Encyklopedia Sushi.

12356515_1057737307580953_542878966_n

O sushi, o robieniu sushi, o składnikach do sushi, o narzędziach do sushi, o podawaniu sushi, o sposobach jedzenia sushi powiedziane i napisane zostało już wszystko. Nie tylko w języku japońskim, ale również w angielskim. Ba! Nawet w polskim. Księgarnie, biblioteki, blogi, fora, strony gromadzą w sumie całą, dostępna wiedzę na ten temat. A oto moja własna wersja prawdy o sushi, gdyż prawda nie musi być jedna.

Moja Encyklopedia Sushi jest moim własnym, subiektywnym zestawieniem mojej wiedzy i mojego doświadczenia. Zastrzegam sobie więc prawo do popełnienia w niej błędów i niedopatrzeń. Umieszczenia elementów wymagających dopracowania i poprawki. Zastrzegam sobie również prawo do poszerzania jej, pogłębiania i korygowania. Zdaję sobie bowiem sprawę, z tego że moje wiedza nie jest doskonała, moje doświadczenie jest znikome. Jestem pewien, że sprawy lub czynności, które dziś wydają mi się zakończone w przyszłości będą wymagały uzupełnienia, poprawki lub gruntownego przebudowania. Być może spojrzę do niej za kilka dni i wykasuje połowę. Być może nie zmienię tu już nic.

Układ haseł w moje encyklopedii wymyka się jakimkolwiek schematom i jest absolutnie pozbawiony racjonalnego wyjaśnienia. Hasła umieszczam w kolejności dowolnej, opierając się na skojarzeniach. Zapewne jako pierwsze podaję hasło według mnie ważne. Nie oznacza to, że ostatnie będą ważne najmniej. Oznacza to tylko tyle, że nie przywiązuję do tego najmniejszej wagi.

S  – SUSHI – Zanim zacząłem robić sushi byłem święcie przekonany, że sushi to ni mniej ni więcej tylko surowa ryba. Nie mogłem wyjść ze zdumienia, że można to w ogóle jeść! Jako dziecko nie znosiłem śledzi. Wspomnienia tego pierwszego kontaktu z mięsem, które nie zostało poddane żadnej obróbce termicznej, jego konsystencji i posmaku, przez lata wywoływało sprzeciw całego mojego organizmu. Z czasem zmieniłem zdanie. Polubiłem śledzie. To był pierwszy krok do tego, bym zainteresował się sushi. Gdy zacząłem zgłębiać temat, to dowiedziałem się, że moje wyobrażenie nie jest wcale mylne, ale nieco odbiega od prawdy. Surowa ryba jest tylko jednym z elementów sushi, natomiast sama nazwa odnosi się do specjalnie zakwaszonego ryżu. To kwaśny, ugotowany ryż jest bowiem tym co decyduje o istnieniu sushi.

R – RYBA – Nigdy nie jadłem sushi z surową rybą. Wynika to z tego, że nigdy nie jadłem sushi przygotowanego przez kogokolwiek innego niż ja sam. To nie jest objaw megalomani czy narcyzmu. Jest to czyta kalkulacja. Sushi podawane w restauracjach są dla mnie po prostu za drogie, a nie chcę ryzykować jedzenia z tanich marketowych tacek czy wysepek umieszczonych w galeriach handlowych. Do sushi, które sam przygotowuje używam więc tylko ryby wędzonej. Żeby najbardziej zbliżyć się do oryginału kupuję głównie łososia wędzonego na zimno. W zależności od okoliczności kupuję albo kawałki, albo plastry. Jedne i drugie da się tak pociąć i ułożyć, że ostatecznie całość doskonale smakuje.

