Drożdżówka. Level Hard.

12599182_1192441717447006_1907254680_n

Nikt nie mówił, że będzie łatwo – powiedziała kiedyś znajoma, gdy stercząc na jednej nodze, na trzymetrowej drabinie próbowałem doszlifować gładź gipsową przy suficie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, gdy znajoma blogerka przesłała mi kolejny przepis na drożdżówki. I co? I łatwo nie było! Było wręcz bardzo trudno. Ale wysiłek, jaki włożyłem w przygotowanie tych bułek i każda minuta poświęconego im czasu były ich warte.

Uwielbiam drożdżówki. W każdej postaci i praktycznie z każdym nadzieniem. Jestem ich bezkrytycznym fanem i odkąd na poważnie, zająłem się pieczeniem marzyłem o tym, by odtworzyć ich smak w warunkach domowych. Nie przypuszczałem jednak, że może być z nimi taki problem. Okazało się bowiem, po wielu nieudanych próbach, że nie jest to takie proste, jak sobie początkowo wyobrażałem.

Przygodę z drożdżówkami zacząłem ponad rok temu. Wtedy samodzielnie zaadoptowałem przepis na ciasto do pizzy i nieco zdziwiłem się, że coś wyszło nie tak. Coś poszło nie tak, gdy robiłem je po raz kolejny, tym razem na podstawie przepisu znalezionego w sieci. Tak samo gdy robiłem na podstawie innego. I jeszcze innego. Za każdym razem z tym samym efektem. Bez efektu. Nie starałem się nawet tych przepisów zapamiętywać. Usuwałem je z mojej pamięci natychmiast po tym, jak rozczarowany przyznawałem, że kilkugodzinna praca znów poszła na marne.

Problemem nie był oczywiście wygląd bułeczek. Nauczony doświadczeniem wiedziałem, że sklepowe wyroby są efektem pracy zawodowych piekarzy lub cukierników, którzy albo robią je od wielu lat, albo mają do dyspozycji wysoce wyspecjalizowany sprzęt. Moje nieporadne próby nie miały prawa skończyć się takim spektakularnym sukcesem jak w ich wypadku. Moje bułeczki drożdżowe nie miały prawa wyglądać jak bułeczki z piekarenki na rogu za zyla pięćdziesiąt. Miały natomiast, według wszelkiego prawdopodobieństwa i moich kalkulacji, prawo tak samo smakować, mieć tę samą konsystencję i być wypełnione takim samym nadzieniem. A może nawet lepszym. W końcu istnieje sprawiedliwość na tym świecie, a wyższość wyrobów domowych nad masową produkcją została udowodniona w pierwszych dniach wybuchu rewolucji przemysłowej. Z takim nastawieniem sięgałem po kolejne przepisy. Bez wygórowanych ambicji, ale z dosyć pokaźnym zapasem oczekiwań. Niestety zawsze kończyło się tak samo.

Dlatego na pewnym etapie mojego rozwoju, znużony i zrażony, przestałem po prostu poszukiwać dalszych rozwiązań. Uznałem bowiem, że nie jestem w stanie smaku moich ulubionych bułeczek, ich konsystencji i wyśmienitego nadzienia odtworzyć w warunkach domowych. Dlatego, gdy pod jednym z postów, jakie zamieściłem na Facebooku, zaprzyjaźniona blogerka, Pani Zakalcowata, napisała, że podzieli się ze mną przepisem na domowe bułeczki drożdżowe, w moim sercu znów zaświstała nadzieja, a w głowie zrodził się impuls. Ten sam, który pchał mnie wcześniej do podejmowania kolejnych prób. Ten sam, który rozpala we mnie ogień, podsycający moją pasję. Ten sam, który nie pozwala mi spoczywać. Impuls ekscytacji.

Z ekscytacją przeczytałem bowiem tę informację. Z ekscytacją czekałem na wiadomość z przepisem. Z ekscytacją odczytałem ją i z ekscytacją wyczekiwałem na wieczór, w którym uda mi się wygospodarować wystarczająco dużo czasu. Zawładnął mną strumień ekscytacji. Prąd, który przepływa przez mnie za każdym razem, gdy poczuję w sobie ten impuls, gdy poczuję przepis i gdy stanę przed realną szansą na jego realizację. W tym wypadku wszystkie te elementy zostały spełnione, ale w odróżnieniu od poprzednich razów zabrakło wśród nich jednego. Tego co wikłało mnie w rozczarowanie i znużenie. Zabrakło oczekiwań.

