Czekoladowa Esencja.

12328374_857573791021638_58818979_n

Prawda jest taka, że uwielbiam czekoladę. Nie ukrywałem tego i nie ukrywam. Dlatego, gdy spotyka mnie okazja zrobienia czegoś, co przynajmniej z nazwy ma coś z nią wspólnego, nie próbuję nawet się opierać. Nie chcę. Ulegam pokusie i pozwalam się uwieść. Pragnę.

Przepisów z udziałem czekolady, czy chociażby z czekoladą w nazwie, są setki. Można śmiało powiedzieć, że nawet tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy. Całe stosy. Każdego dnia przeglądam ich wiele. Każdego trafiam na jakieś mniej lub bardziej interesujące i każdego jednymi się zachwycam, a innymi nie. Nic w tym nadzwyczajnego. Dlatego tym bardziej dziwię się, że zainteresowałem się właśnie tym konkretnym, jednym z wielu, przepisem. Pozornie niczym się niewyróżniającym. Pozornie pospolitym. Pozornie ginącym w natłoku innych. Pozornie, gdyż niemalże od samego początku dostrzegłem w nim coś co wyróżniało go spośród innych. Coś co sprawiało, że nie jest pospolity. Coś co wywołało we mnie pragnienie. Ale zacznijmy od początku.

Natrafiłem na niego podczas czytania jednego z cotygodniowych wpisów, które można znaleźć na blogu Bookworm On The Run. Jego autor, we wpisie zatytułowanym Rozbieg 7. tygodnia, wspomniał, że wieczorkiem podgryza sobie przepyszne ciasteczka. Sama nazwa tego wypieku niewiele mi mówiła. A powinna. Powinna być, teoretycznie, wystarczającym dla mnie argumentem, by się nim zainteresować. Jednak nie była. Nie była nim też zamieszczona przez Pawła, autora bloga, informacja, że zrobił je sam. Przyznam, że w pierwszym momencie trafiła w sam środek mojej ambicji i wstępnie pokierowała tokiem mojego myślenia, ale ostatecznie zupełnie coś innego sprawiło, że nie chciałem pozwolić, by ten przepis ominął mój piekarnik. Odkryłem to, gdy kliknąłem w umieszczony we wpisie link i trafiłem do jednego z najpiękniejszych miejsc w wirtualnej przestrzeni.

Moim oczom ukazało się zdjęcie przepięknych, obsypanych białym proszkiem, okrąglutkich ciasteczek. Niewielkie półkule, leżące obok płaskich krążków nosiły na sobie liczne ślady spękań, które odkrywały ich prawdziwą, skrytą pod warstwą bieli, ciemnobrązową barwę. Popękane Ciasteczka Czekoladowe, zamieszczone na blogu Esencja, od pierwszego wejrzenia wywołały u mnie nieodparte pragnienie zrobienia ich, odkrycia tajemnicy spękań, rozgryzienia ich intrygującej struktury i zanurzenia się w aromacie i smaku jaki bił od nazwy oraz przedstawiającego je zdjęcia. Patrząc na ekran monitora doznałem wrażenia fizycznego kontaktu z tymi ciastkami. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale tym razem poczułem w nozdrzach aromat czekolady, w dłoniach ich kształt, a w ustach intensywny kakaowy smak, połączony z odgłosem kruszącego się pod wpływem nacisku zębów ciasta. To było pożądanie w czystej postaci. Pozbawiona duchowych uniesień fizyczna ekscytacja. Wpadłem.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym na fali uniesień, nie zerknął chociaż w kierunku przepisu. Z doświadczenia wiem, że nawet najwspanialszy wypiek, nawet najbardziej ekscytująca fotografia mogą stracić swoją atrakcyjność przy bliższym poznaniu. Jeżeli sposób wykonania zawiera zbyt wyszukane składniki lub wymaga posiadania nieosiągalnych dla mnie urządzeń albo umiejętności moje pragnienie gaśnie a w serce wkrada się chłód zapomnienia. W wypadku tych ciasteczek nie odczułem zawodu. Już pierwsza, pobieżna lektura przepisu dostarczyła mi bowiem dwóch szalenie dla mnie istotnych informacji. Po pierwsze wszystkie składniki i narzędzia miałem w domu. Mogłem ciasteczka zrobić od ręki, bez wychodzenia do sklepu. Po drugie przepis okazał się być wręcz ekstremalnie prosty. Składniki należało połączyć, odstawić na jakiś czas w zimne miejsce, uformować z uzyskanej masy kulki, obtoczyć w cukrze pudrze i w odpowiedni sposób, w odpowiedniej temperaturze upiec. Nic wielkiego. Żadnych skomplikowanych czynności, żadnych niepokojących elementów. Najważniejsze było jednak dopiero przede mną. Była nią, niewspomniana przeze mnie trzecia informacja. Coś co odkryłem później. Odkrycie, które przypieczętowało moją miłość do tych ciastek.