Ś – ŚWIEŻA RYBA – Nie porywam się na surową rybę ze względu na mój brak wiedzy i zaufania do sprzedawców. Mieszkam w centrum Polski, 400 kilometrów od morza. Nie mam pewności, że ryba sprzedawana w osiedlowym sklepiku rybnym jest bezpieczna. Że nie jest rozmrażana, i że została złowiona dzień wcześniej. Nie podejmuję ryzyka. Nie znam się na tym na tyle, by samodzielnie ocenić jej świeżość. Są w moim mieście specjalistyczne sklepy rybne, w których można zamówić łososia, tuńczyka czy inna rybę, ale tej opcji jeszcze nie sprawdzałem. Pamiętam w takich sytuacjach to co powiedział mi mój dobry kolego, który przez kilka lat mieszkał w Norwegii. Gdy schodził do sklepu po poranne zakupy i widział świeżo złowionego łososia, który leżał w lodówce, to nie miał wątpliwości co tego dnia będzie na obiad. W Polsce, gdzie mieszak znów kilka lat ani razu sushi nie robił. Nie porywam się na ryzykowanie zdrowiem swoim i swoich gości. Gdy znajdę kogoś kto nauczy mnie rozpoznawać stan świeżości ryby lub gdy trafię na sprzedawcę, któremu zaufam zapewne to się zmieni. Na razie cierpliwie czekam na mentora lub na gest losu.

R – RYŻ – Podstawowy składnik sushi. Bez niego nie da się sushi po prostu zrobić. Nie może to być zwykły ryż. Musi to być ryż, który ze względu na swoje właściwości nadaje się do przygotowania sushi. Ryż, który będzie po ugotowaniu kleisty. Nie wiem czy istnieje tylko jeden gatunek ryżu, który spełnia te wymagania. Wiem, że producenci rozwiewają za mnie te wątpliwości. Gdy mam zamiar zrobić sushi idę więc do sklepu i kupuję ryż do sushi. Na tym kończy się moja wiedza. A doświadczenie? Kupowałem produkty różnych firm i dopóki nie trafiłem na najtańszy, dostępny na rynku ryż do sushi, to nie miałem świadomości, że przepłacam. Na moje potrzeby i wymagania najtańszy ryż w zupełności wystarcza.

G – GOTOWANIE RYŻU – Proces trudny, wymagający skupienia, przestrzegania zasad, doświadczenia i perfekcji. Proces, którego nauka w Japonii trwa latami. Proces, który mając na uwadze moje domowe potrzeby, zawsze mi wyszchodzi. Ryż, który gotuję zawsze się lepi, nie jest papką i doskonale smakuje. Nie wiem więc na czym polega problem z gotowaniem ryżu, ale nie jestem specjalistą więc się nie wypowiadam. Postępowanie według wskazówek zawartych we wszystkich przepisach pozwala osiągnąć nie tyle sukces, co zamierzony rezultat. Ryż przed użyciem musi być więc dokładnie wypłukany, należy go zalać wodą w proporcji 1:1.2, potem gotować przez ok 10mintu, potem przez kolejne 10 minut nie ruszać. Na końcu zalać marynatą i wystudzić. Delikatne obchodzenie się z ziarenkami jest niezbędne, by ich nie pozgniatać.

M – MARYNATA – Najistotniejszy, obok ryżu, według mnie element sushi. Od jego ilości, składu czy intensywności zależy bowiem smak całego dania i jego charakter. Marynata to mieszanina octu ryżowego, cukru, soli, którymi należy zrosić świeżo ugotowany ryż. Nabiera dzięki temu specyficznego smaku i aromatu, który wpływa ostatecznie na smak samego sushi. Nie znalazłem jednej receptury na marynatę. Ile stron, ile książek, ilu autorów, ilu użytkowników tyle przepisów. W jednych opracowaniach dodaje się dużo cukru i mało soli, w innych odwrotnie. W niektórych przepisach marynaty jest niewiele, w innych według mnie za dużo. Jest to kwestia tak indywidualna jak gust osób robiących i jedzących sushi. Ja osobiście robię sushi w oparciu o sodko-kwaśną marynatę. Takie sushi smakuje moim najbliższym, a z ich gustami nie dyskutuję. Próbowałem raz bardziej słoną. Cała potrawa była dzięki temu bardziej wytrawna, a ryż bardziej harmonizował się ze smakiem marynowanych i słonych składników. Z łososiem, grzybami, tykwą. Natomiast z surimi, świeżym ogórkiem, serkiem czy papryką już nie był tak dobry. Jak już wspomniałem… kwestia gustu.

