Grochem O Mur.

Jeszcze tego brakowało, żebym świadomie i bez przymusu sięgał po raz kolejny po wegańskie przepisy. No ale cóż. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jedyne co mogę napisać to, że nie mam wyrzutów sumienia. To co wylądowało na moim talerzu w zupełności zrekompensowało wątpliwości.

Zadeklarowany miłośnik mięsa. Człowiek, którego poglądy są tak skrajne, że nie wygłasza ich publicznie. Człowiek, który uważa, że rośliny to jedzenie jego jedzenia. Człowiek, któremu wystarczy pęto kiełby i musztarda, żeby osiągnąć szczyt rozkoszy kulinarnych. Tego samego człowieka los doświadczył czterema latami weganizmu. Błędy młodości. Temu samemu człowiekowi wystarczy podetknąć pod nos garstkę warzyw, nasion, bylin i przypraw i leci w temat jak pies za gnatem. Ot, taka kulinarna chorągiewka.

Uwielbiam mięso w każdej postaci, jednakże jeszcze bardziej lubię dobre samopoczucie. To pamiętam doskonale. Mając 20 lat żywiłem się tylko i wyłącznie produktami roślinnymi. Czułem się doskonale no i co najważniejsze jadłem tyle ile chciałem i nie tyłem. Wiem, że czas robi swoje. Dziś już nie mam szansy na sylwetkę czy na formę dwudziestolatka, ale na dobre samopoczucie nigdy nie jest za późno.

Jak wspominałem w poprzednim wpisie, widzę potrzebę zmiany stylu żywienia. Świadomie nie używam słowa diety, bo to słowo które nosi w sobie poważny ładunek emocjonalny. Naszpikowane jest frustracją i wyrzeczeniami. Z drugiej strony zawiera w sobie sprzeczność, o której teraz mówi się otwarcie, kiedyś nie wspominano w ogóle. Dieta to przecież sposób żywienia. Muszę więc zmienić, innymi słowy dietę, a nie na nią przejść.

Wspominałem też, że jeszcze nie wracam do weganizmu. Myślę sobie, że fajnie by było znów poczuć się jak dwudziestolatek, ale wiem że nie chcę tego rozbić za cenę jakichkolwiek wyrzeczeń. Za bardzo lubię mięso. Potrafię je przecież przygotować na zbyt wiele sposobów. Wyczarować z niego zbyt wiele nieziemskich doznań. Dlatego tak drastyczna zmiana nie wchodzi w grę. Daje mi jednak nowe możliwości.

Na łamach tego bloga znaleźć można kilka przepisów, które oparte są na braku produktów pochodzenia zwierzęcego. Ten nie będzie więc ani pierwszym, ani specjalnie odkrywczym. Będzie natomiast dla mnie o tyle ważnym, że nie przygotowanym tylko z potrzeby eksperymentu i kulinarnego dowcipu, ale przed wszystkim z chęci powrotu na doskonale mi przecież znane terytorium. Weganizm jest ścieżką, którą nie będę na razie podążał, ale jest zaułkiem do którego zacznę sięgać coraz chętniej.

Na pierwszy rzut poszły kotlety. Wyjątkowe pod każdym względem, łączące w sobie tradycje dwóch kultur. Doskonale komponujące się z moimi aktualnymi potrzebami i możliwościami. Kotlety z grochu, przygotowane na podstawie przypisu na falafele.

Przepis, z którego skorzystałem:

450g grochu łuskanego (połówki)
1 cebula
3 ząbki czosnku
pęczek natki pietruszki
sól
1 łyżka sosu sojowego
2 łyżeczki kuminu
1 łyżeczka mielonych ziaren kolendry
papryka słodka
pieprz
chilli (opcjonalnie)
olej do głębokiego smażenia, czyli spora ilość

Groch zalać wodą i zostawić do namoczenia na ok. 12h. Gdy już namoknie wymieszać go z pokrojoną cebulą, startym czosnkiem, natką, zmielonym kuminem i resztą przypraw, a następnie całość zmielić. Blenderem lub robotem kuchennym. Odstawić całość na 2 godziny w temperaturze pokojowej. Rozgrzać olej w jakimś głębszym naczyniu (ja smażę falafle w małym rondelku, w którym mieszczą się na raz cztery kotlety). Formować kotleciki. Wrzucać na rozgrzany tłuszcz i smażyć do zrumienienia. Odsączyć na papierowym ręczniku przed podaniem.

