Jaglana Ekstaza.

1169297_761367723997720_121416706_n

Nie lubię kaszy jaglanej. Nie mogę nawet o niej myśleć. Wzbudza we mnie wewnętrzny sprzeciw. Jest jedyną znaną mi kaszą, która wywołuje we mnie takie, a nie inne uczucia. Natomiast ilekroć po nią sięgam, to prawie zawsze ze zdumieniem odkrywam, że nie tylko da się ją zjeść, ale wykonane z jej udziałem dania są po prostu przepyszne. Paradoks? Nie. Kwestia sposobu.

Kaszę jaglaną znam od niedawna. O jej istnieniu dowiedziałem się z internetu na fali fascynacji, jaką wzbudza od kilku lat. Fora, blogi, portale rozpisują się o jej zaletach, zbawiennym wpływie na organizm, przydatności w różnorakich dietach. Młode atletki, profesjonalni dietetycy, osoby cierpiące na chorobę trzewną wychwalają pod niebiosa jej wartości odżywcze i potencjał energetyczny. Cała sieć pęka wprost od przepisów i sposobów na jej przygotowanie. Swojego rodzaju moda na kaszę jaglaną rozprzestrzeniła się również w świecie realnym. Powstały książki, wypełnione przepisami, poradami oraz dietami opartymi na kaszy jaglanej. Kasza jaglana obecna jest w specjalistycznej prasie i fachowych wydawnictwach. Wśród pochwalnych peanów brakło mi jednak jednego bardzo istotnego elementu, który podczas mojego kontaktu z kaszą jaglaną ma dla mnie wyjątkowo duże znaczenie. Mało kto pisze mianowicie o tym, że kasza jaglana przy całej swojej wspaniałości może być po prostu niedobra. Wręcz bardzo niedobra. W zasadzie nie pisze o tym nikt. Nikt też o tym nie mówi. Pojedyncze głosy używają eufemistycznego zwrotu specyficzna. W zasadzie jedyną znana mi osobą, która lojalnie ostrzegała mnie przed kaszą jaglaną była moja żona. Ale o tym jak bardzo jej nie lubię musiałem się przekonać już sam. Mam tu na myśli oczywiście kaszę.

Nasz pierwszy kontakt wcale nie był taki zły. Zarażony optymizmem internetowych entuzjastów i głosów moich niektórych znajomych, którzy kaszę jaglaną uwielbiają, zacząłem szukać w sieci odpowiedniego przepisu. Znalazłem przepis na Brownie, które oparte było na tej właśnie kaszy. Ciasto wyszło przepyszne, dziwiłem się więc skąd w mojej żonie tyle niechęci. Dopiero gdy spróbowałem kaszę jaglaną w czystej postaci zrozumiałem, co ma na myśli. Podczas robienia kolejnego Brownie nadmiar kaszy postanowiłem zjeść klasycznie, z gulaszem. Nie mogę powiedzieć, że wtedy mi nie smakowała. Ja doznałem szoku. Nie byłem w stanie tego przełknąć. Mało tego. Ten sam zestaw obiadowy zaserwowałem naszemu synkowi, który bardzo lubi kaszę. W każdej postaci. Dodam, że jest jedynym znanym mi dzieckiem, które zajada się kaszą gryczaną. I to bez dodatków. Po spróbowaniu jaglanej odmówił dalszej współpracy i stwierdziwszy, że obiad jest jakiś dziwny oddalił się od stołu w jednoznacznym milczeniu. Kasza jaglana w naszym domu nie zagrzała miejsca.

Ja się jednak nie poddałem. Uznałem bowiem, że tyle milionów osób nie może się mylić. Gust gustem, o tym się nie dyskutuje, ale internet, publikacje, diety… Za tym przecież też stoją ludzie. Z krwi i kości. Nie mogliśmy być jedynymi osobami na świecie, którym kasza jaglana nie jest w stanie przejść przez gardło. Uznałem więc, że nie mogę tematu odpuścić. Postanowiłem znaleźć na kaszę jaglaną sposób.

Pierwszą moją myślą była kwestia kolizji smaków. Pyszne Brownie kontra niejadalny obiad. Słodkie kontra słone. Ciasto kontra mięso. Moje wątpliwości rozwiał jabłecznik, który zrobiłem parę tygodni później. Okazało się bowiem, że problemem nie było zestawienie smaków. Problemem była konsystencja i posmak. Zarówno gulasz jak i jabłecznik robiłem z kaszy ugotowanej i wymieszanej z pozostałymi elementami. Drobne kuleczki, które wyjątkowo drażnią nie tylko moje podniebienie pozostały w tych wyrobach nadal małymi kuleczkami, które drażnią nie tylko moje podniebienie. Inaczej sprawa miała się z Brownie. Kasza przed dalszym wykorzystaniem w tym cieście, została przeze mnie dokładnie zmielona, tworząc jednolitą, pozbawioną grudek i kontrowersyjnych kuleczek masę. Ani gulasz, ani jabłka nie zlikwidowały również jej nieprzyjemnego posmaku. Natomiast pokaźna ilość kakao oraz ekstremalnie gorzka czekolada w Brownie całkowicie rozwiązały ten problem.