Do wykonania Popękanych Ciasteczek Czekoladowych nie mogłem zabrać się niestety od razu. Musiał minąć jakiś czas, ale gdy wreszcie go znalazłem, moje emocje całkowicie mną zawładnęły. Niemalże drżałem ze strachu, że w wyniku utraty kontroli nad podnieceniem coś zepsuję, posunę się za daleko lub czegoś nie dopilnuję. Uniesiony euforią, świadomie lub nie w przypływie przebłysku jednej szalonej idei zmodyfikuję przepis. Zakończę naszą kiełkująca namiętność. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Po kilkudziesięciu minutach pracy i kilku godzinach czekania mogłem cieszyć się wreszcie fizycznym kontaktem z cudownymi ciasteczkami, których obraz wrył się głęboko w moją pamięć.  Wszystko odbyło się zgodnie z przepisem. Tajemnicze spękania, podkreślone warstwą cukru pudru powstawały same, w wyniku powiększenia masy. Niemalże idealny, półkulisty kształt był efektem rozpuszczania się kulek i ich szybkiego zastygania. Byłem spełniony. Pozornie dopiąłem swego. Pozornie osiągnąłem swój cel.

Pozornie, gdyż pierwszy kęs przyniósł ze sobą pierwsze rozczarowanie. Ciastka były pyszne. Słodkie i wyjątkowo intensywne. Aromatyczne, mocno kakaowe, ale nie wystarczająco, jak na moje oczekiwania, czekoladowe. Czekoladowe ciasteczka były w moim mniemaniu jedynie ciasteczkami kakaowymi. W moim mniemaniu podkreślę, gdyż większości osób, które je jadły, smakowały. Mnie ta kategoria doznań nie wystarczała. Oczekiwałem nie zadowolenia ale uniesienia. Nie akceptacji ale ekscytacji. Nie uśmiechu, ale uderzenia fali emocji i przyspieszonego bicia serca. Tym większej doznałem ulgi, gdy moje początkowe rozczarowanie przerodziło się w radość. Odkryłem bowiem, że to co początkowo uznałem za mankament, jest największą zaletą tych ciastek. Prosty przepis, niewyszukane składniki stanowią bowiem doskonałe pole do dalszej nad nimi pracy. Odkryłem to co, jak już wspomniałem, przypieczętowało moją do nich miłość, że te ciasteczka mają potencjał. Są niemalże nieskończonym wypiekiem, którego ostateczny smak zależeć może tylko od mojej własnej inwencji twórczej.

Na kolejny wypiek nie czekałem długo. Już po kilku dniach zrobiłem kolejną porcję tych ciasteczek, tym razem z domieszką gorzkiej czekolady. Posiekana tabliczka 60% czekolady, wyniosła ich smak na wyżyny intensywności i zwielokrotniła pierwotny kakaowy aromat. Kolejny wypiek wzbogaciłem o skórkę otartą z jednej pomarańczy i aromat pomarańczowy. Do części masy dodałem też szczyptę chilli – nie umiałem się powstrzymać. Rozpocząłem, jednym słowem, wspaniała zabawę, której efektami będę mógł cieszyć się jeszcze przez wiele rozgrzań piekarnika. W planach mam bowiem wymianę pomarańczowego posmaku na miętowy oraz cytrynowy. Intensyfikację doznań poprzez zastosowanie innego rodzaju czekolad. Całkowitą zmianę charakteru ciastek poprzez eksperymenty z aromatem kawowym. Otwarcie umysłu na inne smaki i aromaty. Dalsze poszukiwania.

