Do Jednego Wora.

Powinny być uhonorowane oddzielnymi rozdziałami w każdej książce kucharskiej każdego narodu. Mało tego. Powinna o nich powstać wielka książka kucharska, zbierająca przepisy z całego świata. Zajmują istotne miejsce w jadłospisach wielu krajów i kultur. Nie są może najważniejszymi, ale bez nich wiele świąt czy spotkań wyglądałoby zupełnie inaczej. O wyjazdach czy posiłkach w pracy nie wspomnę.

Nie da się stworzyć zamkniętej i kompletnej listy dań jednogarnkowych. Jest ich zbyt dużo. Stanowią one istotny element kuchni i tradycji wszystkich niemalże krajów i kultur. Niektóre znane od pokoleń, niektóre zupełnie nowe, inne znane jako nowe wersje starych przepisów. Wspomnę tylko o bigosie, fasolce po bretońsku, chilli con carne, chicken tikka masala, czulencie czy risotto. Myślę, że jakby pogrzebać głębiej to każdej literze alfabetu można z powodzeniem przypisać przynajmniej jedno danie. Lub kilkanaście.

W moim domu rodzinnym dania jednogarnkowe stanowiły rzadkość. Powstawały głównie jako dodatki do odświętnego jadłospisu. Bardzo rzadko uzupełniały codzienny. W naszej tradycji nie ma takiego, które byłoby ratunkiem na praktycznie pustą lodówkę czy niespodziewaną inwazję bliżej nieokreślonej liczby osób. Nie wiem z czego to wynika. Mniejsza o dywagacje. W moim domu królowały posiłki kilkuskładnikowe i dwudaniowe obiady. Wieprzowina, kurczak, królik, wołowina, ryba, ziemniaki, kasza, ryż, makaron, surówka.

Dania jednogarnkowe, to jak sama nazwa wskazuje, dania zamknięte w jednym garnku. To dania w całości przygotowywane w jednym naczyniu lub których finał to lądowanie wszystkich składników w jednym garnku. Ważną ich cechą jest to, że stanowią zamkniętą całość. Nie wymagają praktycznie żadnych dodatków. Niekiedy jakiegoś węglowodanu, alby nieco złagodzić intensywność smaku. Ideałem jest jednak takie sporządzenie przepisu, by zawierał on wszystkie niezbędne elementy pełnowartościowego posiłku.

Czy danie jednogarnkowe to tylko uproszona forma obiadu lub lunchu? Czy jego sporządzanie wymaga obróbki termicznej składników? Czy podawanie go związane jest z jego podgrzaniem? Z mojego doświadczenia wynika, że na dwa te pytania należy odpowiedzieć twierdząco. Nie znam żadnej potrawy jednogarnkowej, która nie byłaby odpowiednikiem obiadu. Oczywiście spożywanie fasolki po bretoński czy bigosu na śniadanie lub kolację ma swój urok, ale to kwestia zbyt osobista, by można było toczyć o nią spory na forum publicznym. Nie znam też żadnej, której przynajmniej jeden ze składników nie wymagałby obróbki termicznej. Znam natomiast jedną którą można jeść na zimno. To Czysta sprawa, podgrzewanie jest wręcz niewskazane.

Jak więc zabrać się do rasowego dania jednoskładnikowego. Nic prostszego. To dania z założenia proste, niewymagające ani specjalnych umiejętności, ani narzędzi, Do części z nich wystarczy jedno naczynie, deska, ostry nóż. No może czasem moździerz. Ze składnikami jest podobnie. Większość dań robi się z tanich w danym obszarze i ogólnie dostępnych składników. Bo jaki jest problem ze zdobyciem kiszonej kapusty i suszonych grzybów w Polsce, fasolki i kiełbasy w Bretanii, mielonej wołowiny i kuminu w Meksyku czy owoców morza i chorizo w Hiszpanii. Z resztą sporządzenie tych dań poza miejscami ich pochodzenia również nie stanowi obecnie większego problemu.

W moim domu temat dań jednogarnkowych wywrócił ostatnio do góry nogami mój jadłospis. Lub inaczej. Powstał w wyniku przewrócenia do góry nogami mojego sposobu odżywiania się. Nadal wprawdzie nie zdecydowałem się na weganizm, ale podjąłem decyzję o zmodyfikowaniu mojej codziennej diety. Urwałem z niej kilka grup posiłków i zastąpiłem kilkoma innymi. Wzbogaciłem w ten sposób jej wartość, nie ograniczając zbytnio ilości. To pierwszy krok do skutecznej redukcji wagi.

Jak to wygląda w praktyce? Na przykład: miejsce makaronów, ryżów czy ziemniaków zajęła kasza. Główny obecnie składnik moich obiadów. Nie mogę się przekonać do makaronów produkowanych z razowej mąki. Węszę w nich podstęp. Nie mogę się tez przekonać do dzikich lub nieprzetworzonych ryżów. Węszę w nich siano. Nie smakują mi. Co innego kasza!