S – SKŁADNIKI – Skoro zacząłem temat, to już go skończę. To znaczy nie skończę go, gdyż tego tematu nie da się skończyć. Składniki, które łączy się z ryżem aby powstało sushi, to nie temat rzeka, to temat ocean. To temat wykraczający nawet poza ocean. Klasycznie bowiem to właśnie ocean jest źródłem składników do sushi. Ryby, owoce morza, morska roślinność. Z czasem to się zaczęło zmieniać i teraz nie ma w zasadzie żadnych norm i granic. Do sushi można wykorzystać praktycznie wszystko. Najbardziej dla mnie zaskakujące składniki to pieczona kaczka, surowa wołowina czy czekolada. Ja nie wybiegam poza powszechnie przyjęte kanony. Wybieram składniki, które są dla mnie dostępne oraz nie rujnują mojego budżetu domowego. Wybieram te, które smakują moim gościom oraz te, które im nie zaszkodzą. Wybieram te, które umiem przygotować, i do których przygotowania mam odpowiednie narzędzia.

O – OGÓREK – Zwykły, świeży, prosty, długi ogórek. Dłuższy niż szerokość arkusza nori. Na tyle prosty by łatwo go się układało. Ogórka nie obieram, obcinam owalne końcówki, kroję wzdłuż na cztery części, wykrawam gniazda nasienne. Kroje go czasem wzdłuż na mniejsze części. To zależy czy ma być jedynym, czy jednym z kilku składników sushi.

P – PAPRYKA – Czerwona, duża, świeża papryka. Odcinam górę i spód tak by uzyskać walec. Wycinam nasiona i kroję wzdłuż na proste paski szerokości takiej jak grubość ścianki. Ładnie wtedy wyglądają.

M – MARCHEW – Zwykła marchewka. pokrojona w słupki i chwilkę podgotowana w wodzie z cukrem. Tak by nie straciła chrupkości, i żeby podkreślić jej słodycz. Ma ładny kolor i doskonale komponuje się z marynowaną rzodkiew.

A – ANANAS – Moje najnowsze odkrycie. Ananas doskonale komponuje się z innymi składnikami, niezależnie od tego czy to jest ryba czy warzywo. Wspaniale harmonizuje się ze smakiem słodko-kwaśnego ryżu.

S – SEREK – Naturalny, gładki serek. Ja używam serka Philadelphia. Można nim posmarować ryż. Jeden grubszy pasek w poprzek arkusza nori. Ogórek, papryka położone na serku smakują wyjątkowo dobrze. Jak wiosenna, świeża kanapka.

SURIMI – Paluszki krabowe lub raczej paluszki wykonane z mielonego mięsa rybiego, o smaku krabowym. Nigdy nie jadłem kraba i z tego co wiem to nie ma on paluszków. Podobno surimi to po japońsku mielona ryba. Bardzo lubię ten dodatek, lubią go też dzieci, gdyż jest delikatny i słodki.

T – TAMAGO – Omlet z jaj doprawionych marynatą. Tak samo jak w wypadku ryżu, tak samo w wypadku tamago nie znalazłem jednego i ściśle określonego składu marynaty. Ja robię ten omlet z dodatkiem cukru, soli i odrobiny octu ryżowego.  Tamago robię z wykorzystaniem specjalnej prostokątnej patelni. Roztrzepuję jajka, mieszam z marynatą i wylewem je warstwami na gorącą patelnię. Ważne jest żeby każdą warstwę zwinąć po ścięciu się jajko, robiąc w ten sposób miejsce na kolejną warstwę. Gotowy omlet ma kształt zbliżony do prostopadłościanu.