Wiedząc czego mogę się spodziewać, lub raczej czego nie powinienem oczekiwać, podszedłem do wykonania bułek drożdżowych według przepisu Pani Zakalcowatej z otwartym umysłem. Gotowy na wszystko. Gotowy na twardą nieco gumowatą konsystencję, gotowy na zbyt wyraźny drożdżowy posmak, gotowy na przypieczony lub niedopieczony efekt końcowy, gotowy na przesolenie, na niedosłodzenie, gotowy na wszystko oprócz tego co ostatecznie uzyskałem. Gotowy na wszystko oprócz pełnego sukcesu… To przerosło moje najśmielsze domysły i o mały włos nie doprowadziło do przerwania pracy w jej większej połowie.

Przepis, z którego skorzystałem:

Ciasto:
400 g mąki pszennej
15 g świeżych drożdży
250 ml letniej wody
50 ml ciepłego mleka
pół łyżeczki soli,
2 łyżki cukru.

Mąkę przesiać z solą, zrobić dołek, w dołek wkruszyć drożdże, zasypać cukrem, zalać mlekiem i delikatnie wymieszać zagarniając trochę mąki. Po chwili dodać wodę i wszystko dobrze wymieszać, nie trzeba wyrabiać, ciasto ma być klejące. Posypać mąką, przykryć i odstawić na 1 godzinę. Piekarnik nagrzać na 200 stopni. Ciasto wyrzucić na dobrze wysypany mąką stół, wyklepać na prostokąt, posmarować jabłkami, budyniem lub serem zawinąć w roladę, pokroić na 12 plastrów i każdy wcisnąć w foremkę do muffinek. Wnętrza formy do muffinek wysmarować masłem, olejem kokosowym lub smalcem, by ciasto nie przywarło do brzegów. Wierzch każdej porcji można posmarować lekko ubitym białkiem i posypać gruboziarnistym, brązowym cukrem. Piec 25-30 minut.

Zamiast ubitego białek z cukrem po upieczeniu można każdą porcje polać lukrem.

Nadzienie jabłkowe:
1 łyżka masła
2 łyżka cynamonu
2-3 jabłka

Masło roztopić. Dodać cynamon. Utrzeć 2-3 średnie jabłka. Dodać masło z cynamonem.

Nadzienie budyniowe:
1 opakowanie budyniu waniliowego
kilka kostek białej czekolady
2 żółtka

Przygotować budyń według instrukcji na opakowaniu, ale zamiast 500 ml mleka należy użyć 300. Budyń musi być bardzo gęsty. Kostki czekolady dodać do gotującego się mleka by się dokładnie rozpuściły. Żółtka przed dodaniem dokładnie roztrzepać i dodać na sam koniec, po zdjęciu budyniu z gazu.

Nadzienie serowe (na dwie porcje ciasta):
400 g mielonego białego tłustego sera
1/3-1/2 szklanki cukru
2 żółtka
2 ubite białka
łyżka cukru wanilinowego
garść rodzynek

Żółtka utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym, najlepiej w kąpieli wodnej. Dodać ser i rodzynki białka. Dokładnie wywieszać.

Nie ma obowiązku używania firmy do muffinek. Przygotowane plastry można ułożyć na płasko, obok siebie na papierze do pieczenia i piec na blasze. Ważne jest żeby do muffinek nie stosować papierków. Są zbyt delikatne. Nasiąkają i przyklejają się zarówno do formy jak i do bułeczek. Bardzo trudno się ich pozbyć nie niszcząc przy tym drożdżówek. Smarowanie foremek jest niezbędne.

Autorką przepisu jest autorka bloga Pani Zakalcowata. Serdecznie dziękuję za przepis.

Do pracy zabrałem się więc z ogromną dawką pozytywnego nastawienia. Nic gorszego – pomyślałem – niż to, co robiłem do tej pory nie może mnie spotkać. Zacząłem oczywiście od ciasta. Na pierwszy raz postanowiłem bułeczki drożdżowe zrobić z nadzieniem budyniowym.

