty, wyprodukowane do konkretnego rodzaju aktywności fizycznej. Koszulki, spodenki już miałem. Należało więc dokupić tylko skarpety biegowe, zegarek ze stoperem interwałowym, bieliznę termoaktywną, bluzę, czapkę i rękawiczki na chłodniejsze dni. Nic nie stało już na przeszkodzie by wdrożyć w życie moje zamierzenia. Jedyne co musiałem jeszcze zrobić to znaleźć plan, który pozwoliłby mi bezpiecznie przejść proces adaptacji organizmu do nowego sposobu wykorzystania samego siebie. Plan był mi potrzebny z dwóch powodów. Po pierwsze nie mogłem traktować biegania jako dodatkowej czynności. Wychodząc z domu musiałem wychodzić w tym konkretnym celu, tak by nie umknęła mi jego waga. Po drugie wiedziałem, że z moją nadwagą i brakiem kondycji nie mogę niczego robić samodzielnie, bez żadnej kontroli. Rozwiązanie na szczęście było na wyciągnięcie ręki. Znalazłem doskonały plan biegowy o wiele mówiącej nazwie Od kanapowca do biegacza. Plan był skonstruowany idealnie. Zakłada on nie tyle osiąganie celów biegowych ile wprowadzenie w życie przyszłego biegacza zmian, które pozwolą bezpiecznie i świadomie się rozwijać. Niczego lepszego już nie potrzebowałem. Droga stanęła przede mną otworem.

Co wydarzyło się dalej? Realizacja planu przeciągnęła mi się z 14 tygodni do ponad 20. W międzyczasie musiałem nieco modyfikować założenia. Nie wpłynęło to jednak na ogólny postęp. Wydłużyło go tylko nieco w czasie. Po kilku tygodniach, gdy zakończyłem etap marszy, dołączyła do mnie żona. Biegaliśmy coraz dłużej, coraz częściej. Proporcje marszów do biegów zaczęły się stopniowo zmieniać. Samo bieganie nie męczyło już mnie tak bardzo, aż nagle pewnego dnia przebiegliśmy ciągiem 25 minut. Kolejnego 30 minut. Kolejnego 5 kilometrów. Dziś wystartowaliśmy w biegu na tym właśnie dystansie i tym sposobem uczciliśmy rocznicę naszego ślubu. Dla mnie to więcej niż sukces. Dla mnie to zachęta do dalszej pracy. Nie tylko w bieganiu.

Dzisiejszy bieg nie jest ani końcem, ani początkiem. Jest etapem. Następny cel jaki sobie stawiam na kolejne pół roku to utrzymanie ciągłości biegów. Systematyka i konsekwencja. Jeżeli to mi się uda osiągnąć, pomyślę o kolejnym etapie. Nie jestem jednak skłonny, przynajmniej w tym momencie, na podejmowanie wygórowanych wyzwań. Nie mam zamiaru przebiec maratonu, wzięcia udziału w Biegu Rzeźnika czy zaliczenia korony polskich Tatr. Nie mam takich ambicji, ani nie uważam, że powinienem mieć. Nie każdy kto wszedł na Giewont musi zdobyć Mount Everest, nie każdy ukończył 18 lat musi mieć prawo jazdy, nie każdy chłop z widłami to Neptun. Niestety nie zawsze tak myślałem. Przez większość życia funkcjonowałem w świecie iluzji, który nie aprobował twardych reguł gry. Na samych marzeniach nie da się zbudować sukcesu. Większość podejmowanych przeze mnie działań kończyła się fiaskiem. Przyrost ambicji zupełnie odbierał mi motywację do systematycznej i rzetelnej pracy. Biorąc gitarę go ręki od razu chciałem być Joe Satrianim, trenując sztuki walki zdobywcą najczarniejszego pasa na świecie, zaczynając studia wykładowcą z orderami.

Pierwszego dnia gdy zakładałem buty i brałem w rękę kije do Nordic Walking, przeszło mi przez myśl, że będzie wspaniale gdy do końca roku uda mi się przebiec 5 minut. Ciągiem, bez zatrzymywania się, bez konieczności wzywania karetki na zakończenie. Osiągnąłem ten cel. Przekroczyłem go nawet kilkukrotnie. Zdarzyło się coś jeszcze. Schudłem przez ten czas około pięciu kilogramów. Biorąc pod uwagę fakt całkowitego zaniedbywania ilości i jakości posiłków, to nie lada sukces. Co więc dalej? Nie wiem. Nadal nie mam zamiaru się odchudzać. Nadal mam zamiar nie przestawać biegać. Jestem pewien, że za chwilę organizm sam zacznie się dopominać o zmiany w sposobie żywienia. Już teraz odczuwam poranne skutki zbyt późno zjedzonych posiłków. Zadyszka przypomina mi o jeszcze kilku zbędnych kilogramach, a mięśnie nóg nie są w stanie szybciej i sprawniej pracować, dźwigając zbyt duży ciężar. Obserwuję sam siebie i nie zadaję zbędnych pytań. Cieszę się gdy rano, przy paskudnej pogodzie uda mi się zwlec z łóżka, ubrać, nastawić timer w zegarku i biec dopóty, dopóki na jego wyświetlaczu nie pojawią się same zera. Na dziś to w zupełności wystarczy.

Zakupowi moich pierwszych butów do biegania nie towarzyszyło wahanie. Pracowałem w tym czasie w sklepie sportowym, więc zarówno fachową wiedze jak i odpowiedni asortyment miałem pod ręką. Wiem, że to trudny do osiągnięcia ideał. Jako doświadczony sprzedawca wiem, że zakup butów biegowych musi być przemyślany i poparty odpowiednim rozeznaniem rynku oraz podstawowymi wiadomościami z zakresu anatomii. Odpowiednie informacje można znaleźć w wielu miejscach w internecie, ale w niewielu są one rzetelne i wyczerpujące. Doskonałym źródłem informacji na ten temat jest wpis Buty Do Biegania, który znalazłem na stronie Droga Do Siebie. Dzisiejszy wpis nie ma przepisu, o to nie wpis kulinarny. Ma jednak przepis biegowy. Idealnie dopasowany i zaspokajający głód wiedzy. Przepis na wybór odpowiednich butów do biegania.