Ciepłe Bułeczki z Dostawą Do Stołu.

12120377_1663521407222083_679578595_n

Zawsze marzyłem o tym, by wstawać wcześnie rano, biec do piekarni i kupować na śniadanie ciepłe, świeże bułeczki. Rzeczywistość zmiażdżyła jednak te zamiary i teraz nie mam żadnych złudzeń. Nigdy nie będę wstawał wcześnie rano po to by biegać po bułeczki. Ostatnio, znalazłem w końcu sposób na realizację moich marzeń. Wystarczyło tylko zmienić kierunek biegu. Nie ja do piekarni, ale piekarnia do mnie! Do mojej własnej kuchni.

Teraz, gdy o tym myślę to zastanawiam się, co mnie powstrzymywało wcześniej przed własnoręcznym wypiekiem bułek czy chleba? Może przyłożyła się do tego jedna z cioć, która kiedyś nakarmiła mnie domowym pieczywkiem, niczym nie różniącym się od drożdżowca? Może borykałem się z wewnętrznym oporem przed zrobieniem czegoś, czego jeszcze nie robiłem? Wynikającymi z tego oporu wyobrażeniami niewiarygodnie ciężkiej pracy, jaką należy wykonać by zrobić chleb? Pewnie wszystko po trochu. Teraz wiem, że ani trauma po cioci, ani tytaniczny wysiłek nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Jasne jest, że wszystko zależy od rodzaju chleba czy bułek. Innych składników, innych kosztów i innego czasu wymagają wypieki na naturalnym zakwasie, z mąki razowej. Innych środków i zaangażowania bułki czy chleby pieczone ze zwykłych pszennych mąk i na drożdżach. Wszystko jest kwestią wyboru. Ja na początek nie rzucałem się na głęboka wodę i postanowiłem rozpocząć przygodę z pieczywem od najprostszych możliwych rozwiązań. Odkryć nową przestrzeń za pomocą najtańszych i najbardziej dostępnych składników oraz najprostszego możliwego przepisu.

Na szczęście, mając na uwadze moje kiełkujące chęci, nie musiałem praktycznie w ogóle go szukać. Przeglądając blogi, zupełnie przypadkiem, natrafiłem na idealnie, w moich oczach, rozwiązanie. Na przepis, który spełniał wszystkie moje oczekiwania. Trzy składniki (soli i cukru nie liczę), najtańsze i najbardziej powszednie, kilka najprostszych czynności, chwila cierpliwości i ciepłe bułeczki gotowe. Byłem tak zdumiony, że nie czekałem aż moje chęci obumrą. Tego samego dnia zabrałem się do roboty. Wszystkie elementy przepisu były w domu.

Przepis, z którego skorzystałem:

1 kg mąki pszennej
2 i 1/2 szk letniej wody
10 dag świeżych drożdży
2 płaski łyżeczki soli
1 łyżeczka cukru

W szklance letniej wody rozpuścić drożdże z cukrem. Odstawić na ok.15-20 minut aby drożdże zaczęły pracować. Do miski przesiać mąkę, dodać sól oraz rozczyn i resztę wody. Zagnieść ciasto. Miskę przykryć folią spożywczą i odstawić do wyrośnięcia. Ciasto podwoi swoja objętość po około 30-40 minutach. Po wyrośnięciu ciasto przełożyć na omączony blat kuchenny, podzielić na 12 części i formować bułeczki. Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 C. Piec ok 30-40 minut. Po wypieczeniu góry na rumiano, bułki przełożyć z blaszką na sam dół na kilka minut.

Przepis znalazłem na blogu Apetyczna Babeczka. Dziękuję i pozdrawiam!

Przyznaję, że nie trzymałem się idealnie przepisu. Miski nie przykryłem folią tylko bawełnianą ściereczką. Bułki piekłem nie 30-40 minut, ale 25 plus kilka minut na dopieczenie spodu. Myślę, że mój piekarnik ma nieco zaburzoną termoregulację, więc gdybym trzymał się ściśle przepisu to bym nic nie zjadł. A tak przynajmniej i ja, i moja małżonka, i nasz synek najedliśmy się pysznych, aromatycznych bułek. Wyszły naprawdę wyśmienite. Chrupiące, wypieczone, nieco nawet przypieczone i zaskakująco ciężkie. To ostatnie to nic innego jak moja wypaczona percepcja, oparta na ukształtowaniu niewłaściwych wzorców. W końcu ostatnie kilkadziesiąt lat jedyne bułki, z jakimi miałem kontakt wykonane były w większości z powietrza.

