Daktylowe Love.

12729430_1241604072535496_1816056096_n

Daktyle są owocem niemalże idealnym. Przynajmniej według mnie. Bogate w witaminy, potas, antyoksydanty mnie osobiście uwiodły smakiem i nadmierną zawartością cukrów. Głównie dobrze przyswajalnych cukrów prostych. Uwiodły, gdyż głównie z nimi zdradzam moja wielką miłość, sacharozę.

Od bliżej nieokreślonego czasu szukam sposobu na bezbolesne i metodyczne wyeliminowanie z mojego codziennego jadłospisu cukrów złożonych. Rozstania się z nimi. Porzucenia bez poczucia straty i utajonej chęci powrotu. W pewnym momencie uznałem, iż właśnie daktyle są elementem, który może mi w tym procesie pomóc. Mój związek z nimi trwa całe dekady, ale nigdy nie był ani intensywny i ani satysfakcjonujący. Z daktylami spotykałem się głownie przy okazji świąt lub bardzo rzadkich randek, gdy niespodziewanie trafiałem na nie na marketowych pułkach. Nasza znajomość przez lata była sporadyczna i raczej pozbawiona zobowiązań. Traktowałem je jako odskocznię od moich namiętnych relacji z przemysłowo produkowanym słodyczami. Nasza znajomość była też bardzo dosłowna. Daktyle jadałem tylko w jeden sposób. Tylko jako suszone owoce, tylko w całości. Ostatnio odkryłem, że je można w domowych warunkach przetwarzać i wykorzystywać jako dodatek lub bazę do wielu bardzo intensywnych zmysłowych doznań.

Daktyle, zmiksowane, idealnie nadają się przecież jako zamiennik cukru. Można je wykorzystywać do wyrobu czekoladowych kremów, ciast, batoników, kulek, cukierków. Są nie tylko słodkie, ale mają wbrew pozorom bardzo neutralny smak dzięki czemu łatwo wtapiają się w tło, pozwalając innym dodatkom zdominować smak konkretnego produktu. Przypomnę tylko, że wystarczyło, żebym do masy daktylowej dodał 20% bananów by zrobić bananowo-daktylowe batoniki. Nie odwrotnie. Daktyle są nośnikiem. Bazą. Punktem wyjścia i, co ostatnio dla mnie bardzo ważne, źródłem inspiracji.

W poszukiwaniu idealnego rozwiązania przetrząsnąłem cały internet. Nie mam dostępu do odpowiednich książek kucharskich dlatego musiałem się posiłkować tym co znalazłem w sieci, a znalazłem tego oczywiście za dużo. Wstępną selekcję musiałem więc oprzeć na jakimś założeniu. Wymyśliłem, że prostota będzie najlepszym rozwiązaniem. Pomimo tego, że korciło mnie by nafaszerować moje batoniki różnorodnymi dodatkami, intuicja podpowiadała mi Artur. Zostaw to w prostocie. Dlatego też założyłem, że kolejną porcję batoników wykonam według zasady trzech składników oraz bez poddawania ich jakiejkolwiek obróbce termicznej. Dodatkowym warunkiem była zawartość moich szafek, a dokładnie tego co w tym momencie w nich przechowuję. Szybko okazało się, że bez trudu wykopałem się z nadmiernej ilości dostępnych przepisów. Szybko okazało się też, że mało jest takich, które w pełni spełniały by moje oczekiwania. Jeszcze szybciej okazało się, że jest ich bardzo mało.

Ostatecznie nie skorzystałem z żadnego z dostępnych w sieci przepisów. Szybko zorientowałem się, że sam mogę z powodzeniem kreować własne zestawienia, oparte jak już wspomniałem na tym co mam w kuchni. Wbrew pozorem narzucone przeze mnie ograniczenia nie okazały się ograniczające. Nie będę się wdawał w szczegóły by przedstawić zawiłości mojego procesu decyzyjnego. Wspomnę tylko, że za dużo pomysłów miałem już przy czterech składnikach. Skupiłem się w konsekwencji na skrajnościach i różnorodnościach. Tak, by tym razem odczuć różnice, a nie dostrzec podobieństwa. Tym razem, gdyż zakładam, że to początek poszukiwań mojego własnego idealnego zestawienia.

Batonik orzechowo-żurawinowy

100 gr daktyli
100 gr orzeszków ziemnych
100 gr żurawiny

Daktyle zalać wrzątkiem, pozostawić na kilkanaście minuty. Odcedzić i zmiksować na gładka masę. Orzechy dokładnie zmiksować, tak by powstał lepki pył. Żurawinę posiekać lub zmiksować. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Przełożyć do pojemnika (u mnie 1/2 keksówki), dokładnie ugnieść, wyrównać powierzchnię i odstawić do lodówki na 12 godzin. Po tym czasie wyjąć z lodówki i pokroić na batony lub inny dowolny kształt.

Batony wyszły soczyste, słodko-kwaśne, z wyraźnym posmakiem orzechów. Żurawina doskonale skomponowała się z pozostałymi smakami, tworząc przyjemny dodatek. Batony są miękkie i elastyczne. Grubość ok. 2 cm pozwala zachować ich kształt. Cieńsze mogą się rozpadać.

