English Affair.

IMG_2006

Planując pierwszy wpis, jaki chciałem opublikować po powrocie z wycieczki do Anglii, miałem zamiar poświecić go w całości… zalewajce. Nie wiem co miałem wtedy na myśli, ale już pierwszy dzień pobytu w tym kraju rozwiał moje wszelkie wątpliwości. Zalewajka wywietrzała mi z głowy, by ustąpić miejsca wyjątkowości z jaką się zetknąłem. Wielobarwnej, zachwycającej, niecodziennej. Tak bardzo odbiegającej od mojej własnej.

Przez wiele dni nie mogłem się zebrać do napisania tego tekstu. Jak owad, uwięziony w szklanym pojemniku waliłem na oślep, bezskutecznie szukając wyjścia. Ogrom wrażeń jaki przytłoczył mnie po zaledwie czterodniowej wycieczce po Anglii, spowodował moje zagubienie i zwątpienie. Naruszył bowiem podstawy mojego funkcjonowania. Zacząłem nawet poważnie zastanawiać się nad tym, czy może by nie zarzucić pisania i poświęcić się całkowicie rzeczywistości funkcjonującej poza światem wirtualnym. Przez te cztery dni, niemalże pozbawiony dostępu do Internetu, skupiony niemalże w stu procentach na odczuwaniu świata wszystkimi zmysłami, poczułem wolność jakiej nie doświadczałem przez kilka ostatnich miesięcy. Wolność od potrzeby ekspozycji. Wolność od potrzeby adoracji. A także, otrzymaną jakby rykoszetem, wolność od obowiązku i odpowiedzialności. Wolność od codzienności. Wolność lub raczej jej złudną wizję.

Powrót do domu był dla mnie niemalże zaskoczeniem. Stanąłem bowiem nagi u wrót kontaktu z potrzebą adoracji, ekspozycji, koniecznością obowiązku i odpowiedzialności, ponownego zespolenia się z moją codziennością. Tej, którą przecież tak bardzo pokochałem i która od jakiegoś czasu stanowi fundament mojego istnienia. Od której przez te kilka dni, mówiąc wprost, uciekałem. Powrót do codzienności, po tych czterech dniach, był dla mnie bardzo trudny. Uznałem w końcu, że jedynym sposobem na skuteczną akceptację tego faktu jest rozliczenie się z wyjazdem i skupienie na tym, co tak naprawdę uwielbiam. Wątpliwości powoli zaczęły ustępować. Sens powoli krystalizować. Uznałem bowiem ostatecznie, że pomimo najszczerszych chęci i przesiąkniętego entuzjazmem pragnienia, nie potrafię wszystkim doświadczeniom zebranym podczas wyjazdu nadać kształtu tekstu. Mało tego. Tak naprawdę nie chcę. Ilekroć wracam pamięcią do miejsc, do smaków, zapachów, kształtów, znów odczuwam tęsknotę, pustkę i, co niestety najbardziej mnie przeraża, zawód moją własną ukochaną codziennością.

Wróciłem z Anglii głęboko poruszony. Przez moje myśli i uczucia przetoczyły się nawałnice pomysłów, huragany porównań, wyładowania sprzecznych emocji. Nie potrzebuję takich doświadczeń. Są one dla mnie groźne i niszczą mój, wypracowany w trudzie porządek. Wprowadzają zamęt, niepokój i iluzję kontaktu z utraconym rajem. Dlatego wyjazd do Anglii i związane z nim doświadczenia kulinarne pozostawiam bez komentarza. Jedynym daniem, do którego chcę wrócić, ostatecznie zamykając English Affair, będzie pieczona kaczka, którą kupiłem w londyńskim China Town. Wymaga ona specjalnego potraktowania, gdyż była moim jedynym kulinarnym marzeniem, które się spełniło. Nie odbiorę sobie więc przyjemności pochylenia się nad nią. Zwłaszcza, że kolejka potraw, dań czy wypieków, które czekają na opisanie sama się nie skróci. A stoją w niej same znakomitości godne królewskiego stołu: zalewajka, botwinka czy domowa kiełbasa na ruszt.

Garść zdjęć i wspomnień umieściłem na swoich profilach na Instagramie i Facebooku. To wystarczy. Do reszty nie chcę wracać. Nie chcę, by przy tym co przeżyłem, moja wspaniała, zachwycająca, wielobarwna, cudowna codzienność straciła swój niepowtarzalny smak, aromat i wygląd.