Co Można Robić w Blokach?

kielbasa_biala

W blokach można gotować zupy, smażyć kotlety, piec placki, robić weki. Można suszyć, mrozić, pasteryzować, marynować. Można jeszcze robić wiele ciekawych i pożytecznych rzeczy, ale czy w blokach można robić ser? Chleb? Kiełbasę? To już brzmi trochę bardziej kuriozalnie. Okazuje się, że nie! Ponieważ nic, absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie by w blokach, na kilku merach kwadratowych, w kuchni, uruchomić prywatną manufakturę żywności.

Coś jednak stoi na przeszkodzie, skoro prawie nikt tego nie robi. Wśród moich znajomych modne jest zdrowe odżywianie się. Selektywny dobór surowców, półproduktów i samych gotowych dań. Szukanie, innymi słowy, jedzenia wartościowego pod względem surowcowym, pozbawionego zbędnych dodatków. Nie znam jednak osobiście nikogo, kto samodzielnie zajmowałby się robieniem wędlin, serów czy innych wyrobów. Tego co, przynajmniej w moim domu, jada się dużo i kupuje w dużych ilościach. Większość z nich chwali sobie tradycyjne wyroby, produkowane na podstawie staropolskich receptur. Niektórzy są nawet w stanie zapłacić duże pieniądze za etykietki, które zapewnią ich o pochodzeniu tego co kupują. Ale praktycznie nikt nie spróbuje zrobić cokolwiek samodzielnie. Nikogo nie krytykuję. Sam do niedawna byłem święcie przekonany, że aby cieszyć się smakiem samodzielnie wyprodukowanej dajmy na to wędliny trzeba… No właśnie. Trzeba tylko chcieć!

Internet wprost pęka od przepisów. Ze znalezieniem sposobu na wykonanie w warunkach domowych czegokolwiek nie ma więc żadnego problemu. Przynajmniej ja nigdy nie miałem. Skończyły się czasy szukania. Przeznaczania czasu i energii na znajdowanie. Wędrówek po księgarniach, bibliotekach, znajomych lub obcych rzemieślnikach. Na dziś wszystko jest pod ręką, lub przynajmniej na jej wyciągnięcie. Mało tego. W internecie dostępne są rożne przepisy na wykonanie tego samego wyrobu. Różniąc się one od siebie, pozwalają na wybór wersji najbardziej odpowiadającej mojemu gustowi lub innym wymaganiom. Pozwalają również na uzyskanie określonego efektu z minimalnym ryzykiem porażki. Poza tym, przepisy te nie funkcjonują w próżni. Są obszernie komentowane, wychwalane lub bezlitośnie krytykowane. To spostrzeżenia, sugestie, pytania lub doświadczenia osób, które z przepisu skorzystały lub mają zamiar to zrobić. Nie muszę więc samotnie błądzić w gąszczu receptur. Prowadzi mnie bowiem zbiorowa mądrość użytkowników sieci. Z drugiej strony ja, amator i laik, mam również możliwość komentowania czy uczestniczenia w dyskusji. Daje mi to szansę na zdobywania wiedzy poprzez zdawanie pytań czy weryfikowanie własnych wątpliwości w czasie rzeczywistym. Ta forma dialogu zmniejsza niemalże do zera ryzyko zmarnowania czasu, energii i środków.

Na tym etapie w zasadzie problemy powinny się skończyć. I właściwie tak jest. Choć może się wydawać, że jest zupełnie inaczej. Tym problemem jest pozorna bariera braku sprzętu, niezbędnego do realizacji przepisu. Sam stanąłem jakiś czas temu przed tym dylematem. Aby go rozwiązać sięgnąłem po rozum i uruchomiłem wszystkie możliwe, dostępne mi pokłady zdrowego rozsądku. Łatwo bowiem popaść w przesadę lub najzwyczajniej w świecie ulec zniechęceniu. Tak jak fora pękają w szwach od przepisów, tak pękają też od opinii na temat sprzętu niezbędnego do produkcji na przykład kiełbasy. Od ofert pękają portale aukcyjne i sklepy internetowe. W dużych miastach nie brakuje sklepów stacjonarnych, w których można kupić niezbędny sprzęt. Ceny są bardzo zróżnicowane, a specjaliści, doradzają oczywiście zakup najlepszych jakościowo i przy okazji najdroższych urządzeń. Wydać można oczywiście każdą kwotę. Nikt tego nikomu nie zabroni. Ale czy jest sens? Co gdy, tak jak w moim wypadku, domowy budżet nie zakłada wydatku rzędu kilkuset złotych na  przedmioty, niebędące artykułami pierwszej potrzeby? Zrezygnować z dalszej pracy? Ulec zniechęceniu?