Batonik orzechowo-pomarańczowy

100 gr daktyli
100 gr orzechów włoskich
skórka otarta z jednej pomarańczy

Daktyle zalać wrzątkiem, pozostawić na kilkanaście minuty. Odcedzić i zmiksować na gładka masę. Orzechy zmiksować. Można zostawić drobne fragmenty orzechów. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Przełożyć do pojemnika (u mnie 1/2 keksówki), dokładnie ugnieść, wyrównać powierzchnię i odstawić do lodówki na 12 godzin. Po tym czasie wyjąć z lodówki i pokroić na batony lub inny dowolny kształt.

Batony wyszły soczyste o bardzo intensywnym pomarańczowym aromacie, z wyraźnym posmakiem orzechów włoskich. Niedokładnie zmiksowane orzechy wzbogacają całość w przyjemnie chrupiące elementy. Batony są miękkie i elastyczne. Grubość ok. 1,5 cm pozwala zachować ich kształt. Cieńsze mogą się rozpadać.

Batoniki owsiano-kokosowe

100 gr daktyli
100 gr mączki owsianej
25 gr wiórków kokosowych

Daktyle zalać wrzątkiem, pozostawić na kilkanaście minuty. Odcedzić i zmiksować na gładka masę. Mąkę owsiana można uzyskać poprzez zmiksowanie blenderem płatków owsianych. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Z powstałej „kuli” można formować dowolny kształt bez użycia dodatkowych naczyń. Masa jest twarda i zbita. Łatwo się ją ugniata i prasuje. Ja uformowałem z niej placek o grubości ok 1,5 cm i włożyłem na 12 godzin do lodówki. Po tym czasie mogłem wyjąć z lodówki i pokroić na batony lub inny dowolny kształt.

Batony w tych proporcjach są suche, twarde i bardzo sycące. Doskonale się kroją i zachowują kształt. Osobiście brak mi było w nich elementu kontrastowego, który wzbogacił by smak.

Batoniki kakaowo-orzechowe

100 gr daktyli
100 gr orzechów włoskich
2 łyżki kakao

Daktyle zalać wrzątkiem, pozostawić na kilkanaście minuty. Odcedzić i zmiksować na gładka masę. Orzechy zmiksować. Można zostawić drobne fragmenty orzechów. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Przełożyć do pojemnika (u mnie 1/2 keksówki), dokładnie ugnieść, wyrównać powierzchnię i odstawić do lodówki na 12 godzin. Po tym czasie wyjąć z lodówki i pokroić na batony lub inny dowolny kształt.

Batony bardzo miękkie, wręcz klejące się. Zbyt kakaowe jak na mój gust. Można śmiało powiedzieć, że wytrawne i zbliżone stopniem słodkości do ciemnej czekolady. Kawałki orzechów przyjemnie chrupią podczas jedzenia. Ilość kakao można śmiało zmniejszyć o połowę.

Podsumowując. Każdy batonik wyszedł smaczny i ma w sobie coś wyjątkowego. Żaden z nich jednakże nie zachwycił mnie na tyle, bym do niego z chęcią wrócił. Okazało się bowiem, że zasada trzech składników w przypadku batonów niepieczonych do końca się nie sprawdza. Poddane suszeniu lub pieczeniu zapewne wyszły by lepsze. Batonom bez mączki z płatków owsianych brakowało zwartości. Batonom bez kwaśnych dodatków wyrazistości. Batonom z mączką z płatków owsianych soczystości. W każdym było czegoś za mało. Wiem, że kolejnym razem będę musiał albo zwiększyć liczbę składników, albo powymieniać je, albo przełamać siebie i niektóre przepisy wykorzystać do zrobienia batoników pieczonych. Jednym słowem dalej radośnie, bezceremonialnie i bez kompleksów eksperymentować.

Na zakończenie zadam sobie sam kluczowe pytanie: czy warto było to wszystko zrobić? Przeznaczyć czas i energię po to by nie odnaleźć to, czego zacząłem szukać. Idealnego dla mnie smaku i konsystencji. Sposobu na wyrwanie się z objęć sacharozy, kochanki zazdrośnie strzegącej przed innymi dostępu do mojego serca. Skutecznie obdarowującej mnie swoimi wdziękami, łamiąc moją wolę rozstania. Na zakończenie stwierdzam, bez jakichkolwiek wątpliwości, że warto było. Warto było samodzielnie spróbować, przekonać się, zbadać możliwości i doświadczyć zupełnie innych doznań. Warto było skupić się i w działaniu odnaleźć przyjemność eksperymentowania, koncentracji na poszukiwaniu bez wyraźnego celu. W końcu ideał to coś  odległego i niewyobrażalnego, coś do czego się dąży, a nie coś co się osiąga. W końcu nie ma też żadnego znaczenia czy udało mi się zdobyć to do czego dążę, czy nie. Ważne, że zrobiłem kolejny krok, że nie ustałem w poszukiwaniach, i że posmakowałem rozkoszy z innego kielicha. Parafrazując słowa Tomasza Edisona, być może nie znalazłem sposobu na idealny batonik, ale znalazłem cztery sposobu jak idealnego dla mnie batonika nie zrobić. Doskonale się przy tym, podkreślam z naciskiem, bawiąc.