Grzybki Marynowane. Arcydzieło w Słoiku.

Przez lata byłem przekonany, że przygoda z grzybkami w octowej marynacie zaczyna się tuż przed odkręceniem słoika. Chwila wysiłku, metaliczny dźwięk odkręcanej przykrywki, jeden wprawny ruch widelca i już mogłem rozkoszować się ich niepowtarzalnym smakiem. Nie interesowało mnie to kto jest odpowiedzialny za to niewątpliwe arcydzieło kulinarne, ani jak same grzybki znalazły się w słoiku. Nie interesowało mnie to dopóty, dopóki w mojej rodzinie interesowano się zbieraniem grzybów. Zainteresowanie zbieraniem powoli zanikło, ale ochota na grzybki, marynowane w zalewie octowej pozostała.

Należało więc w końcu wziąć sprawy w swoje ręce. Jak większość podejmowanych przeze mnie działań, to również nie wymagało ani wielkich nakładów finansowych, ani specjalistycznej wiedzy, ani drogich i do niczego innego niepotrzebnych narzędzi. Wystarczyło tylko podjąć decyzję i zrealizować swój plan. A był on bardzo prosty: wstać przed świtem, dojechać do najbliższego lasu, spędzić tam jakiś czas i znaleźć jadalne grzybki. Surowiec niezbędny do wykonania tej przekąski.

Z wczesnym wstawaniem nie miałem żadnego problemu. Za pierwszym razem nawet przesadziłem z gorliwością i wstałem tak wcześnie, że w lesie znalazłem się długo przed świtem. Doświadczenie jest jednak najlepszym nauczycielem. Gdy kolejnym razem wsiadłem do autobusu, dotarłem na miejsce o rozsądniejszej godzinie w towarzystwie wystarczającej ilości światła. Właśnie na miejsce. Przez lata wpajano mi, że Grzybobranie może odbywać się tylko w miejscach bardzo oddalonych od miejsca zamieszkania. Musi wiązać się z długim dojazdem i koniecznością zagospodarowania przynajmniej jednego dnia wolnego, a najlepiej nocy i dnia, albo kilku dni. Grzybobranie pisane oczywiście wielką literą i takie, z którego przywozi się ilości grzybów przekraczające potrzeby przeciętnej rodziny. Nic bardziej mylnego. Na szczęście mogłem ten mit skutecznie obalić. Okazało się bowiem, że dosłownie kilka kilometrów od mojego miejsca zamieszkania jest las, w którym z powodzeniem mogę nie tylko szukać, ale również znajdować grzyby. Nie spodziewałem się oczywiście zbyt dużego zbioru, dlatego każda przywieziona przeze mnie ilość w zupełności mnie zadowalała. Las, do którego jeżdżę, jest położony tak blisko, że mogę do nich dosłownie podjechać. Nawet na kilkadziesiąt minut. Przed pracą. Postępując w ten sposób, w ubiegłym sezonie uzbierałem grzybów na 8 słoiczków i porządną torebkę suszu.   No tak, ale jakich grzybków? No właśnie. Powstaje tu poważny, obarczony konsekwencjami problem. Jak osoba niedoświadczona może, nie ryzykując zdrowia i życia, sama zacząć zbierać grzyby? Zaznaczam, że w chwili moich pionierskich grzybobrań, nie miałem nikogo, kto mógłby mnie przypilnować. Nie miałem zamiaru oczywiście iść na żywioł. Mam na tyle zdrowego rozsądku, że zdaję sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństwa, grożącego osobie początkującej. Przed wyjściem w las zaopatrzyłem się więc w atlas grzybów. Popytałem też znajomych o najbardziej popularne i najłatwiej rozpoznawalne gatunki, które występują w okolicy. Dowiedziałem się przy okazji, które należy omijać, gdyż łatwo je pomylić z trującymi. Dowiedziałem się też, żeby nie opierać swojej decyzji na intuicji: nie masz pewności, nie zbierasz – grzmiał głos rozsądku. Po każdym więc wyjeździe do lasu lądowałem z wiaderkiem u sąsiadek, sąsiadów, znajomych, rodziców i dopytywałem o jego zawartość. W końcu, po jakimś czasie, nabrałem przekonania, że mogę bezpiecznie, bez ryzyka, z niemalże stuprocentową pewnością zbierać… podgrzybki.

Inne gatunki grzybów też mi się rzecz jasna trafiały, ale nie warto o nich nawet wspominać. Jeden koźlarz i kilka prawdziwków to nie zbiór. Ale do rzeczy. Schody wreszcie się skończyły. Zaopatrzony w podgrzybki i dobre chęci przystąpiłem do ostatniego etapu mojego planu, przetwarzania. Przepisu na marynatę nie próbowałem szukać. Na własnej skórze doświadczyłem już wiele razy smaku niesmacznych, moim zdaniem, grzybków marynowanych. Wiedziałem, że grzebanie w sieci czy książkach kucharskich może skończyć się katastrofą. Postanowiłem więc przepis znaleźć i zwrócić się o pomocy do osoby, której grzybki jadłem od lat. Była nią moja własna ciocia. Jej marynowane czarne łebki, kurki, maślaki czy prawdziwki zawsze były dla mnie wzorem i stanowiły punkt odniesienia w ocenie innych. Ciocia stosowała bowiem zalewę, która była i jest dla mnie idealna. Kwaśna i słodka jednocześnie, lekko szczypiąca w język, z wyraźnym posmakiem gorczycy i ziela angielskiego, z dodatkowym bonusem w postaci chrupiących, słodko-kwaśnych marchewek i, ale to już jak kto lubi, krążków cebuli.