Pierwszym moim zaskoczeniem była konsystencja ciasta. Po wymieszaniu wszystkich składników, ale przed wyrośnięciem, ciasto było według moich standardów za rzadkie. Nie zraziło mnie to. Przygotowana masa po godzinie zyskała na spójności i nadawała się już spokojnie do dalszej pracy. Ciasto nadal było bardzo elastyczne, więc próba jego rozwałkowania zakończyła się fiaskiem. Należało je, tak jak podała autorka przepisu, wyklepać lub innymi słowy delikatnymi ruchami rozciągnąć na bardzo dobrze obsypanej mąka tortownicy. Według przepisu należało też przygotować budyń. Ten, który ja wyłożyłem na drożdżowy prostokąt był za rzadki. W efekcie tego o mały włos co nie doszło do zakończenia mojej pracy na tym etapie. Dosyć ciężkie i niezbyt cienkie ciasto bardzo trudno mi się zwijało. Za rzadka masa budyniowa rozlewała się na boki niemalże niwecząc moje wysiłki, a z wielkim trudem uzyskany wałek nie nadawał się, na pierwszy rzut oka, do pokrojenia. Katastrofa wsiała na włosku. Gdy, na domiar wszystkiego, zebrałem się w końcu na odwagę i odkroiłem pierwszy plasterek, moje nadzieje na jakiekolwiek dalsze postępy legły wręcz w gruzach. Kolejne plasterki nie wyglądały lepiej. Masa budyniowa wylewała się spomiędzy warstw, pokrojone w paski ciasto rozwijało się, plasterki podczas przenoszenia do formy przestały mieć cokolwiek wspólnego same ze sobą. Drożdżowo-budyniowa mieszanka, która, jedna po drugiej, lądowała w formie w najmniejszym stopniu nie przypominała tytułowych drożdżówek.

Mając w tej sytuacji co najmniej dwa wyjścia, wybrałem to, które w mniejszym stopniu graniczyło z utratą zdrowego rozsądku. Zabrnąłem już tak daleko, że wysoce nieracjonalnym posunięciem byłoby ciskać drożdżową masą z kuchennego okna na siódmym piętrze. Posmarowałem więc poszczególne porcje ubitym białkiem, posypałem je cukrem, zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i wstawiłem, w końcu, formę do nagrzanego piekarnika. Nastawiłem minutnik na przepisowe 25 minut i by nie dręczyć swojego umęczonego już umysłu wyszedłem do najbardziej oddalonego od kuchni pomieszczenia w naszym domu.

Dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Minutnik, dyskretnym pikaniem zakomunikował upływ czasu. Szybkim krokiem przeszedłem przez mieszkanie. Uzbroiłem się w grubą rękawicę i szmatkę. Wyjąłem formę z piekarnika i przystanąłem w bezruchu z wrażenia. Bułeczki wyrosły wspaniale. Roztaczał się ponad nimi wspaniały słodki zapach drożdżówek. Z bezkształtnej masy, jaką wlałem do przegródek formy, powstały przepiękne kształtne grzybki, które oczywiście nijak miały się do sklepowych bułek. To, jak już ustaliłem nie mało żadnego znaczenia.

Znaczenie miało to co wydarzyło się później. Nie mogłem się doczekać aż bułeczki wystygną i kilka kęsów jeszcze ciepłego ciasta znalazło się w moich ustach dosłowne kilka minut po wyjęciu z piekarnika. Gdy rozrywałem pierwszą bułeczkę wiedziałem już, że znalazłem się u kresu moich poszukiwań. Konsystencja była wręcz idealna. Puszyste ciasto, z dużą ilością wyraźnych bąbelków powietrza rwało się we włókniste kawałki. Nie ciągnęło się, ani nie kruszyło. Było takie jakie być powinno.

O smaku też w zasadzie nie potrafię powiedzieć nic więcej. Ten prosty zwrot oddaje wszystko, co można stwierdzić o zrobionych przeze mnie bułkach. Wyszły takie jakie być powinny. Wypełnione przepysznym budyniowym nadzieniem mogły bez kompleksów stanąć do równej rywalizacji z każdą sklepową drożdżówką. Nawet taką jaką pamiętam w najbardziej odległych wyidealizowanych wspomnieniach. Wyrytym w mojej pamięci smaku drożdżówek z piekarenki na rynku w Czaplinku, do której dwa razy dziennie ustawiała się długa kolejka miłośników świeżych drożdżówek. Z piekarenki na rynku w Gryfowie Śląskim, z piekarenki w Bełchatowie, w Żyrardowie, w Sanoku. Wszędzie tam gdzie trafiałem gnany wichrem letniej przygody, podczas wielu wakacji jakie spędzałem jeżdżąc autostopem. Wszędzie tam, gdzie dane mi było jeść najlepsze w moim życiu drożdżówki.

  • Matko- wpis o drożdżówkach a tyle emocji które mi się udzieliły!! 😀
    Ja muszę zrobić te grzybki! Tylko formy do muffinek brakuje:/
    A musisz mieć specjalne względy u Pani Zakalcowatej ze zdradziła taki tajemny przepis 😉

    • Dziękuje Ci za przypomnienie. Zapomniałem umieścić tej informacje w tekście. Nie trzeba używać foremek. Można plasterki położyć na papierze do pieczenia i piec na blasze 🙂 Już poprawiam wpis 🙂 A co do „specjalnych względów”… Poprosiłem i zostało mi dane 😀 Po Prostu 🙂 Pozdrawiam Cię serdecznie!!!