Mając na uwadze moje doświadczenia wiedziałem już, że jedynym możliwym dla mnie i moich bliskich sposobem na dalszą współpracę z kaszą jaglaną jest pozbawienie jej tych dwóch, kluczowych elementów: smaku i konsystencji. Bogatszy w tą wiedzę kolejne przepisy rozpatrywałem już tylko i wyłącznie pod kątem tych wymagań. Nie mogę powiedzieć, żebym zatopił się w poszukiwaniach. Po prostu za każdym razem, gdy widziałem coś wykonanego na bazie kaszy jaglanej zwracałem uwagę na to, jak i z czym jest przygotowywana. Po kilku miesiącach rozłąki trafiłem w końcu na przepis, który wzbudził nie tylko moje zainteresowanie, ale przede wszystkim zaufanie. Był to podany przez Jakuba Kuronia przepis na Raffaello z Kaszy Jaglanej.

Przepis, z którego skorzystałem:


250g kaszy jaglanej
500 ml mleka (może być mleko roślinne)
150 ml mleka kokosowego
3 łyżki odtłuszczonego mleka w proszku
pół łyżeczki aromatu waniliowego
120g cukru pudru (można go zastąpić miodem)
200g wiórków kokosowych
100g migdałów

Kaszę przepłukać wrzątkiem i gotować w mleku i mleku kokosowym przez 18-20 minut. Dodać aromat waniliowy. Pozostawić do przestygnięcia. Zalać wrzątkiem migdały. Poczekać 5 minut i obrać je ze skóry. Wystudzoną kaszę rozdrobnić blenderem na gładką masę, miksując dodawać cukier, mleko w proszku i ok 50 g wiórków kokosowych. Z przygotowanej masy formować kulki z migdałem w środku o średnicy ok 2,5 cm. Obtaczać gotowe kulki w wiórkach kokosowych.

Przepis na podstawie Raffaello z Kaszy Jaglanej, znalazłem na instagramowym profilu Gotuj z Kuroniem. Jakub Kuroń.

Przepis ten początkowo nie przykuł mojej uwagi. Pomyślałem, że to kolejna nieudana próba podrobienia jednego z najlepszych, moim zdaniem, wyrobów cukierniczych jaki kiedykolwiek powstał. Użyty w nazwie wyraz jaglanej stał się niemalże przysłowiowym gwoździem do trumny tego przepisu. Jedynym w zasadzie powodem, dla którego w ogóle do przepisu zajrzałem, był jego autor. Instagramowy profil Jakuba Kuronia obserwuję od dawna i zdążyłem poznać na tyle jego pracę, by bez zbędnych uprzedzeń cierpliwie poczekać aż umieści przepis pod zdjęciem. Pochylając się nad nim podjąłem szybką decyzję o wykonaniu Raffaello z Kaszy Jaglanej. Intuicja mnie nie myliła. Przepis od samego początku okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, a końcowy efekt wprowadził w osłupienie nie tylko mnie i nie tylko moją żonę.

Cudowny, lekki, egzotyczny aromat kokosa w połączeniu ze słodkim zapachem wanilii oraz mleka i miodu wypełnił nasza małą kuchenkę w ciągu kilku chwil od połączenia wszystkich składników. Wywołując w domu atmosferę błogiego odprężenia, pobudził apetyt na wykluwające w moich dłoniach niewielkie kuleczki o delikatnym kremowym zabarwieniu. Obtoczone w rozsypanych na talerzyku wiórkach kokosowych, niepozorne kuleczki stawały się wkrótce niemalże idealną kopią oryginału. Pierwsze kęsy potwierdziły, rodzące się podczas przygotowań przypuszczenia. Raffaello z kaszy jaglanek do złudzenia przypomina przemysłowy produkt włoskiego koncernu. Nie tylko z wyglądu. Jest jego niezwykle smaczną i aromatyczną wersją, której bardzo daleko do miana podróbki. Obecność migdała, zatopionego we wnętrzu kulek, w oczywisty sposób podnosi walory smakowe i wzbogaca konsystencję tego wyrobu.

Czy Raffaello z Kaszy Jaglanej jest dobre? Tak. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Pokaźna liczba kulek, która wyszła z tego przepisu wystarczyła, bym obdarował nimi kilkanaście osób. Każda z nich, niezależnie od tego czy lubi oryginał czy nie, potwierdziła tylko to co napisałem wcześniej. Nikt nie podważył słuszności nadania tym kulkom tej samej nazwy co włoskim pralinkom. Nikomu nie przyszło do głowy by doszukiwać się różnic. A o tych można by napisać oddzielny artykuł. Podkreślając w nim wartość głównego składnika, z jakiego domowe Raffaello zostały wykonane. Nielubianej przeze mnie, ale wypełnionej po brzegi witaminami i minerałami, bezglutenowej pozbawionej emulgatorów oraz substancji spulchniających kaszy jaglanej.

Brownie, o którym pisałem zrobiłem według przepisu Jaglane Brownie z Musem Truskawkowym. Przepis znalazłem na blogu Kuchnia Nastrojowa