Ja podszedłem do tematu pragmatycznie. Zrobiłem listę absolutnie niezbędnych przedmiotów, ustaliłem górną granicę wydatków i zakupiłem… to co absolutnie niezbędne i nie przekraczające moich możliwości finansowych. Na przykład, na potrzeby produkcji białej kiełbasy kupiłem tylko maszynkę do mielenia mięsa, z kompletem plastikowych lejków do nabijania kiełbasy. Dokupiłem do tego specjalną przejściówkę, której nie było w zestawie i stałem się posiadaczem wszystkiego co niezbędne do wyrobu kiełbasy. Dodam, że mowa tu oczywiście o ilościach detalicznych, na potrzeby mojej najbliższej rodziny. Suma wydatków na tym etapie? 57,00 złotych. Maszynka nie jest oczywiście najwyższej jakości. Nie nadaje się kompletnie do mielenia mięsa. Mogę dzięki niej tylko nabijać kiełbasę, ale niczego więcej na razie nie potrzebuję. Mięso, którego używam do wyrobu kiełbasy, mielone jest przy zakupie, w zaprzyjaźnionym sklepie. Ze zdobyciem odpowiednich sitek, chust serowarskich, termometrów do wyrobów sera, foremek czy nawet maszyn do wypieków chleba nie ma w tym momencie również żadnego problemu. Oczywiście schody pojawiają się gdy w grę wchodzą wyroby bardziej wymagające, takie jak na przykład sery dojrzewające, ale nie na nich dziś się skupiam.

A co, można jeszcze wypytywać, z dodatkowymi składnikami, niezbędnymi w procesie wytwarzania własnej żywności? Mam tu na myśli takie składniki, których nie sposób znaleźć w przydomowym zieleniaku: podpuszczkę, kultury bakterii, chlorki, osłonki barierowa, jelita, siatki etc. Ano nic. Zarówno internet, jak i sklepy stacjonarne w większych miastach oferują dosłownie wszystko co niezbędne. Nie będę zgłębiał tego zagadnienia. Mi wystarczyło kilkadziesiąt minut, bym w promieniu kilku kilometrów od swojego miejsca zamieszkania, znalazł dwa doskonale wyposażone sklepy. Każdy z nich oferuje wysyłkę.

Reasumując: nic, dosłownie nic, nie stoi na przeszkodzie by samodzielnie zabrać się do pracy i zrobić w kuchni małą domową manufakturę żywności. Możliwości jest wiele. Znalezienie ulubionego przepisu, skompletowanie sprzętu, zakupienie dodatkowych elementów to tylko kwestia podjęcia decyzji.

Na zachętę podam przepis na bardzo prostą i smaczną białej kiełbasy, opartą na przepisie na Chłopską, według Szczepana. Jej wykonanie zajmuje dosłownie kilkadziesiąt minut. Nie znam nikogo komu by nie smakowała. Zwłaszcza, że można, po przygotowaniu, zrobić z nią dosłownie wszystko. Sparzona idealnie nadaje się na patelnię lub na grilla, surowa może trafić do piekarnika, na jej bazie powstał w moim domu niejeden pyszny żurek. Sparzoną można oczywiście kroić w plasterki i zajadać na kanapkach.