K – KAMPYO – Marynowana tykwa. Szczegółów nie znam. Kwaskowo, karmelowe paski, które można na wagę kupić w niektórych sklepach z artykułami dalekowschodnimi. Intrygujący, ładnie wyglądający dodatek. Można kupić więcej i nadmiar zamrozić.

O – OSHINKO – Marynowana rzodkiew. Szczegółów nie znam. Słodko-kwaśny, chrupiący dodatek który można na wagę kupić w niektórych sklepach z artykułami dalekowschodnimi. Można go tez kupić w wielu sklepach internetowych. Niedrogi i łatwo dostępny. Wspaniale wygląda i jest bardzo smaczny. Można kupić więcej i nadmiar zamrozić. Lubię kupować rzodkiew na wagę, gdyż jest pokroją w słupki, które są dla mnie wzorem do pokrojenia pozostałych składników.

S – SHIITAKE – Grzyby, które trzeba używać marynowane. Można je kupić już gotowe, można też je zamarynować samemu. Ja wybieram oczywiście tę drugą opcję.

S – SEZAM – Prażone nasiona białego lub czarnego sezamu, które stosuję jako posypkę na zewnątrz lub wewnątrz rolki sushi.

Ł – ŁOSOŚ – Jak do tej pory tylko wędzony łosoś. Więcej informacji powyżej.

WIS – WASABI, IMBIR, SOS SOJOWY – Niezbędne elementy bez których sushi nie smakuje tak jak smakuje. Żadnego z nich nie może zabraknąć. Chyba, że jakiegoś nie ma to się nic nie stanie. To ich największy paradoks. W wypadku tych dodatków nie warto oszczędzać. Sprawdza się tu zasada, że im droższe tym lepsze. Kilka razy połasiłem się na promocje w marketach i zawsze kończyło się to nieszczególnie. Dobrze jest jednak popróbować kilka i wybrać najbardziej kompromisowe rozwiązanie. Imbir to oczywiście marynowany imbir, którego nie lubię i nie jem.

N – NORI – Czarne arkusze sprasowanych alg nie różnią się dla mnie od siebie praktycznie niczym Nie jadłem jeszcze takich, które by się w jakiś szczególny sposób wyróżniały. Kupowałem tańsze i droższe, w opakowaniach po kilka sztuk i po kilkadziesiąt, z długim i z krótkim terminem ważności i nie czułem żadnej różnicy w smaku. Nadmiar starałem się przechowywać przechowywać prawidłowo. W suchym, ciemnym otoczeniu. Zamknięte szczelnie w plastikowych opakowaniach z woreczkami pochłaniaczy wilgoci w środku. Może dlatego były po kolejnym otwarciu tak smaczne jak po pierwszym? Nie mam pojęcia.

N – NARZĘDZIA – Zestaw niezbędnych przedmiotów, bez których nie da się zrobić sushi. Zastąpienie ich niemożliwe. Jedyne można zrobić to zastąpić drogie japońskie oryginały tańszymi, zazwyczaj chińskimi, odpowiednikami. Nie uważam, żeby takie rozwiązanie było najlepsze. To raczej w moim wypadku bolesny kompromis. Wykorzystanie słabych jakościowo narzędzi wiąże się to z utratą komfortu pracy, co przy mojej koncepcji robienia sushi tylko dla przyjemności, staje się poważnym utrudnieniem. Cóż mam to co mam i na razie muszę się z tym pogodzić.

