Do Góry Nogami.

Powszechnie wiadomo, że we własnym domu nie jestem kulinarnym idolem. Synek zapytany czy chce ciastko, bez wahania odpowiada, że jak moje to nie. Małżonka widzi w mojej pracy sposób na lansowanie się i zdobywanie lajków. Moja siostra pomimo doskonałego wykształcenia, zapomina języka w gębie gdy proszę ją o opinię. Liczyć mogę w zasadzie tylko na rodziców. W sumie tylko na mamę, gdyż tato nie ma w zwyczaju werbalnego wyrażania emocji. Przesadzam? Tak. Ale nie za bardzo.

Wyobraźcie sobie więc moje zaskoczenie, gdy ostatnio zrobiłem coś, co bardzo im smakowało. Żona poprosiła mnie, abym zmienił nieco swój wąski sposób postrzegania żywności, wyszedł poza stworzone przez siebie ramy i poszukał czegoś co będzie pasowało do nowego dla niej sposobu odżywiania się. Postanowiła nie kroczyć obraną przeze mnie ścieżką i drastycznie zmienić swoje nawyki i styl żywienia. Zwróciłem się więc ku jasnej stronie mocy.

W pierwszym odruchu postanowiłem unikać tematu. Odniosłem się do prośby żony ze zdwojoną ignorancją. Niestety. Uczciwość nie pozwoliła mi ciągnąć smugi cienia w nieskończoność. Chcąc, nie chcąc, prędzej czy później musiałem przestać ignorować sumienie i zabrać się do pracy. Dlatego, aby oswajać się z tematem i nieco utemperować opór rozpocząłem od szlifowania swojej podświadomości. Na kuchennym blacie, w jego centralnej części postawiłem najrzadziej otwierane przez nas pudełko, czyli pojemnik z kaszą jaglaną.

O swoim stosunku do tej kaszy już pisałem. Swoją opinię na ten temat wyraziłem we wpisie Jaglana Ekstaza. Nie muszę więc pisać, że kierując swoje pierwsze kroki w kierunku tej właśnie kaszy wykazałem się swego rodzaju złośliwością. Żona wprawdzie prosiła mnie, bym nie unikał jaglanki w swoich poszukiwaniach, ja jednak wiedząc, że nie jest to jej ulubiony składnik, nie oponowałem.

Za znalezieniem jakiegoś przepisu nie miałem oczywiście żadnego problemu. Żadnego problemu nie miałem też z wyborem. Skupiłem się na tych, do których przygotowania nie musiałem w jakikolwiek sposób się przygotowywać. Jeżeli w przepisie pojawił się choć jeden składnik, którego aktualnie nie miałem w domu, przepis odpadał. Wybór padł na zachęcająco wyglądający deser.

Przepis, z którego skorzystałem:

1/2 szklanki kaszy jaglanej
1 szklanka wody
1 szklanka mleka
1 banan
1 szklanka mrożonych malin
cukier cynamonowy, cukier wanilinowy
75g kremowego serka
2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego

Kaszę kilkakrotnie przelać na zmianę zimną i gorącą wodą. Ugotować na małym ogniu w 1 szklance wody, zgodnie z czasem podanym na opakowaniu. Osłodzić odrobiną cukru cynamonowego, ostudzić. W tym czasie zmiksować maliny i przetrzeć je przez sitko, żeby pozbyć się pesteczek. Słodzić do smaku. Kaszę zblendować razem z mlekiem i bananem do momentu otrzymania konsystencji budyniu. W wysokich szklankach układać na przemian budyń bananowy, serek kremowy i mus z malin. Dekorować jogurtem naturalnym.

Przepis znalazłem na stronie blogu Zapach Aptetytu, we wpisie Bananwo-malinowy deser z kaszy jaglanej.

Z założenia uniknąłem użycia zalecanego w przepisie cukru. Dodałem tylko odrobinę cynamonu i cukru wanilinowego. Malin nie słodziłem w ogóle. Nie chciałem od samego początku ignorować woli małżonki. Zwłaszcza, że jak się po raz kolejny okazało, nasze kubki smakowe pracują na kompletnie innych obrotach.

Mdły, gorzkawy, kwaśny i nieco papkowaty w moich oczach, w oczach mojej żony okazał się… wyśmienity. To co mnie skutecznie odepchnęło, dla niej okazało się największą zaletą. Brak wyraźnie zarysowanej, przepełnionej słodyczą struktury koliduje, moim zdaniem, z sednem słowa deser. Jej zdaniem niekoniecznie. W jej opinii, deser który zrobiłem spełniał wszystkie jej oczekiwania. Sycił, zaskakiwał i dostarczał miłych wrażeń wizualnych. Mało tego. Moje zdumienie osiągnęło krytyczny poziom, gdy słowa uznania padły również z ust synka. Mrok rozświetlił promień nadziei.

Wszystko wyszło zupełnie na opak. Kompletnie nie planowałem takiego obrotu sprawy. Dążyłem wręcz przez lata, by do niego nie dopuścić. Okazało się, że pomimo moich starań moja najbliższa rodzina, daje sobie doskonale radę bez przesłodzonych ciast, za słodkich ciastek czy przepełnionych słodyczą ciasteczek. Wprawdzie czasem zaskakują mnie słabością do niektórych z nich, ale to momenty tak sporadyczne, że można je uznać za wyjątki. Z degustacją tego deseru nie będę brnął głębiej. Reakcja tej części mojej rodziny w zupełności mi wystarcza.

Wniosek z tego prosty. Nadal chcę się starać. Nadal chcę poszukiwać, odkrywać, eksperymentować i dociekać. Nadal przynosić do domu nowe smaki, składniki, potrawy. Przekraczać kolejne granice. Zwłaszcza, gdy otrzymuję tak jasno i precyzyjnie wyznaczony kierunek. Nie chcę i nie umiem się temu opierać. Dlatego wbrew temu co niekiedy pisze i mówię zacznę sięgać do ignorowanej do tej pory przeze mnie bezglutenowej, niskotłuszczowej, niskonabiałowej, pozbawianej rafinowanego cukru, jaj, ziaren i wielu, wielu produktów.

Dlaczego? Dlatego, że nie chcę na siłę nikogo uszczęśliwiać. Chcę cieszyć się tym, że otaczają mnie osoby, które mają własną opinię i nie kierują się moimi oczekiwaniami. Cieszyć się tym, że umiem słuchać i spełniać oczekiwania. Pomimo tego, że czasami wszystko wychodzi na opak. Do góry nogami.