Przepis, z którego skorzystałem:

mielona łopatka 0,6 kg
mielony boczek 0,4 kg
18 g soli
50 ml wody
0,5 łyżeczki pieprzu
1-1,5 ząbka czosnku
0,5 łyżki majeranku
szczypta cukru

Dodatkowo:
jelita wieprzowe lub baranie do nabicia kiełbas

Czosnek zgnieść. Sól rozpuścić w wodzie. Wszystkie składniki należy ze sobą dokładnie wymieszać. Może to potrwać chwilę dłużej. Dzięki temu kiełbasa nie będzie się rozpadać podczas krojenia. Przygotowany farsz należy nabić w przygotowane wcześniej, według zaleceń producenta, kiełbaśnice. W tym wypadku mogą być dowolne. Ja stosowałem jelita wieprzowe, które mają średnicę około 30 mm. Kiełbasa ma wtedy normalną grubość. Mam zamiar wykorzystać niebawem jelita baranie, o mniejszym przekroju. Wtedy kiełbasa będzie miała grubość kabanosów. Po nabiciu kiełbasy można ją od razu poddawać dalszej obróbce. Ja przed zjedzeniem, parzyłem tę kiełbasę przez 20 minut w wodzie w temperaturze 75 stopni. Była doskonała!

Przepis, którym się inspirowałem znajduje się na forum Wędliny Domowe.

Ważna uwaga dotycząca jelit. Ich ilość należy dopasować samemu. Najlepiej kupić więcej, od razu 15 na przykład metrów, i eksperymentować. Mi wychodzi około półtora metra na kilogram farszu, w przypadku jelit wieprzowych. Należy pamiętać, że jelita odpowiednio przechowywane maja bardzo długi termin ważności. Około roku od dnia otwarcia fabrycznego opakowania. Aby się nie zepsuły należy je po obmyciu z soli, zasypać świeżą solą i przechowywać w zamkniętym słoiku w lodówce. Oczywiście przed kolejnym użyciem trzeba sprawdzić ich świeżość. Warto przy tym dobrze zapamiętać ich zapach. Jest on specyficzny. Ja sam po otwarciu słoika, zamkniętego kilka tygodni wcześniej, miałem duże wątpliwości. Na szczęście nie wyrzuciłem kilku metrów zapasu.

Nie ukrywam, że nie od razu udawało mi się odnosić pełne sukcesy. Nie uniknąłem, czasem bardzo spektakularnych, porażek. Popełniam je do dziś. Z czasem nauczyłem się jednak kilku rzeczy, które moim zdaniem, zabezpieczają mnie przed widmem wyrzucenia do śmieci jakiejkolwiek porcji jedzenia. Podstawą jest umiejętność podporządkowania się. Wykonania czynności zawartych w przepisie w określonej kolejności. Przygotowania i użycia określonej ilości określonych składników. Przygotowania odpowiednich narzędzi i spędzenia wymaganej ilości czasu na wykonanie produktu. Moja własna inicjatywa czy stosowanie nieodpowiednich narzędzi rzadko kończyły się dla mnie dobrze. Kolejną ważną umiejętnością jest cierpliwość. Zanim podejmę decyzję o wyborze przepisu spędzam trochę czasu nad jego wyborem. Teraz przychodzi mi to z dużo większą łatwością niż jeszcze parę miesięcy temu. Znam swoje umiejętności, znam warsztat i ograniczenia własnego portfela, ale nadal wolę odłożyć wykonanie czegoś na parę dni niż wywalić kilo mięsa do śmieci. Nie porywam się póki co, na przykład, na zrobienie parmezanu czy kiełbas szlachetnie pleśniejących, ale kiełbasę białą czy prosty ser podpuszczkowy robię już bez cienia lęku czy skrępowania.