M – MATA – Przez wiele lat w moim domu służyła jako podkłada. Dopiero gdy zacząłem interesować się robieniem sushi okazała się być przedmiotem o konkretnym specjalistycznym przeznaczeniu. Kwadratowa mata o wymiarach 27×27 cm wykonana z reguły z pasków bambusa jest niezastąpiona przy robieniu rolek sushi. Nie ma znaczenia jej kolor ani materiał z jakiego jest wykonana. Podobno są maty silikonowe. Ja swoją bambusową zawsze owijam folia spożywczą, by nie brudziła się podczas przygotowywania urumki, więc w sumie na jedno wychodzi. Nie jestem do bambusa specjalnie przywiązany.

N – NÓŻ – Najbardziej lekceważony przeze mnie element przygotowywania sushi. Wykorzystywany do krojenia składników nie musi być bardzo ostry, ale musi być poręczny. Natomiast do krojenia rolek sushi na mniejsze kawałki musi być jak najostrzejszy. Nie trzeba od razu kupować noża za kilka tysięcy złotych, wykonanego z kilkudziesięciu warstw, kutej stali damasceńskiej. Jednakże wydatek rzędu kilkuset złotych na pewno byłby uzasadniony. Ja takiego noża nie mam. Mam zwykły, kuchenny, zwany nożem szefa kuchni i… Brakuje mi lepszego. Takiego noża po prostu  nie da się dobrze naostrzyć, a tępym nożem nie da się dobrze rolek sushi pokroić. Kawałki się zniekształcają, potrafią się rozpaść, ich zawartość jest zgniatana, a nie cięta. To mnie bardzo irytuje. Nie wspominam nic o roli ostrego noża w filetowaniu ryby, gdyż nigdy tego nie robiłem.

P – PATELNIA – Aby usmażyć omlet tamago niezbędna jest specjalna prostokątna patelnia. Nie ma znaczenia jej rozmiar, ważny jest kształt i materiał z jakiego jest wykonana. Cena w tym wypadku, tak jak w wypadku noży, ma znaczenie. Obecnie mam drugą. Pierwsza trafiła do śmieci po pierwszym użyciu.

R – RODZAJE SUSHI – Kiedyś myślałem, że sushi jest tylko jedno. Garstka ryżu zawinięta w kawałek glona z rybą lub warzywem w środku. Potem trafiłem na internet i przestałem się tak doskonale orientować w temacie. Zagubiłem się gdzieś w gąszczu maki, których podstawowych rodzajów nie potrafię do tej pory bezbłędnie nazwać. Zresztą nawet nie próbuję. Nazw sushi jest bowiem tak wiele, jak wiele jest składników, z których jest wykonane i kształtów, w jakich się je podaje. W końcu Tekka Maki to coś innego niż Kappa Maki i zupełnie coś innego niż Umebachi Maki czy Oshizushi. Poprzestałem więc na bardziej swojsko brzmiących nazwach i robię tylko Futmoki, Hosomaki i Uramaki. W dowolnych odmianach i dowolnymi składnikami. Dogłębna lektura bloga Yaki Udons powinna zaspokoić ciekawość nawet najbardziej dociekliwych.

Powyższe zestawienie nie jest oczywiście zamknięte. Tak jak wspominałem na początku, będę do niego wracał i je modyfikował. Mam nadzieję odkrywać nowe smaki i zdobywać nowe doświadczenie.

A jakie są Twoje przygody z sushi? Chętnie poznam Twoje sposoby, składniki i narzędzia. Chętnie nauczę się czegoś od Ciebie! Chętnie skorzystam z Twojego doświadczenia i wiedzy. Czekam na wiadomość od Ciebie z niecierpliwością 🙂

  • Matko i córko, jaka ja ciemna masa jestem:)

    • Hahahaha 🙂 Dziękuję za ten szczególny wyraz uznania 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

      • No poważnie, rozkminiłeś sushi w taki sposób, że mi życia nie starczy by to przyswoić:)

