Chłopskie Jadło.

img_5834

Jak docieplić się w zimne dni? Oczywiście narzucając na siebie dodatkową warstwę odzieży, nakładając cieplejsze buty i zmieniając dietę. Należy odżywiać się więcej niż latem, posiłki powinny być bardziej kaloryczne, a co za tym idzie bogatsze w moje ulubione: węglowodany i tłuszcz. Źródła, niezbędnej w tym okresie, energii.

Ta oczywistość aż razi w oczy. Nie wymaga ani komentarza, ani rozwinięcia. Dodatkowej uwagi nie wymaga też lista produktów czy potraw, które bogate są w moje ulubione węglowodany i tłuszcze. Można bez zająknięcia i na wyrywki, na jednym oddechu recytować całe pasaże tych produktów. W nieskończonej ilości wariacji i odmian. Ja oczywiście też mam swoją opasłą listę. Nie zmienia się ona od lat. Czasem przechodzi jednak pewne ciekawe metamorfozy. Zwłaszcza pod względem łączenia obu grup.

Świadkiem takiej właśnie metamorfozy byłem dziś. Piszę świadkiem, gdyż nie do końca czuję się jej autorem. Z dwóch względów. Po pierwsze bardzo zbliżone połączenie jadłem podczas ostatnich wakacji. Po drugie czułem się dziś w kuchni jak narzędzie, sterowane przez jakąś tajemnicza siłę. Wygłodniały dałem się tak ponieść intuicji, że prawie nie do końca pamiętam, co tak naprawdę się dziś wydarzyło. Ale to, co ostatecznie znalazło się na moim talerzu pamiętam już doskonale. I zapamiętam na długo.

Mam tu na myśli niecodzienny sposób na podanie kaszy. Zwykłej gryczanej lub jęczmiennej, wstępnie ugotowanej, potem podsmażonej lub zapieczonej kaszy. Nic wyjątkowego. Nic wykwintnego. W tym jednak konkretnym zestawieniu bardzo ciekawej, sycącej i skrajnie energetycznej zarazem. Mam tu na myśli kaszę z boczkiem i suszonymi śliwkami lub, co bardziej intrygujące, z powidłami śliwkowymi. Ale zacznijmy od początku.

Zestawienie z suszonymi śliwkami jadłem właśnie podczas wakacji. W jednej z zakopiańskich restauracji, specjalizujących się w daniach z kaszy. Zachwyciło mnie to zestawienie i nie ukrywam, że od razu rozczarowało. Jako zapis w karcie dań pobudziło moją wyobraźnię, jako jego desygnat wywołało zawód. Znikoma ilość wędzonego, podsmażonego boczku. Nikły, niemalże niewyczuwalny posmak suszonych śliwek. Wszystko to sprawiło, że pełen niedosytu postanowiłem wrócić do tematu w zaciszu mojej maleńkiej, blokowej kuchenki. Jedyne co uderzyło mnie w kaszy jedzonej w górskiej stolicy Polski, to prostota wykonania. Danie składało się tylko z podstawowych składników i dosłownie dwóch przypraw: soli i pieprzu.

Dziś, gdy zmarznięty i zmęczony wróciłem do domu nie planowałem żadnych drastycznych posunięć. Jak wspomniałem wszystko rozegrało się samo. W lodówce znalazłem miseczkę ugotowanej kaszy. Stała ponad kilkoma plastrami boczku. Do drzwi tulił się słoiczek powideł mojej żony. Jestem pewien, że nawet  gdybym się bardzo starał, to w życiu bym tego lepiej nie zaplanował.

Kilka minut później w kuchni unosił się przyjemny zapach smażonego boczku. Po kilku chwilach dołączył do niego słodkawy aromat powideł. Ostatecznie to co wylądowało na talerzu w niczym nie przypominało dania, ale wiedziałem, że za moment zaspokoi mój głów i uzupełni niedobór źródeł energii w moim organizmie. Tak też się oczywiście stało.

Przepis, z którego skorzystałem:

100 g ulubionej kaszy
kilka plastrów wędzonego, nieparzonego boczku
kilka łyżeczek powideł śliwkowych
sól, pieprz do smaku

Kasze ugotować. Boczek pokroić w paski lub kosteczkę. Podsmażyć chwilkę. Dodać kaszę. Dodać powidła. Wymieszać całość i podgrzewać do momentu aż będzie gorąca. Posolić i przyprawić pieprzem do smaku.

Przepis nie obfituje w konkrety. Uważam, że należy podczas jego gotowania próbować potrawę i dobierać proporcje do własnych upodobań. Ja lubię tłuste, słodkie i pikantne.

Prostota tej potrawy oparta na niewyszukanych składnikach i ich małej ilości odnosi się bezpośrednio do celu jaki ma uzyskać. Aby dostarczyć organizmowi niezbędnej, w zimniejsze dni, energii nie trzeba nic więcej. Kasza i boczek załatwiłyby oczywiście sprawę. Nie byłyby jednak tak intrygujące. Dodatek powideł wprowadza nieco zamętu i wzbudza wiele sprzeciwu, ale wbrew pozorom doskonale uzupełnia i wzbogaca tą potrawę. Proste i bardzo sycące danie, rodem spod strzech, staje się dzięki temu nieco bardziej… wykwintne? Na szczęście nie. Nadal jest ociekająca tłuszczem kaszą, która po prostu smakuje zupełnie inaczej. Jak proste, chłopskie jadło. Proste i pożywne.

Świadomie nie wzbogacam tego tekstu w tło historyczne. Kasza, jak wiadomo, w świadomości kulinarnej Polaków, funkcjonuje od setek lat. To pierwszy i podstawowy element obiadów naszych ojców, dziadów, pradziadów. Nie przeżywa ostatnio swojego renesansu, gdyż nigdy nie przeżyła schyłku popularności. Była, jest i będzie. Bogata w energię, smak, niezastąpiona w okresie krótkich, zimnych dni. Nie wymaga komentarza, opisu. Wymaga jedynie przygotowania i konsumpcji. Bez względu na dodatki i wyobraźnię domorosłego kucharza.