Ostatnim, ale nie mniej ważnym według mnie czynnikiem, który mi osobiście pomógł w realizowaniu kolejnych pomysłów jest… luz. Wyeliminowanie zbędnego napięcia, które może szybko wywołać zniechęcenie. Przez dłuższy czas pragnąłem by moje wyroby były najlepsze, najsmaczniejsze, wzorcowe, jakzobrazka i jeszcze sam nie wiem jakie. Od pewnego momentu zupełnie sobie odpuściłem. Jeżeli cos mi wyjdzie i będzie komukolwiek smakować to fajnie. Bardzo mnie to cieszy. Jeżeli jednak się tak nie stanie i zamiast oczekiwanej dawki uwielbienia otrzymam porządną dawkę sarkastycznej krytyki, to nie popadam w rozpacz. Nie wszystko musi mu wyjść. Nie każdemu musi smakować to co robię. W ogóle wyraz musi zniknął powoli z mojego kulinarnego słownika. W końcu to co robię ma być dla mnie przyjemne. To sposób na spędzanie wolnego czasu a nie bitwa o laur i złote berło. Dopóki o tym nie zapominam wspaniale się bawię i czerpię z tego co robię ogromna radość. Chyba, że zapomnę. Wtedy lepiej unikać mojego towarzystwa. Przez jakiś czas.

  • A czemu nie ma obrazka gotowej kiełbaski…

  • Artur

    Kiełbasa została skonsumowana przed sesją 🙂

  • …ponadto w blokach można żyć i z samego ich centrum prowadzić pysznego bloga! 😉

    Z tym robieniem sera to bym uważała, bo x lat temu sąsiadka pode mną miała brzydki nawyk obsmażania starego sera (a przynajmniej moja mama tak zawsze mówiła), przez co w całym pionie tak waliło, że można było zejść z tej ziemi.

  • Artur

    Hahaha 🙂 Domyślam się, że Twoja sąsiadka robiła tzw. Serek Smierdzielek. Czyli Ser Smażony, uważany w Wielkopolsce za przysmak. Jeden ze specjałów mojej babci i bohater jednego z moich następnych wpisów.

    Reakcje sąsiadów na ten etap produkcji wezmę oczywiście pod lupę 😉 Dzięki za pogłębienie świadomości 🙂

  • eh te domowej roboty wyroby mięsne, te kaszanki i salcesony 🙂 pychoty

    • Artur

      Te ostatnie nadal przede mną 🙂 Coś muszę sobie na emeryturę zostawić 😀

  • Pani Zakalcowata

    Biały ser zrobiłam wczoraj, miał być na sernik- będzie na paschę. A trzy tygodnie temu zaczęły się szynki, solanki… W zeszłą niedzielę niektóre wędzone a kilka właśnie ląduje w garze i będą gotowane w laurach schaby. W wiejskim bloku można wszystko 🙂

    • Wspaniale! Jako rodowity mieszczuch zazdroszczę i wyrażam swoje zazdroszczenie 😀 Wypełniony jestem zazdrością i zajęty byciem zazdrosny. Zazdroszczę i pławię się w tej zazdrości, gdyż to moje marzenie 😀 Mam wędzarnie na działce, ale jest 35 km ode mnie, więc nie zawsze mam czas i możliwość tam pojechać. Za to w domu robię co się da. Jutro np. ser na sernik 😀 Nie na paschę 😀 Pozdrawiam serdecznie!

      • Pani Zakalcowata

        Jak będziesz grzeczny (wiesz, co mam na myśli :)) to z następnego wędzenia kurierem Ci wyślę parę kilo, może nie zje, tak jak tego Rafaelo dla mnie 😛

        • 🙂 🙂 🙂 Obiecuję być grzeczny! Jak kotek 😀

  • Kasia Maszkowska

    Kiełbaska wyglada mega pysznie, aż mi ślinka cieknie na myśl swojesjkiej kiełbasy. Pozdrawiam i zapraszam do nas http://siostrydajarade.blogspot.com/2016/03/babeczki.html

    • Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz 😀 Bardzo mi miło. Zajrzę oczywiście z radością do Ciebie i pozdrawiam serdecznie!

  • Ale że jak? Tak po prostu? Trochę mięsa, wody, soli i przypraw? I kawałek flaka? Taka łatwizna? Bo maszynkę mam. No nic, tylko robić. 😀
    Mój Tata robił pyszne kiełbaski. Ale nie ma go już z nami prawie dwa lata. 🙁 Może w ramach kontynuowania tradycji i my zaczniemy robić kiełbasę sami. 🙂 Ech, to był smak. 🙂 Wszystkiego dobrego na Święta Ci życzę. Pyszności smakowanie czas zacząć. 🙂