Poza jaglaną lubię każdą. Mogę ją jeść w każdej postaci. Nawet z boczkiem i śliwkami – Chłopskie Jadło. Tym bardziej z mięsem, warzywami i plejadą moich ulubionych przypraw. Zwłaszcza na obiad. Mam tu na myśli jednogarnkowe danie, które nosi niefortunną nazwę kaszotto. Dziwoląg słowny, który powstał jako upośledzony potomek włoskiego słowa risotto. Potrawę, która powinna się raczej nazywać… lecz nie wiadomo jak. Translator nie ułatwi tu sprawy. Okazuje się bowiem, że w języku włoskim kasze mają swoje indywidualne nazwy. Semolinotto? Granotto. Ryż to ryż, a nie jak kasza których jest więcej niż dużo.

Dlatego też przepisy, z których czerpałem inspiracje i mój własny przepis oparte są na konkretnych rodzajach kaszy. To ważne nie tylko ze względu na smak. Rodzaj kaszy ma istotny wpływ na czas gotowania i ilość użytych płynów. To znów ma wpływ na efekt końcowy. Na to czy kaszotto będzie gęste czy rzadkie? Czy kasza będzie niedogotowana czy rozgotowana? A może przypadkiem, idealna.

Przepis, który ułożyłem

1 szklana kaszy jęczmiennej (ok.. 250 ml)
0,5 kg mięsa (do wyboru: pierś z kurczaka, filet z podudzia z kurczaka, pierś z indyka, mielone mięso wieprzowe, drobiowe lub wołowe)
1 łyżka przyprawy gyros
1 cebula
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka mielonego kuminu
1 łyżeczka startego korzenia imbiru
1 łyżeczka cynamonu
½ łyżeczki mielonego kardamonu
½ łyżeczki startej gałki muszkatołowej
½ łyżeczki mielonej kolendry
½ łyżeczki mielonego chilli
½ szklanki jasnego sosu sojowego
2 ½ szklanki wody
750 gr mieszanki pokrojonych na drobno dowolnych warzyw: w kostki, paski, cząstki. może być gotowa mrożonka nazywana jako chińska lub azjatycka
olej do marynaty i smażenia

Mięso pokroić w kostkę (jeśli jest mielone to nie trzeba). Dodać do mięsa dwie łyżki oleju i przyprawę gyros. Dokładnie wymieszać. Odstawić. Poszatkować cebulę. Obrać i zetrzeć lub zmiażdżyć czosnek. Wlać olej do dużego garnka. Rozgrzać. Na rozgrzany olej wrzucić cebulę i zeszklić ją. Dodać czosnek i przyprawy (oprócz chilli) i smażyć całość przez minutę. Dodać chilli i natychmiast dodać mięso porcjami. Smażyć przez kilka minut nieustannie mieszając. Dodać kaszę i smażyć całość kilka minut, nieustannie mieszając. Dodać sos sojowy i chwilę podsmażyć całość, aby sos delikatnie się przypalił. Dodać wodę, ocet i cukier. Wymieszać. Przykryć i dusić na małym ogniu przez 10 minut. Dodać warzywa. Dokładnie wymieszać i dusić na małym ogniu przez 15 minut co jakiś czas mieszając.

Danie jest gotowe do podania od razu. Nie wymaga żadnych dodatków. Można je oczywiście podrasować według uznania. Dosolić, dopieprzyć, przyozdobić zieleniną, dodać więcej chilli, mniej cukru, zamienić niektóre składniki, uniknąć przypraw. Wszystko kwestia gustu. Niezależnie jednak od dodatków trzon dania powinien pozostać niezmienny. Wymiana kaszy musi wiązać się z korekcją wody i czasu gotowania. Wymiana mięsa z korektą czasu duszenia. Mięsa, które wybrałem nie wymagają go dużo. To 25 minut w zupełności wystarczy. Resztę można dowolnie modyfikować. Należy pamiętać tylko, że nie można zrezygnować z jedynego słonego składnika, czyli sosu sojowego. Jego brak musi być zrekompensowany odpowiednią ilością innego sosu, maggi lub soli.

Cokolwiek bym o tym daniu nie napisał, nie będę obiektywny. Nie mogę być. W końcu to moje dzieło. Jednego jednak nie mogę mu odebrać. Jest pożywnym i bardzo sycącym daniem. Przy większej ilości chilli doskonale rozgrzewa. Teoretycznie więc danie idealnie sprawdza się zimą. Jednak latem też go nie unikam. Zaspokaja apetyt na wiele godzin. To najważniejsze. Rozgrzewa, ale i wywołuje poty. To wbrew pozorom latem ważna cecha obiadu. Podobno z tego powodu jedzenie tajskie jest takie ostre. Pot przecież chłodzi, a w Tajlandii z założenia, zimno nie jest.