        • Mam przyjaciela, który uwielbia gotować. Jest dla mnie w wielu sprawach mentorem. Jak usłyszał, że może razem byśmy sushi zrobili to spojrzał na mnie karcącym wzrokiem i oznajmił, że on nie musi tego umieć… ma przecież mnie 🙂 Po co więc się męczyć! Wystarczy znaleźć wariata, który albo już to umie, albo weźmie się bez gadania do nauki 🙂

  • Oj, to ja aż tak zaawansowanym miłośnikiem sushi nie jestem. W temacie zaledwie raczkuję i raczej jem niż tworzę, raczej cieszę się smakiem niż szukam informacji po co, jak i dlaczego, raczej konsumuję niż produkuję znaczenia. Moja ulubiona rolka to ta z łososiem, bez żadnych dodatków. Imbir i awokado – okropność, kilka rodzajów surowych ryb też nie do przejścia, bo to guma nie do pogryzienia (nie pamiętam gatunków). I tyle, niestety.

    • Na szczęście istnieją takie osoby jak Ty. Są one niezbędne takim osobom jak ja. Osoby takie jak Ty odczuwają potrzebę konsumpcji. Osoby takie jak ja potrzebę produkcji. Jedni bez drugich nie istnieją. Gdyby nie osoby takie ja Ty, nie miałbym dla kogo realizować swojej potrzeby. Moje działanie byłoby bezcelowe. A tak jak się narobię jak głupek, to przynajmniej ktoś to ze smakiem zje 🙂 To się nazywa komplementarność 🙂

      • O, jak miło. Spodziewałam się lekkiego klapsa po łapkach, że niegotująca kobieta to nie kobieta, a tu proszę 🙂

        • Niegotująca kobieta jest tak niekobieca, jak niemęski jest facet bez prawa jazdy 🙂 No chyba, że potrafi gotować 😀

  • Bardzo fajny, szczery przewodnik o tym jak to z tym sushi naprawdę jest. Myślę, że twój wpis moze spokojnie posłużyć niedowiarkom i niejadkom, że warto 🙂 U nas sushi domowej roboty jest z surimi, łososiem i wariacją warzywno, serkową. Uwielbiam sushi w Białymstoku na Kilińskiego – magia 🙂 a i jeszcze jedno w suszarniach warto zaszaleć i skusić się na wino śliwkowe mniam 🙂

    • Dziękuję serdecznie 🙂 Jak już wspominałem sushi traktuje jako zabawę i pretekst. Jako sposób na relaks i doskonałą rozrywkę. Mam nadzieje, że to właśnie udaje mi się tu przekazać. Warto eksperymentować i szukać własnych smaków. Po prostu 🙂

  • Moja przygoda z sushi polega na tym… że bardzo chciałabym spróbować, ale ciągle mi nie po drodze. Czuję, że polubię, ale moge się mylić. 😉

    • Jeśli chodzi o sushi to sam jestem przykładem pewnej myśli, która idealnie się w moim wypadku sprawdziła: jeżeli sushi CI nie smakuje, to znaczy że nie jadłeś dobrego sushi. Nie wolno więc zrażać się pierwszym wrażeniem 🙂 Jedyne, które naprawdę mi smakowało wyszło spod rąk znajomego. Moje własne mi w większości nie smakuje 🙂

      • Jak tylko spróbuję, to dam znać czy smakowało. 🙂

        • Jeszcze nie próbowałam. Ale już niedługo. 🙂 A to jest najpiękniejszy alfabet jaki widziałam w ostatnim stuleciu. Oryginalny, wyjątkowy, nieprzewidywalny. Bo kto powiedział, że A zawsze musi być na początku, skoro może być S. S jak sushi. Tu A jest na końcu. A jak Artur w podpisie pod postem. Jesteś geniuszem. Zmieniłeś alfabet.
          #kottulizał

  • Mam to szczęście, że w mojej okolicy miejsca, w których można zjeść naprawdę niezłe sushi, zyskały na popularności. Co oznacza obniżenie cen ze względu na konkurencję. Korzystam z tego jak mogę, ale może z czasem skuszę się na przygotowanie domowej wersji 🙂