Ważne: ani grochu ani ciecierzycy nie gotować przed smażeniem w przypadku przyrządzania falafli.

Do formowania kotlecików wykorzystałem łyżkę do lodów.

Przepis znalazłem na blogu Po Prostu Weganizm, we wpisie Kotlety z Grochu A La Falafel.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Powoli Po Prostu. (@powolipoprostu.pl)

Falafel jest potrawą kuchni arabskiej, która na fali mody na weganizm zadomowił się już na stałe w ofercie fast foodów jako alternatywa do mięsnego kebaba. Choć nie znam osobiście żadnej budki, czy baru które by w sowim menu nie miało tych ciecierzycowych kotlecików, ja nigdy falafeli nie jadłem. Omijałem skrzętnie ten punkt, kierując się jedną z niewielu zasad jakie mam: na mieście jadam tylko mięso.

Inaczej rzecz ujmując. Pierwszy raz jadłem właśnie te, zrobione przeze mnie i to nie z ciecierzycy, tylko z grochu. Oportunizm w czystej postaci. Niczego nadal jednak nie żałuję. Już mieszając groch z przyprawami czułem, że podjąłem dobrą decyzję. Uwielbiam kumin i kolendrę. Kocham cebulę z czosnkiem. Wielbię poszatkowaną natkę pietruszki. Z miski nie wyłaziły żadne potwory i nie sączyła się trująca substancja. Tam tworzyło się dobrze znane mi dobro. Symbioza moich ulubionych aromatów. Nic co mogłoby mnie przerazić lub zaskoczyć.

Miksowanie, formowanie w kulki i smażenie utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Kuchnie w ciągu kilku sekund wypełnił doskonale mi znany aromat egzotycznych przypraw. Smażenie wykręciło zapachy do maksymalnych wartości. Czułem jak unosi mnie ekscytacja, która nie opuściła mnie nawet wtedy, gdy ugryzłem pierwszy chrupiący kotlecik.

Falafele smażyły się dość dobrze na rozgrzanym głębokim oleju i mimo wątpliwości nie rozpadły prze obracaniu. Teraz, gdy miałem je już na talerzu, nadal w dobrze trzymały kształt. Nie rozpadały się całkowicie przy porcjowaniu. Brak mącznego łącznika nie okazał się przeszkodą. Wręcz sprzymierzeńcem. Nie utwardził kotlecików, pozostawiając je w stanie stabilnej kruchości. Ułatwiając jedzenie nie odebrał im sprężystości i stonowanej puszystości.

Smak okazał się konsekwencją aromatu. Lub odwodornienie. Oba doznania zmysłowe nie kolidowały ze sobą. Groch, jako składnik niezbyt dominujący smakowo, nie wpłynął na ostateczny efekt. Wspomnę to raz jeszcze: cebula, czosnek, kumin, kolendra, pietruszka. Samo brzmienie tych słów wprowadza mnie w zachwyt. Ich obecność na talerzu, w postaci niewielkich pięknie przysmażonych, chrupiących kotlecików to czysta ekstaza.

Pierwsze podejście zakończyło się pełnym sukcesem. W dalszej kolejności należałoby sięgnąć po ciecierzycę i zbliżyć się do oryginału. W tym jednak wypadku zastosuję inny manewr. Złamię zasady i zanim zrobię falafele, zjem je na mieście. Chcę mieć pewność, że falafel którego wyjmę z rondelka w mojej kuchni będzie jak najbardziej zbliżony do tego, jakim można uraczyć się w najdalszych zakątkach świata. No przynajmniej w budce z kebabem za rogiem.