      • OO- to jak foremek nie trzeba to ja robię te cudeńka!! 😀

  • Buu, a dlaczego one nie są #dietycne? ;(

    • Żeby były #smaczne 😛 Z czasem dochodzę do przekonania, że nie należy wszystkiego na siłę „uzdrawiać” Są takie dania i wypieki, które powinny składać się z tych, a nie innych półproduktów. Inaczej wyjdą albo niedobre, albo będzie to cos zupełnie innego 😀 Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Święta prawda, ale wcale mi to na diecie nie poprawia humoru :))
        Miłego (i smacznego) dnia 🙂

        • Bo to są bułeczki dla biegaczy. 😛

          • Eeeeno, to było poniżej pasa :))))))))

          • Poniżej pasa to są nogi, zakończone stopami, na które miałeś kupić buty do biegania. 😛

          • I jeszcze leżącego kopie 🙁

          • Badabum Tsyyy. And The Winner is… Barbarrra!!! Jesteś genialna ? 10000 punktów do zajebistosci ? Dziekuje!

          • @@disqus_zwdfY22wlO:disqus to się nazywa nokaut… Aua, aż mnie zabolało 😀

          • Nie gadam z Wami 🙂

          • Gadać nie musisz, pobiegać możesz. 😛 Dobra, już nic nie mówię. 🙂

          • Biegałem ostatnio do castoramy i powstał z tego wpis – strach się bać, co powstanie, jak zacznę biegać na poważnie 🙂

          • Czytałam. 🙂
            Biegałem do castoramy oznacza – w jedną stronę mnie zawieźli, a z powrotem miałem 5 minut spacerkiem. 🙂
            Ty już się nie pogrążaj. 😛

          • Ale za to nadrabiałem częstotliwością 😉

  • Zrobię! Żebyś wiedział, że zrobię. Ja już na zdjęciu widziałam, że to jest coś co ja muszę upiec! A swoją drogą bardzo mi się podoba ten kształt Twoich bułeczek, jak dla mnie wcale nie jest minusem, wręcz przeciwnie. Chciałabym żeby moje też takie wyszły. Świetne są. I ten aromat, nie śmiej się, czułam, wizualizacja taka. 🙂 Ja też uwielbiam drożdżówki, w pracy zawsze miałam rano drożdżówkę do kawy, przez prawie 10 lat.:-) No i babcine drożdżówki z serem wspominam z sentymentem. Dziękuję za ten wpis. I Zakalcowatej też. Ona Tobie, Ty nam, ja też zrobię o nich wpis i puszczę dalej. 🙂 Mniam. 🙂

    • Dziekuje Basiu! Jak zwykle bardzo mi miło i cieszę sie, ze mogę pomoc ? Daj koniecznie znac co sadzisz o tych bułkach jak je zębisk. „Węszę” w Tobie Eksperta! Pozdrawiam Cię serdecznie ?

  • Ja po prostu nie wiem co powiedzieć. Gdy weszłam na stronę zobaczyłam przepisy, ale gdy zajrzałam do nich to to nie są zwykłe przepisy – to są przepisy 3D albo 5D albo jak to się tam mówi. I nie chodzi o ozdobienie ich zdjęciami, ale o aromat i smak, który się rozchodzi z ich opisów… Po prostu poezja 🙂

    • Bardzo serdecznie Ci dziękuję! Jest mi szalenie miło 🙂 Cieszę się, że tekst dostarczył Ci tyle wrażeń. To bardzo dla mnie ważne 🙂 Pozdrawiam Cię serdecznie i zapraszam częściej!

  • Arturze, czy Ty wiesz, że Twoje opisy sprawiają, że nawet najbardziej zatwardziały zwolennik dietetycznych dań, rzuci swoją dietę w kąt by najeść się drożdżówek? Łobuzie Ty!

    • Hahaha 🙂 „Łobuz” to bardzo ładne określenie 🙂 Dziękuję za uznanie i bardzo się cieszę, że trafiam w Twój gust. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz dostarczę Ci takich doznań! Pozdrawiam Cię serdecznie!

  • Drożdżówki.. mniam 🙂 ciasto drożdżowe jest jedynym ciastem z dwóch, z którymi mam problemy (drugie to biszkopt). Ale może to by wyszło.. może – przy odrobinie czasu spróbuję 🙂