    • Moim zdaniem z sushi jest jak z muzyką. Można pójść na koncert, wsłuchać się w profesjonalne wykonanie, delektować jakością brzmienia… Można też spotkać się z przyjaciółmi zakosić dzieciom gitarę, odwrócić garnki do góry dnem i chałturzyć przez cały wieczór, drąc się na całe gardło tak by nie było słychać brzęku rozstrojonego instrumentu 🙂 Ja w przypadku sushi wybieram to drugie 🙂

  • Ciekawy wpis 🙂
    Dla mnie sushi to sztuka, za którą nie mam odwagi się zabrać. To jeszcze nie czas ale może kiedyś…

    • Dziękuję bardzo 🙂 Doskonale Cie rozumiem. Dopóki myślałem tak jak Ty, robienie sushi nie sprawiało mi żadnej przyjemności 🙂 Zabawa zaczęła się gdy przestałem się natężać. Sushi jest sztuką w takim samym stopniu jak śpiewanie. Nie musisz kończyć akademii muzycznej, żeby śpiewać. Ale dopóki nie wydobędziesz z siebie głosu nie poznasz jego barwy, siły i piękna 🙂

  • Miałem kiedyś lektorkę języka francuskiego. Straszna była, bez przerwy powtarzała, że „człowiek wszystkiego nie wie i się ciągle uczy”. I tak z nią przeszliśmy przez wszystkie fazy tworzenia wina, najdrobniejsze detale i narzędzia niezbędne w procesie tworzenia, składowania i konsumpcji. Oczywiście pewno by zagięła statystycznego Francuza, jak nic.
    Tak i u Ciebie, im bardziej czytałem, tym większe oczy miałem, jak Ty to pięknie opisałeś. No i tak na serio to gdzieś tam przy „Ś” mój umysł pozostał, dalej nie idzie, bo się zmęczył i temat go przerósł… 😀
    Dla mnie jesteś absolutnym geniuszem sushi, tylko rozbij to na lekcje „dla opornych” takich jak ja, może z jakimś vlogiem w odcinkach? To by był hit… Ja jeszcze niestety nigdy sushi nie miałem okazji smakować…
    Jeszcze a propos świeżej ryby – kolega siedzący w temacie kiedyś mi cytował przepisy, wg których nie ma prawa być czegoś takiego jak „rybka prosto z kutra” nad morzem – wszystko grzecznie jedzie gdzieś chłodnią na badania i wraca. Ale szczegółów nie pamiętam 😉 Ale się rozpisałem…

    • Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa 🙂 Z surowym mięsem to właściwie w ogóle mało wiadomości przedostaje się do świadomości publicznej 🙂 Podobno nie ma też czegoś takiego jak „mięso w wczorajszego uboju”. Właśnie jakaś chłodnia, badania, czas na procesy chemiczne etc… Z rybami może być tak samo. Dzięki za sugestie o odcinkach. Mam tendencje do rozwlekania się i jakoś trudno mi to opanować, a taki temat jak ten doskonale nadaje się na cykl 🙂 Nic na siłę. Powoli się rozkręcam. Zasiane ziarno musi odleżeć i zakiełkować 😀

  • Papryka, marchewka, ananas? Japończyk by się zdziwił 😉

    • Ja sam się zdziwiłem jak pierwszy raz jadłem 🙂 Zwłaszcza, że to dobre 😀

      • A… Bo już myślałam, że może właśnie ze względu na oryginalne składniki Twoje własne sushi Ci w większości nie smakuje. 😉

  • Niestety u nas sushi wciąż uchodzi za luksusowe danie, kiedy w Japonii kosztuje grosze, a smakuje (podobno – sama nie wiem, bo nigdy nie byłam, ale to byłoby dość logiczne) znacznie lepiej. Samodzielnie robiłam raz, bo miałam namiary na sprawdzonego dostawcę ryb, ale więcej robić nie chcę. Roboty dużo, a znika tak szybko, że nie zdążę się nim nacieszyć.