Na dziś, na ten moment, świadomie i z całą odpowiedzialnością mogę napisać: jestem zadowolony. Nic dodać, nic ująć. Pomimo,  że początkowa ekscytacja przerodziła się w chwilowe rozczarowanie, z rozczarowania zrodziła się nowa idea. To co było pozornym mankamentem, okazało się być największą zaletą. Odnalazłem w końcu swoją czekoladową esencję w ciastkach, które pozornie niczym się nie wyróżniają, są pozornie pospolite, pozornie giną w natłoku innych. Pozornie, gdyż tak naprawdę kryją w sobie wielki potencjał.

Przepis, z którego skorzystałem:

1/2 szklanki ciemnego kakao
1/2 szklanki cukru
1/4 szklanki oleju
2 jajka
1 szklanka mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1/4 szklanki cukru pudru

opcjonalnie:
100 g gorzkiej czekolady
skórka otarta z jednej pomarańczy
pół łyżeczki aromatu pomarańczowego
1/4 łyżeczki chilli

W misce połączyć kakao, cukier i olej i dobrze wymieszać, a następnie dodać jedno jajko, utrzeć z masą i dodać kolejne jajo dalej mieszając. Jeżeli ma być o posmaku pomarańczowym, dodać aromat. Czekoladę posiekać na drobne kawałki. Skórkę posiekać jak najdrobniej. W drugiej misce połączyć mąkę, proszek do pieczenia i sól (czekoladę, skórkę z pomarańczy, chilli) oraz dodać je do czekoladowej masy. Powstałą w ten sposób zbitą masę przykryć folią spożywczą i odstawić na 4 godziny do lodówki. Nagrzać piekarnik do 175 stopni. Cukier puder wysypać na talerz. Z ciasta uformować ok. 1,5-centymetrowe kulki i obtoczyć je w cukrze pudrze. Czynności należy wykonywać szybko, ponieważ kulki lepią się do rąk i tracą kształt. Gotowe kulki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia zostawiając odstępy. Piec ok. 10 minut. Po wyjęciu z piekarnika pozostawić je na minutę na blaszce by „związały” kształt. Następnie przełożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

  • o boże, co za czekoladowa rozpusta! nie jestem pewna czy mogę te ciasteczka zrobić, bo skończyłoby się to obżarstem, a mianowicie zjedzeniem samej całej porcji:P cudownie piszesz o miłości do czekolady, mogłabym się podpisać pod Twoimi słowami obiema ręcami:P ja już zaczęłam kupować tę 90%, żeby nie jeść na raz całej tabliczki. i tak nie do końca wychodzi 🙂

    • Kupowanie 90% to bardzo dobry sposób na naukę jedzenia czekolady z dodatkami 😀 Z rodzynkami, orzeszkami, owocami, popijanie mlekiem, wodą itd. 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Jak Ty to cudownie piszesz… Zawarłeś w tym wpisie wszystko co jest mi tak bardzo znajome! Właśnie, bo one są bardziej kakaowe – trafiłeś po prostu w środek tarczy rozszczepiając inne tam ulokowane strzały! Też mnie zastanawiało co można zrobić – bo laikiem jestem – żeby wzmóc ich smak w kierunku czekolady. Prześwietnie opisałeś te rozterki, które wymuszają na nas spróbowanie przepisu, które brutalnie zderzają nieznany wyrób z naszymi oczekiwaniami. Poezja. Ale też mam pytanie – ostatnio dostałem czekoladę 90% – niestety, jest dla mnie niejadalna – bo ekstremalnie gorzka. Myślisz, że w przypadku tych ciastek wzbogaci smak ale utraci coś ze swojej surowości? 😀 Pozdrawiam serdeczne… Jeszcze raz to napiszę – stworzyłeś mistrzowski opis procesu tworzenia!