Przepis, z którego korzystałem:

grzyby
1 szklanka octu
3 szklanki wody
listek laurowy
3 ziarenka ziela angielskiego
10 ziarenek czarnego pieprzu
czubek łyżeczki białej gorczycy
łyżka cukru
szczypta soli
2 małe cebule
marchewka

Grzyby obrać, wyczyścić, obmyć i osuszyć. Gotować w osolonej wodzie przez 30-40 minut. Odcedzić i ostudzić. Cebulę i marchewkę pokroić w krążki. Do przygotowanych słoików układać po kilka krążków cebuli i marchewki. Grzyby przełożyć do słoików. Składniki zalewy połączyć ze soba i zagotować. Grzyby zalać gorącą zalewą a słoiki szczelnie zakręcić. Tak przygotowane słoiki nie wymagają dodatkowego gotowania. Będą gotowe do spożycia po kilku dniach.

Specjalnie nie podaję ani ilości grzybów, ani słoików. Przepis tego nie wymaga. Poza tym nie da się przewidzieć na ile grzybów czy słoików starczy litr zalewy. Wszystko zależy od wielkości surowca i pojemników, od tego jak ciasno grzyby będą poukładane w słoikach oraz od tego ile dodamy cebuli i marchewki. Ja wkładam po 2-3 krążki jednego i drugiego na mały, ćwierćlitrowy słoik. Trzeba samemu popróbować i dobrać odpowiadające smakowi proporcje.

Na zakończenie nawiąże jeszcze do tytułu. Stosowanie określenia arcydzieło do swoich własnych wyrobów jest zazwyczaj objawem co najmniej megalomanii. W tym wypadku użyłem go jednak świadomie i nie dla własnej chwały. Zrobione przeze mnie grzybki marynowane są, jak już wspomniałem, według mnie idealne. Niczego im nie brakuje. Niczego nie mają zanadto. Spełniają wszystkie moje oczekiwania dotyczące tej przekąski. Są również, moim zdaniem szczególnym osiągnięciem sztuki kulinarnej. Wymagającym wiedzy, czasu oraz energii i na dodatek nie są mojego autorstwa. Ja tylko wykonałem pracę na podstawie zewnętrznych wytycznych. Spełniłem rolę czeladnika, który wyuczony przez swojego mistrza, jedynie kontynuuje jego dzieło. Dodajmy bez zbędnej skromności: Arcydzieło.

  • Niewiarygodne jak lenistwo i olewactwo wygrało ze łakomstwem. Ja z grzybów to tylko Rydze i kanie lubię Biorąc pod uwagę Twój poziom wiedzy nt grzybów śmiem wątpić ze wiesz o czym pisze 😉 KOT tu był 😉

    • Hahaha 🙂 Truestory Renia 🙂 Dla mnie to postaci z gruzińskich kreskówek właśnie wymieniłaś, więc nie zweryfikuję Twojej wiarygodności 😛 Dzięki KOT-cie za dobrą robotę 🙂

  • Aaaaaaa! „Nienawidzę Cię” , rozumiesz? „Nienawidzę” Zjadłam w tym tygodniu ostatni słoik, do następnych jeszcze daleko. A Ty mi tu wyjeżdżasz z grzybkami. Ech… Grzybki marynowane powodują w mojej głowie ekstazę i wcale nie mam na myśli tych trujących. 😛 No uwielbiam po prostu. Z całego procesu grzybobrania najbardziej lubię ten moment… kiedy otwierasz słoik… zanurzasz widelec i… zjadasz wszystkie naraz. 🙂 Popłaczę sobie teraz cichutko z wielkiej tęsknoty za grzybkiem marynowanym.. Niedobry Ty! Za karę przy następnych grzybach wykorzystam Twój przepis. Albo zrobię wg niego pieczarki. O!

    • Jak to mówi artystka w tekście piosenki… „Bierz co chcesz” 😀 No i daj koniecznie znać jak Ci smakowało 🙂 Pozdrawiam!

      • Biorę wszystko co tylko tu masz. 🙂 I wszystko przetestuję. Powoli i stopniowo. I za każdym razem dowiesz się pierwszy jak mi poszło. 🙂

  • Ja zawsze byłam rodzinnym niejadkiem i nie ruszałam dań rzeczy którymi zajadali się wszyscy min: sery pleśniowe, kiełbasy, salami, ryby, oliwki, GRZYBKI MARYNOWANE, itp Dla mnie obślizgłe i nadal n=ich nie jadam 🙂
    Ale te Twoje wyglądają tak apetycznie że być może po spróbowaniu moja awersja by minęła 😉