    Lubię jednak, mam zaprzyjaźniony lokal, z którego okazjonalnie sobie zamawiam i się cieszę, że jem coś światowego (kto by pomyślał, że posklejany ryż z surową rybą będzie uznany za światowe danie, co?). Za każdym razem jednak ulegam złudzeniu, że tego jest tak mało i się nie najem, więc zamawiam więcej niż jestem w stanie zjeść. A później z łakomstwa i przez świadomość, że jak nie zjem, to się zmarnuje, zjadam wszystko na siłę i żałuję później przez tydzień.

    Fun fact: wiesz, że tak naprawdę nazwa „sushi” tyczy się tylko ryby/innego składnika na kulce ryżu? Wszystkie rolle to maki po prostu. Ja nie wiedziałam, dopóki nie zaczęłam oglądać vlogów Gonciarza z Japonii.

    P.S. Też nie lubię marynowanego imbiru. Dla mnie smakuje jak mydło.
    #KOTtubyl

    • Dziękuję za informację 🙂 To co piszesz potwierdza spostrzeżenie przyjaciółki, która jadła sushi w barze japońskim w Chicago. Tam sushi nazywali tylko nigiri-sushi. Reszta to były „rolsy” 🙂 W Polsce łatwo wrzuca się wszystko do jednego worka 😛 Ja sushi lubię z jednego podstawowego względu. To wspaniałe danie okazjonalne. Cały wieczór można spędzić na przygotowaniach, w grupie, i jedzeniu 🙂 Raz czy dwa robiłem tylko dla siebie, żony i synka… Nuda 😀 A jak kilka osób skacze dookoła i każdy jest „fachowcem” to jest świetna zabawa 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Iza

    Ja sama robiłam sushi w domu tylko raz. Ze średnim rezultatem, przez ryż. Niby się kleił, ale coś mi w nim nie pasowało. Ja generalnie z ryżem mam kłopot, bo nawet w chińszczyźnie najważniejszy jest dla mnie dobrze ugotowany ryż. 😛 Dlatego nic nie podpowiem, nic nie doradzę. Ale mam inne spostrzeżenie. My sushi uwielbiamy i jedliśmy w najróżniejszych miejscach, ale to prawda (piję teraz do świeżości ryby), że nigdy przenigdy nie zapomnę smaku sushi jedzonego na targu rybnym w Tokio. Tego się nie da porównać i to najbardziej mi uzmysłowiło, jak świeża ryba powinna, jak świeża ryba smakuje. Ale mimo to, jadam surowiznę również w innych miejscach. Chyba tylko po to, aby na koniec pomyśleć – no w morzu toto dawno temu pływało. 😉

    • Marzę o tym, by móc choć raz spróbować sushi robione z naprawdę świeżych składników. Japonia to oczywiście miejsce przekraczające te marzenia. Dziękuję za komentarza. Dzięki niemu się rozmarzyłem… 🙂

      • Iza

        Nigdy nie mów nigdy 🙂 przyklej na lodówkę zdjęcie sushi z targu rybnego, a zobaczysz, że kiedyś takie sushi zjesz. Nie musi być w Japonii, ale z drugiej strony, czemu nie w Japonii. Akurat marzyć można o wszystkim. 😀

  • Sushi for dummies- czyli dla mnie 😀
    Zostaje nic tylko zawijac w sreberka 😉

    • Hahahaha 🙂 W pazłotka 😛 Mając na uwadze Twoje doświadczenie w gołąbkach to śmiem twierdzić, że Twój poziom zaawansowania daleko wykracza poza „dummies”. Do dzieła! 🙂

      • Problem w tym że ja NIE LUBIE SUSHI 😀