    • Dzięki Pawle! Jak zwykle mnie rozwalasz na łopatki 😀 Bardzo mi miło. Czekoladę dodałem 60% bo znajoma, która prowadzi firmę cukierniczą, poleciła ją nam jako najlepszą do wypieków. Konkretnie z Netto jaką najtańszą. Faktycznie jest dobra, gdyż nie rozpuszcza się do końca i tworzy takie smakowe wysepki czekolady. Jak będziesz robił te ciastka to dodaj do połowy porcji dziewięćdziesiątkę i sam ocenisz. Pozdrawiam Cię serdecznie i jeszcze raz dziękuję za Twój komentarz 😀

  • Ten wpis tak bardzo kusi, że powstrzymuję się żeby nie pobiec do kuchni i zabrać się za robienie tych wspaniałych ciasteczek 😀 Również uwielbiam czekoladę! 🙂

    • Dziękuję! Czekolada jest dla mnie jedyną rzecz, której nie chce uczyć się sobie odmawiać. Uwielbiam ją i nie wyobrażam sobie dnia bez niej. Marzę o tym by zacząć ją robić samemu, ale to jeszcze nie ten poziom 😀 Pozdrawiam serdecznie!

  • Shiart

    Mmmmmmm! Chyba się dam uwieść i dodam do listy rzeczy do zrobienia 🙂

    • Super 😀 Nie wolno im się opierać. Uwierz mi, że dopóki ich nie zrobisz będą Cię w nocy wybudzać i straszyć 😀 Mnie dręczyły nawet w biały dzień! Pozdrawiam!

  • Po długim i głębokim namyśle dochodzę do wniosku, że najbardziej smakowała mi wersja z posiekaną czekoladą. Bez żadnych pomarańczowych akcentów 🙂

    • Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Specjalnie dla Ciebie będę robił ćwierć porcji czystych 😛

  • Kocham czekoladę! Ciasteczka wyglądają tak apetycznie, że jem oczami 😀

    • Zgadzam się! Ja sam oniemiałem z zachwytu jak je zobaczyłem. Ma żywo wyglądają równie pięknie i nie ma przeszkody w postaci monitoru 😀 😀 Pozdrawiam!

  • Bardzo apetyczne „popękane” 🙂 Tak sugestywnie opisujesz tego bohatera, podgryzającego co wieczór ciasteczka, że chyba nie wytrzymam i polecę po coś słodkiego do kuchni 😉

    • Dziękuję bardzo 😀 Mam nadzieję, że udało Ci się zaspokoić chwilowy głód 😀 W końcu nie wolno być głodnym 😀

  • Trudno uwierzyć mi w to co piszę, ale jeszcze kilka miesięcy temu przez całe lata czekolada to było coś, bez czego dzień się nie liczył. Zjedzenie tabliczki przy jednym podejściu nie stanowiło dla mnie najmniejszego problemu. Potem nastąpił okres kiedy bardzo zintensyfikowałam swoją aktywność sportową, a wraz z nią „uspokoiłam” dietę. W tej chwili mogę śmiało powiedzieć, że odwyk od słodyczy objął również czekoladę. Wyobrażasz sobie, że jest to możliwe? Niemniej jednak od czasu do czasu mam ochotę na dobry deser i czuję, że Twój zmodyfikowany przepis będzie do nich należał. Muszę też przyznać, że nie znam nikogo kto tak pięknie opowiada o czekoladzie.