Ten jednorazowy sukces nie stanowi dla mnie oczywiście pretekstu do spoczęcia na laurach. Moja przygoda z pieczywem domowym dopiero się przecież zaczyna. Moje doświadczenie opiera się, dopiero na sześciu bułkach! Nie zacząłem nawet jeszcze poszukiwać innych przepisów. A jest gdzie i czego. Rozpościera się przede mną ocean możliwości. Internet kipi od porad. Wiem, że jeszcze nie zrobiłem swojego idealnego chleba, i że moje wymarzone ciepłe bułeczki na śniadanie dopiero na mnie czekają. To dopiero… początek.

Od chwili, gdy powstał ten wpis, do dziś coś niecoś się już zmieniło. Przez ostatnie dni pielęgnowałem ma kaloryferze orkiszowy zakwas. Znalazłem kolejny, ekstremalnie prosty przepis i zrobiłem na jego podstawie pierwszy chleb. Dostojnie stygnie teraz na blacie w kuchni i czeka na pokrojenie oraz degustację. Nie będzie wprawdzie ciepły o poranku, ale to, w tym momencie, najmniej istotny szczegół.

  • Jak byłam mała i mieszkałam z mamą i tatą w domku jednorodzinnym, na ulicy obok mieliśmy piekarnię, w której oknie zawsze wylegiwał się gruby rudy kot. Pamiętam spacery z mamą do tej piekarni i kupowanie jednego chleba do domu (niekrojonego, dopiero mama kroiła go domową maszynką do chleba), a drugiego do spałaszowania w drodze. Miękkie wnętrze, chrupiąca skórka i ten zapach… Nigdy go nie zapomnę.

    • Artur

      Mmmm… ale mi narobiłaś wspomnień. Pamiętam ucieczki przez okno, na koloniach, do piekarni na chleby z nocnego wypieku i popijanie świeżych bochnów zimną wodą. Pamiętam powroty „z miasta” i kolejkę do piekarni po gastrofazowe chleby 🙂 Tych smaków nie da się zapomnieć, a wraz z nimi tych chwil… 😀

  • Cóż za blog. Kulinaria w wersji literackiej. Prawie jak mój 😉

    • Artur

      Dzięki 😀 i pozdrawiam!

  • Ja poproszę te bułeczki z dostawą do Łodzi 🙂 ! Są cudne !

    • Artur

      Na którą? 😀

  • … pyszności! uwielbiam takie cudeńska 🙂

    • Artur

      Oj tak pyszne. nie da się ukryć 😀

  • pRzepis zdecydowanie dla mnie, gdyż również nie mam kiedy biegać rano do PIEKARNI (nawet JEŚLI by jakaś była w pobliżu)

    • Artur

      Otóż to 🙂 Biegać to ja mogę dla przyjemności, a nie z poczucia obowiązku. A miejsce piekarni jest w kuchni 😀

  • To ja tak zaczęłam piec drożdżówki z makiem. W sklepie zawsze brak, albo maku na próżno bez lupy szukać. Wzięłam się w końcu sama 🙂 Ostatnio też bagietki zrobiłam… Miałam robić regularnie, ale wyszło jak wyszło

    • Artur

      Otóż to! Świetnie to ujęłaś „wyszło jak wyszło” 😀 Liczy się przecież praca i zabawa. Jak pierwszy raz robiłem sushi, pod okiem doświadczonego kolegi, to narzekałem, że takie nierówne mi wyszły. Na co on spode łba powiedział: „A co Ty chciałeś… przecież to handmade” 😀 Było brzydkie, ale ponoć pyszne 😀

  • Twoja pasja do gotowania naprawde sie udziela! 🙂
    za orkiszowy chleb PEŁEN szacun!
    ja PÓKI co SPRÓBUJĘ z tymi „zwykłymi” bułeczkami 😉

    • Artur

      Ładnie to napisałaś. Bo te „zwykłe” bułeczki są ekstremalnie wyjątkowe 😀 A co do chleba, to pierwszy wyszedł idealny, dwa kolejne w miarę, a czwarty i piąty klapa. Szukamy właśnie z żoną przyczyn. Zabawa jest więc przednia 😀