    • Dziękuję bardzo serdecznie! Bardzo mi miło i czuję się zaszczycony Twoim uznaniem 😀 😀 Faktycznie trudno mi uwierzyć, że można nie jeść czekolady. Sam stoję w przededniu podjęcia decyzji o zmianie diety, ale wiem że czekolada będzie moim ostatnim bastionem. Mogę żyć dosłownie bez wszystkiego (oprócz mięsa 😀 ) Ale czekolady nie poświęcę za żadne skarby! Pozdrawiam serdecznie!

      • Phi. Też tak gadałam. Jeszcze kilka miesięcy temu. Mówię Ci, z tego można się wyleczyć 😉 W tej chwili nie jestem w stanie zjeść każdej czekolady, bo zrozumiałam, że wiele z nich nawet jej nie przypomina. Czuję sam cukier i czuję się oszukana. Jedynie jako dodatek do deserów, wciąż doceniam czekoladę, ale musi to być prawdziwa czekolada. Ściskam.

  • Och te Twoje rozczarowania odkrywające potencjał w potrawach. 🙂 Piszesz o nich tak, że efekty Twoich działań chciałoby się spróbować teraz, natychmiast. A tu nie ma. Dobrze, że miałam substytut w postaci czekolady. 🙂 Zwykłe ciasteczka, zwykły przepis, a przepuszczony przez Twoją klawiaturę nabrał mocy niezwykłości i wyjątkowości. Jak wszystko o czym piszesz. 🙂 Tak sobie pomyślałam, że dobrze by było gdybyśmy i w życiu w tych pozornych mankamentach potrafili odnaleźć największe zalety. 🙂

    • Basiu! Jesteś wspaniała! Odkryłaś najbardziej głęboki sens tego co napisałem! W podtekście każdego moje wpisu staram się wpleść myśli, które mnie „prześladują” lub mają dla mnie wartość. W tym wpisie głównie chodziło mi o umiejętność dostrzegania wartości w rzeczach lub zdarzeniach w których „pozornie” jej nie ma. „Potencjał” drzemie wszędzie. Poprzez otwarcie umysłu można go dostrzec i kreatywnie wykorzystać. Dziękuję i przesyłam Ci specjalne uściski! 😀 😀

      • Bo ja zawsze staram się znaleźć wartość w rzeczach, zdarzeniach i w ludziach, nawet jeśli na pierwszy rzut oka jej nie widać. 🙂 Inna sprawa, że nie zawsze to mi się udaje. 😉 Odwzajemniam uściski i dziękuję. 🙂

  • Artur!! Jesteś niemożliwy! Nosz jak można tak dobrze pisać ja się pytam?! 😀
    Przemycać mądrości życiowe we wpisie o ciastkach- bezcenne! Uwielbiam i już! 😀

    • Dziękuję i już 😀 😀 :*

  • Nie mogę niestety spróbować ich na odległość… a poza tym pewnie już wszystkie zostały zjedzone, ale wyglądają na pyszne i czekoladowe! 🙂

    Ja też uwielbiam czekoladę, a przez ostatni tydzień jem ją w nadmiarze, aż narzyczony zapytał czy, aby nie jestem w ciąży… no nie jestem 😀 ale po prostu potrzebuje jej i już!

    Pozdrawiam ciepło,

    Panna Joanna

    • Hahaha 🙂 Narzeczony się boi czy ma nadzieję 😛 Doskonale Cię rozumiem. Dla mnie nie ma pojęcia nadmiar czekolady i nadmiar pysznych ciastek 😀 Pozdrawiam serdecznie!

      • Myślę, że póki co podchodzi neutralnie 😉 ale myślę, że z pewnością by się ucieszył! 😀

  • Jesteś naprawdę niesamowity….potrafisz z typowych, niewiele wnoszących do życia ciastek zrobić arcydzieło przekazu intelektualno-kulinarnego:)

    • Dziękuję :* Bardzo dziękuję 🙂

  • Ale one ładne, a przepis bardzo prosty 🙂 I nawet mam skórkę pomarańczową! A jak nie pomarańczowe, to ja do ciast czekoladowych lubię też dodawać aromat rumowy 🙂

  • Chętnie skorzystam z przepisu! 🙂